Prawo sarny

Śmigając sobie polami, oczywiście natknęłam się na sarenki i po raz kolejny zadziałało (zaobserwowane przeze mnie) „prawo sarny”, które oznacza – że niezależnie od odległości, sarna ucieka od zagrożenia w jego kierunku! To nie jest normalne ;-).

Jadę sobie i widzę 7 sztuk sarenek w znacznej odległości ode mnie po lewej. Podnoszą pyszczki, obserwują – po czym rozpoczynają galop. Gdzie? No oczywiście w moją stronę. Po to, żeby mi przebiec przed nosem i odgalopować w kierunku na prawo. Czy odwieczne prawa natury im się pomieszały od tych nawozów na polach? A potem się dziwią kierowcy, jak im nagle taka sarna się zatoczy na maskę…

Piękny weekend!

Cały tydzień sprawdzałam prognozy na weekend i na szczęście pogoda się sprawdziła, i była iście motocyklowa! Co zresztą miało potwierdzenie w ilości motocyklistów na drodze.

Sobotę spędziłam na asfaltach, miałam do załatwienia kilka spraw i odwiedziłam też mechanika przy okazji. Miny jego kolegów, jak powiedziałam, że w trasie String spala 2,5 litra – bezcenna ;-)! Przy tych cenach paliwa takie spalanie jest błogosławieństwem, aczkolwiek oczywiście mała pojemność ma inne wady…

Jak tak sobie jechałam, to naszła mnie myśl, że ja tak właściwie – to nie lubię zapier… Czasem się zmuszam, jak mi jakieś auto siedzi na tyłku i nie chce wyprzedzić. Lubie sobie jechać, ot tak po prostu przed siebie. Bez żadnego ciśnienia. Mając czas widzieć i zauważać różne rzeczy. Takie drobiazgi, które poprawiają mi humor ;-). Jak String „dorośnie” to pewnie będzie większym endurakiem albo turystykiem.

Dziś pozwiedzałam polne drogi. Fajnie tak mieć wybór – jadę asfaltem, a tu fajna droga polna – no to hop i już śmigam polami. Tylko muszę uważać na tych nagłych skrętach, bo tył czasem traci przyczepność wpadając na skręcie w piach. Na szczęście odruch wystawiania nogi już mam ;-).

Jeżdżę gdzieś przed siebie, do nieznanej wioski i kombinuje potem, jak tu wrócić inną drogą do domu. Wiem, że takie warianty kiedyś wyczerpię w okolicy, ale póki co, to ciągle nowe dróżki znajduję ;-).

No i popołudniu brat mi pomógł w odmalowaniu Stringa. Jego wszystkie czarne plastiki były kiedyś zielone, no i ta zieleń gdzieniegdzie się ujawniała. Zaczęliśmy matować je, przy okazji ściągając czarną farbę. Tylko z klejem po moich kwiatkach był problem, to zastosowałam babski patent – czyli zmywacz do paznokci ;-). Jakie było nasze zdziwienie, jak się okazało, że razem z klejem schodzi czarna farba, a pod spodem śliczny zielony lakier metalik. No ale już było pozamiatane, bo go porysowaliśmy tym papierem ściernym. Musieliśmy dokończyć dzieło i zasprayować je – od nowa na czarno. Jakoś „fabrycznie” to nie wygląda, ale jest o niebo lepiej, niż wcześniej!

Pady motocyklowe

To był bardzo sadystyczny weekend! Musiałam go spędzić w szkole! To jakiś totalny horror ;-). Piękne słońce, co chwilę ryczą silniki i nawet przez okno wyjrzeć się nie da. Już nie mówię o tym, że String zatankowany stoi! Pocieszam się myślą, że to tylko co drugi weekend do czerwca…

Korzystając „z okienka” wyskoczyłam na miasto zobaczyć, cóż to takiego te pady motocyklowe. Jakbym miała to określić „inteligientnie”:
pady motocyklowe to sztuka spadania z wyimaginowanego motocykla w taki sposób, żeby sobie zrobić jak najmniej „kuku”.

Wygląda to dość imponująco – takie fikołki akrobacyjne, ale nie takie trudne w wykonaniu. Dziewczyna też spokojnie dawała radę na pierwszych zajęciach. Spada się na miękkie i wszyscy cali stamtąd wyszli ;-). Poturlać też się troszkę można ;-).

Jak to wygląda?

Fajnym patentem są ćwiczenia równowagi na dużej piłce, mam taką w domu do fitnessa, ale poznałam jej inną funkcjonalność – którą zamierzam opanować ;-).