Dziewczyny, piszcie blogi!

Towarzyszyłyście mi w czasie mojego pisania. Pisałyście w komentarzach o tym, że też się uczycie, zdajecie egzaminy, ruszacie w pierwsze trasy.

Chciałabym przeczytać o Waszych przygodach, nauce motocykla i osiągnięciach. I wcale nie chodzi o egzotyczne kraje, tysiące kilometrów i super cele… Chodzi o pokonywanie własnych ograniczeń za kierownicą jednośladu, o ten uśmiech spełnienia i o świat, który z perspektywy dwóch kółek – jest jakiś lepszy?

Ja nie osiągnęłam wiele w kategoriach ilościowo-jakościowych (no chyba, żeby policzyć te 10 śrub w ramieniu ;-)), ale to co osiągnęłam – jest dla mnie bardzo cennym i satysfakcjonującym doświadczeniem.

I o dziwo, jakoś znajduje temat do pisania ;-).
Zachęcam Was do tworzenia motocyklowego bloga. Do dzielenia się pasją, uśmiechem i wrażeniami.

Od strony technicznej pisanie bloga to pestka, od strony jego zawartości – to strumień z Waszego wnętrza. Trzeba rozebrać tamę i pozwolić wodzie płynąć! 😉

p.s. Bloga, takiego jak mój zakłada się w kilka sekund TUTAJ

Powrót na dwa kółka i… kontrola drogowa!

Korzystając z dzisiejszej, sprzyjającej aury postanowiłam poczynić krok, mały w oczach ludzkości, a olbrzymi w moich własnych – odpalić Stringa po rocznej przerwie i skonfrontować tą sytuację z niesprawnym (jeszcze) ramieniem.

Oczywiście nie obyło się bez pogubionych śrubek od akumulatora, ale tato coś tam wykombinował na zastępstwo. Chwila ciszy i odpalam… Kręci, kręci i nic! Opamiętałam się w porę, że ssanie nie włączone i odpalił wreszcie! Zrobiłam yabadabadooo z radości i jak się rozgrzewał, to trochę go umyłam (bo nie przeszedłby testu białej rękawiczki 😉 ).

Okazało się, że niezbyt dobrze się przygotowałam do tego wiosennego debiutu i oprócz kasku, nie mam nic na motocykl (ciuchy zostały we Wrocławiu). Ubrałam jeansy, wysokie trampki (no co? Chronią kostki! ;-)), softshell i rękawiczki, tyle że snowboardowe ;-).

Wzięłam papiery motocykla i z bijącym sercem ruszyłam na jazdę testową. Prawie jak pierwszą, bo niby pamiętałam, co się robi i jak, ale po roku przerwy kierownica mi tańczyła na pierwszych kilku metrach. Odkręciłam manetkę i odzyskałam równowagę… ducha. Ja i mój motocykl – znowu w jedności! Może nie do końca jeszcze pewnie przy manewrowaniu, ale w pełnym przekonaniu, że znów zajęłam właściwe mi miejsce.

Początkowo String mi gasł na wolnych obrotach, ale przegoniłam go na prostym kawałku i już chodził jak należy. Tylko ja uświadomiłam sobie po drodze, że nie wzięłam z domu prawa jazdy. Nie przejęłam się zbytnio, bo na wsi kontrole drogowe to rzadkość. Przynajmniej w teorii 😉 i może nie w długi weekend…

policjantRęka czuła się dobrze, nie bolała (albo trudno czuć ból w tak wiekopomnej chwili), ale nie chciałam jej katować, więc po paru kilometrach zawróciłam do domu i spotkałam się oko w oko z… radiowozem. Jechałam płynnie, nie zwracając uwagi. No ale nie było żadnej innej ofiary w pobliżu – więc kątem oka zobaczyłam wystawiony, czerwony lizak! No to d… – pomyślałam, ale postanowiłam trzymać fason. Panowie się cofnęli i przez szybkę pytają: czy to skuter? Ja na to, że nie – więc jednak wysiedli ehhhh (w kłamaniu to mocna nigdy nie byłam ;-)).

Ale policjanci byli sympatyczni i z uśmiechem zaczęli oglądać Stringa, stwierdzając, że bardzo fajnie wygląda i, że coraz więcej kobiet widują na motocyklach. Przeszliśmy do dokumentów i musiałam wydusić: „ups, zapomniałam prawka, ale mieszkam kilometr dalej i zaraz mogę przywieź”, upewnili się, że oby na pewno wiem, że potrzebuję kat. A i jeden poszedł mnie sprawdzić, a drugi zaoferował… dmuchanie ;-). Było trochę śmiechu, bo nie da się tego zrobić przez podniesioną szybkę w kasku i musiałam… się rozebrać (z kasku oczywiście ;-)). Jak przeszłam wszystkie testy pozytywnie, to zostałam pouczona o konieczności posiadania ze sobą dokumentów i szybko wypuszczona, bo już znalazła się kolejna ofiara w zasięgu wzroku. To była moja pierwsza kontrola od czasu posiadania kat.A i z pewnością ją zapamiętam!

Tymczasem String zaparkowany czeka na kolejny weekend, bo nie czuję się jeszcze na siłach, by nim pojechać do Wrocławia, a tam mam właśnie miesięczną rehabilitację. Byle do weekendu! 😉

p.s. i oczywiście przywiozę pełny rynsztunek motocyklowy, żeby wstydu nie robić 😉

Tym razem Świeradów Zdrój

No i jestem po pierwszym tygodniu sanatoryjnym w Świeradowie. Moje wrażenia? Rewelacja! W porównaniu do Lądka Zdrój, to teraz mieszkam w wypasionym hotelu i chodzę na SPA a nie rehabilitację ;-). Zabiegi w miarę podobne, ale nie muszę latać po mieście jak oszołom z ośrodka do ośrodka, tylko wszystko mam w tym samym budynku. Pani z ćwiczeń potrafi dać czadu i jak słyszymy „to teraz się trochę porozciągamy” – to każdy ma ochotę wtedy uciekać na drzewo! Bałam się, że ręka znów odpowie stanem zapalnym, ale chyba jest już na tyle zaleczona, że całkiem daje sobie rade z tym znęcaniem się nad nią.

Sama miejscowość prześliczna, dużo zieleni, mały deptak, ładne budownictwo. Raczej cicho i spokojnie. Tylko złotego napoju na ławce spożywać nie można, bo niebiescy panowie tylko na to czekają ;-)! Koleżankę w pokoju mam fajną i w moim wieku, bardziej wygadaną ode mnie, to często jest wesoło. Średnia wieku tej naszej delegacji z ZUS nie taka zła, bo ok 45-50 lat. Nie znamy jeszcze zbyt wielu kuracjuszy, ale dziś impreza – to może się to zmieni. Ciekawe czy grają normalnie, czy też repertuar mojej ś.p. babci.

Motocyklistów nie ma, jeden quad tu mieszka, ale hałasuje za dziesięciu! Czasem przejazdem są jacyś Niemcy, to wtedy mogę wypasione motocykle pooglądać. Bo generalnie jest tu 40% Niemców, 40% Polaków i 20% Rosjan. Także czasem są śmieszne sytuacje, jak sobie gadam w windzie do gościa, a on tylko się cieszy, a na koniec mówi mi Auf Wiedersehen ;-).

Słabym punktem ośrodka jest jedzenie, na które wszyscy narzekają. Co by nie mówić na Lądek – to tam z tej stawki żywieniowej potrafili robić, naprawdę smaczne rzeczy. Tutaj się zbytnio nie wysilają i moim hitem nr 1 jest jedna cienka parówka na głowę (na śniadanko), a drugim – dzisiejsze czarne ziemniaki wyciągnięte prosto z oleju (miało być coś a la frytki). Dobrze, że lodówka jest w pokoju i markety na mieście!

Podsumowując – ładnie, pięknie, byleby nie musieć tu jeść! 😉

p.s. Trochę pobrykałam na tym tanecznym wieczorku, choć pan wykonujący muzykę miał „własne interpretacje utworów” (czytaj: strasznie fałszował) i ciężko się czasem było zorientować przy czym się tańczy…

A dziś (niedziela) zdobyłam jednotysięcznik 😉 czyli Stóg Izerski. Poszłam sama, bo tu większość kuracjuszy jest na nogi albo kręgosłup, więc trasa za ciężka. Sama czuję w kościach, że dałam do pieca! 😉 Ale warto było bo ludzi niewiele, widoki przepiękne a i warunki klimatyczne umiarkowane. Pod górkę mi się nie nudziło, bo byłam zziajana i widoki powalały. A jak wracałam, to umiliłam sobie „marsz Korzeniowskiego” muzyczką, którą (na czarną godzinę) trzymam też w telefonie. Mina mijanych Niemców – bezcenna! Oni mówią „hellou” na szlaku, bo to – to każdy zrozumie ;-), a muzyczka była oczywiście bardzo cicho…

UPDATE: Kolejne, mniejsze szczyty zdobyte! Chodzę sobie sama i jakoś się nie boję, choć miałam już spotkanie z lisem, który nie chciał uciekać ;-). Dla innych (bardziej schorowanych) kuracjuszy wymyślam łatwiejsze wycieczki.
Bardzo mi się tu podoba, mogłabym tu nawet mieszkać, choć zimą pewnie nie jest łatwo (a ja zmarzluch jestem). No i wreszcie są motocykle! W weekend całe tabuny ;-). Raj!
I jedzenie się poprawiło! Idealne wczasy ;-).

panoramaschroniskopan_orama
DSC00262

subaru

DSC00270

DSC00252

DSC00261