Tym razem Świeradów Zdrój

No i jestem po pierwszym tygodniu sanatoryjnym w Świeradowie. Moje wrażenia? Rewelacja! W porównaniu do Lądka Zdrój, to teraz mieszkam w wypasionym hotelu i chodzę na SPA a nie rehabilitację ;-). Zabiegi w miarę podobne, ale nie muszę latać po mieście jak oszołom z ośrodka do ośrodka, tylko wszystko mam w tym samym budynku. Pani z ćwiczeń potrafi dać czadu i jak słyszymy „to teraz się trochę porozciągamy” – to każdy ma ochotę wtedy uciekać na drzewo! Bałam się, że ręka znów odpowie stanem zapalnym, ale chyba jest już na tyle zaleczona, że całkiem daje sobie rade z tym znęcaniem się nad nią.

Sama miejscowość prześliczna, dużo zieleni, mały deptak, ładne budownictwo. Raczej cicho i spokojnie. Tylko złotego napoju na ławce spożywać nie można, bo niebiescy panowie tylko na to czekają ;-)! Koleżankę w pokoju mam fajną i w moim wieku, bardziej wygadaną ode mnie, to często jest wesoło. Średnia wieku tej naszej delegacji z ZUS nie taka zła, bo ok 45-50 lat. Nie znamy jeszcze zbyt wielu kuracjuszy, ale dziś impreza – to może się to zmieni. Ciekawe czy grają normalnie, czy też repertuar mojej ś.p. babci.

Motocyklistów nie ma, jeden quad tu mieszka, ale hałasuje za dziesięciu! Czasem przejazdem są jacyś Niemcy, to wtedy mogę wypasione motocykle pooglądać. Bo generalnie jest tu 40% Niemców, 40% Polaków i 20% Rosjan. Także czasem są śmieszne sytuacje, jak sobie gadam w windzie do gościa, a on tylko się cieszy, a na koniec mówi mi Auf Wiedersehen ;-).

Słabym punktem ośrodka jest jedzenie, na które wszyscy narzekają. Co by nie mówić na Lądek – to tam z tej stawki żywieniowej potrafili robić, naprawdę smaczne rzeczy. Tutaj się zbytnio nie wysilają i moim hitem nr 1 jest jedna cienka parówka na głowę (na śniadanko), a drugim – dzisiejsze czarne ziemniaki wyciągnięte prosto z oleju (miało być coś a la frytki). Dobrze, że lodówka jest w pokoju i markety na mieście!

Podsumowując – ładnie, pięknie, byleby nie musieć tu jeść! 😉

p.s. Trochę pobrykałam na tym tanecznym wieczorku, choć pan wykonujący muzykę miał „własne interpretacje utworów” (czytaj: strasznie fałszował) i ciężko się czasem było zorientować przy czym się tańczy…

A dziś (niedziela) zdobyłam jednotysięcznik 😉 czyli Stóg Izerski. Poszłam sama, bo tu większość kuracjuszy jest na nogi albo kręgosłup, więc trasa za ciężka. Sama czuję w kościach, że dałam do pieca! 😉 Ale warto było bo ludzi niewiele, widoki przepiękne a i warunki klimatyczne umiarkowane. Pod górkę mi się nie nudziło, bo byłam zziajana i widoki powalały. A jak wracałam, to umiliłam sobie „marsz Korzeniowskiego” muzyczką, którą (na czarną godzinę) trzymam też w telefonie. Mina mijanych Niemców – bezcenna! Oni mówią „hellou” na szlaku, bo to – to każdy zrozumie ;-), a muzyczka była oczywiście bardzo cicho…

UPDATE: Kolejne, mniejsze szczyty zdobyte! Chodzę sobie sama i jakoś się nie boję, choć miałam już spotkanie z lisem, który nie chciał uciekać ;-). Dla innych (bardziej schorowanych) kuracjuszy wymyślam łatwiejsze wycieczki.
Bardzo mi się tu podoba, mogłabym tu nawet mieszkać, choć zimą pewnie nie jest łatwo (a ja zmarzluch jestem). No i wreszcie są motocykle! W weekend całe tabuny ;-). Raj!
I jedzenie się poprawiło! Idealne wczasy ;-).

panoramaschroniskopan_orama
DSC00262

subaru

DSC00270

DSC00252

DSC00261

Podobne wpisy

  • |

    Pozdrawiam (niestety) ze szpitala

    Niewiele napiszę bo mam tylko lewą rękę sprawną… Czekam na operację rekonstrukcji główki kości ramiennej. Zaliczyłam upadek ze skutera przy małej prędkości, ale na tyle niefortunny, że uderzyłam całą masą ciała w tą kość od strony spodniej (pachowej). Trzon kości rozbił główkę na kilka kawałków. Brzmi strasznie i boli strasznie – na ale prochy też…

  • Światełko w tunelu

    Byłam na kontroli u lekarza, który mnie operował i wstępnie będę miała termin wyciągnięcia śrubek na październik-listopad. Przy okazji zajrzą, co się dzieje z tym stawem, że rusza się tylko do 40 stopni. Potem znów rehabilitacja i oby się poprawiło! Bo czarny scenariusz to nadal endoproteza. Ostatnio spotkałam Marcela – motocyklistę, który w tym samym…

  • |

    Do pracy, rodacy…

    No dobra, napiszę, co tam u mnie słychać… Dostałam ze szpitala pozwolenie na powrót do pracy. Wyobrażacie sobie taki powrót po roku przerwy? Bo ja nie ;-). Powrót do porannego wstawania, powrót do wyciętych 8 godzin z życia dziennie i wiecznego braku czasu. Do wgapiania się w monitor, wsłuchiwania w telefon i tego napięcia, jak…

  • A miało być tak pięknie…

    Miałam już wrócić do pracy, bo rezultaty ćwiczeń były zadowalające (jeżeli chodzi o pracę przy kompie, bo do pełnej sprawności to mi jeszcze daleko…). A zamiast tego wróciłam do punktu wyjścia – ból jak po operacji, robienie wszystkiego lewą ręką, spanie na wznak, zero siły w mięśniach. Diagnoza? Zapalenie mięśnia! Albo od ćwiczeń albo od…

  • Proteinki

    No niestety już się skończyły spektakularne efekty… O każdy centymetr ręki w górę – muszę walczyć. Rehabilitant wysłał mnie po białko dla mięśni, więc odwiedziłam sklep „dla pakerów”. Pan sprzedawca był wyrozumiały dla blondynki i powiedział, że jak ćwiczę mało intensywnie to nie ma zagrożenia „przypakowania” się tylko z jednej strony ;-). A proteinki bardzo…