Weekend przełamywania barier własnych

Weekend – to ten szczęśliwy przedział czasu, który wydarzył mi się pomiędzy wbiciem sobie w stopę zardzewiałego gwoździa, wystającego z deski a zalaniem łóżka piwem. Pierwsza sytuacja zakończyła się bolesnym przykurczem stopy przez pół dnia, a druga zapachem żula w pokoju przez dłuższy okres czasu 😉 .

Wracając do tematu motocyklowego, to udało mi się poczynić znaczne postępy w jeździe Pomidorem i przełamać nieco lęków własnych. W sobotę spotkałam pod sklepem swojego dentystę – motocyklistę (który akurat był samochodem). Namówiłam go, żebyśmy razem pojechali w to miejsce, gdzie strzeliłam orła i ja spróbuję się z nim ponownie zmierzyć, a on mi będzie pomagał podnieś moto (jeżeli znów wyglebię hehe).

Jakież było moje zdziwienie, jak się okazało, że ta górka nie jest wcale taka duża (na większej ostatnio STOP-a pokonywałam) i wcale nie taka straszna. Wyjazd z niej to był pikuś! Więc, gdzie tkwił mój błąd?? Oczywiście w skręceniu kierownicy podczas zatrzymania na wzniesieniu + załadowany kufer, który skutecznie ciągnął w dół. Ucieszyłam się, że kolejne kilometry jazdy Pomidorem dają mi coraz więcej wprawy i coraz mniej jest spraw z którymi mogę mieć problem.

IMG_20141005_120003W niedzielę miałam dwóch, motocyklowych gości. Z rana odwiedził mnie Maciek z Wałbrzycha, licząc ode mnie do tyłu – to czwarty właściciel Pomidora (ten, co go pięknie odnowił i poznał swoje, byłe moto na moim blogu). Bardzo fajnie nam się rozmawiało, a do tego Maciek jest dobrym nauczycielem i motywatorem.

Musiałam zatankować i oczywiście wymyśliłam stację, którą znam i do której jedzie się drugorzędnymi drogami. Maciek jednak przekonał mnie do przełamywania mojego strachu przed drogami krajowymi i zaproponował przejażdżkę ósemką, która w dodatku ma wiele zjazdów i wzniesień. Przez chwilę popanikowałam 😉 , ale stwierdziłam, ze wolę to zrobić z obstawą niż potem sama (bo przecież i tak kiedyś będę musiała wyskoczyć Pomidorem na głęboką wodę). Jak udało się już osiągnąć CPN i jakoś mi szło, to Maciek stwierdził, że możemy przecież jechać dalej? No i strzeliliśmy sobie traskę 40 km (mój rekord pooperacyjny) z małą przerwą dla zreanimowania mojej ręki.

Było świetnie, choć nadal czuję się nieswojo na wielkich drogach, takich szerokich z długimi zakrętami i sporym ruchem. Wolę te mniejsze jednak, choć może niekoniecznie wtedy, jak są kręte i z górki (bo jeszcze tu panikuję lekko). Tak czy siak, dzięki Maćkowi poczyniłam spory krok w przełamywaniu lęków i w wydłużaniu czasu jazdy. Bardzo fajny z niego kompan, choć pewnie trochę wolniej jechałam, niż on zwykle się porusza na moto, ale wyrozumiałości mu nie brakowało. Dziękuję 😉 ! Może na wiosnę, uda nam się wypad (już dłuższy) powtórzyć.

Drugim gościem była Magda z Wrocławia, wraz z mężem i córką. Wpadła po to, żeby przymierzyć się do Pomidora, bo planuje przesiadkę na większe enduro z małego Varadero. Oglądała już Transalpa, ale to mój Vigorek podbił jej serce i wyjechała zdecydowana na taki właśnie model. Trzymam kciuki za udane zakupy!

p.s. Przypomniałam jeszcze sobie sytuację z którą (jako blondynka hehe) do czynienia nie miałam. Otóż, zatrzymaliśmy się na parkingu „pod górkę”, ustawiłam się równo do góry i zgłupiałam… Co teraz? Hamulca nie puszczę – bo zjadę do tyłu, sprzęgła też nie – bo zgaszę chamsko, luzu nie wbiję – bo muszę stać na nogach (pewnie nie musiałam, ale wizja zagrażającej mi parkingówki była dość wyraźna), kluczyka nie przekręcę – bo ręce zajęte. Jasność myślenia gdzieś mi umknęła 😉 . Maciek podszedł i mi pokazuje, że mam jeszcze guziczek do zapłonu (zawsze myślałam, że to elektrykę wyłącza, a w Stringu go nie miałam wcale). No to pyk palcem, a potem już tradycyjna procedura i na nóżkę, tyle, że zostawić trzeba na biegu 😉 .

Takie tam, przemyślenia weekendowe

dydaCo mi daje jazda motocyklem? Daje mi inne postrzeganie świata, bliższy z nim kontakt (choć nadal daleki, bo jednak jadę i świat ten jedynie mijam). Mój mózg rejestruje wiele stopklatek: zabawę dzieci, dziadka rąbiącego drewno przy sypiącej się chałupie, babcię na wózku, która z pieskiem na kolanach wygrzewa się w jesiennym słońcu, kwitnące (i cudnie pachnące) krzewy przy drodze. Jadąc zatracam siebie, przepływa przeze mnie obraz świata, a ja go akceptuję, takim jaki jest. Taki filozoficzny nastrój mam dzisiaj… 😉

W sobotę trochę pojeździłam po okolicy, a ręka dość dobrze dawała radę, choć im szybciej jadę – tym większe „strzały” dostaję z kierownicy na bark. Raz nawet była „zawrotna prędkość” 90 km/h WOW! 😉 Łącznie przejechałam na nowym motocyklu ze 100 kilometrów, więc jeszcze mi trochę brakuje do pewności siebie i prędkości maksymalnej. Ale mam na tyle poukładane w głowie, że prędkość przyrasta u mnie liniowo z doświadczeniem. Zawsze na koniec sezonu jeżdżę szybciej, jak na początku.

Jazda wpłynęła na mnie nazbyt motywacyjnie, bo wieczorem taką serię ćwiczeń strzeliłam na rękę, że w niedzielę już dałam radę pojechać tylko do sklepu i z powrotem. Nadgorliwy też czasem dwa razy traci, ale może i zyskam trochę na sile ręki. Pod sklepem mnie dorwał jakiś pan i gadaliśmy ze 20 minut o motocyklach. Bardzo często mnie ludzie zagadują, a policjanci zawsze zatrzymują, bo na moich (Kotliny Kłodzkiej) terenach – jestem raczej egzotykiem. We Wrocławiu jest nas – motocyklistek, już całkiem sporo i to cieszy!

Dźwięk Pomidora przypomina helikopter, nawet jest przyjemny dla ucha, ale niezbyt głośny (kierowcy puszek to mnie raczej nie usłyszą, ale ja zwykle jestem przed nimi, nie za nimi hehehe). Jak śmigła helikoptera ładnie chodzą to znaczy, że jest idealnie dobrany bieg, jak zaczynają zwalniać to się szykuję do redukcji, a jak jest już tylko hałas to wbijam wyżej. Praktyka czyni mistrza, coraz lepiej się na nim czuję i czasem nawet zapominam, że taki ciężki jest 😉 .

A z dobrych wiadomości – to w czwartek Michał, mój rehabilitant (i motocyklista) dokonał cudu i uruchomił mi rękę w szerszej płaszczyźnie. Doszliśmy do momentu, kiedy nie było postępów i już powoli traciłam nadzieję. Michał to chyba jej nigdy nie traci (jak na prawdziwego rehabilitanta przystało) i się udało! Światełko w tunelu stało się latarnią. Oby tak nam szło dalej 😉

Kolejna dobra wiadomość to taka, że chłopaki z filmu „Droga Wolna” do którego napisałam recenzję (tutaj) opublikują jej fragment na swojej płycie DVD. Bardzo się cieszę, że moje słowa przypadły im do gustu, a jeszcze bardziej z tego, że film się bardzo dobrze przyjął!

Polatane ;-)

Choć… to może za dużo powiedziane – jednego dnia ze 30 km na dwa razy, a drugiego już tylko 20 km, bo ręka wołała o litość. Nauczyłam się ją spuszczać na chwilę na dół bez zatrzymywania się (żeby ukrwienie wróciło), jak np. toczę się gdzieś z górki. Wtedy udaje mi się uniknąć sytuacji, że nie czuję palców na klamce.

Straszyli deszczowym weekendem, ale świeciło słońce i było całkiem ciepło. W czasie jazdy – już się z Pomidorem super rozumiemy. Nie szarpie, biegi dobrze dobieram, a i bardzo lubię jego przyśpieszanie, bo jest bardzo płynne i nic tu (nowicjusza ze 125-tki) nie zaskakuje. Sobota była dla mnie niezłą szkołą jazdy, bo ruch w miejscowościach był spory i ciągle coś trzeba było omijać, nagle się zatrzymywać i ogólnie mieć oczy dookoła głowy! Nawet dwa razy wyprzedzałam – tak, tak – teraz mam czym hehheh Wszystkie zadania udało mi się wykonać (jakimś cudem) bezbłędnie. Zatrzymywanie się i ruszanie jakoś mi wychodzi, ale jeszcze trochę brakuje do precyzji z poprzedniego motocykla. Dziś mnie nawet ktoś obtrąbił, jak włączałam się do ruchu (że niby za wolno? hehe).

Niedziela była spokojna, odważyłam się pojechać drogą, którą jeszcze nie jechałam. Było super bo przez las, tylko potem wyjazd na trasę był nieco dla mnie stresujący – „bo co ja pacze”? Znowu STOP na wzniesieniu. Serce zaczęło mi walić, szyba zaparowała od nagłej potrzeby dotlenienia 😉 , ale odwrotu nie było… Wzniesienie nieco mniejsze, niż to na którym ostatnio wywinęłam orła, więc była nadzieja. Podjechałam do linii, pilnowałam się, żeby ani trochę nie skręcić kierownicy. Nogi na ziemię i od razu pochylenie na bak, żeby dociążyć przód. Tylko wyczucie gazu i sprzęgła wyniesione ze 125-tki wyciągnęło mnie sprawnie z tej „figury” na trasę. Uffff! Udało się!

W takich momentach tęsknię za lekkim motocyklem, tęsknie też przy pchaniu go przez podwórko i praktycznie przy każdym zatrzymywaniu się na „niepewnym gruncie”. Widzę sporo plusów tego motocykla, ale czasami jego waga potrafi mi zepsuć całą frajdę z jego posiadania.