Jak zrujnować piękne pałace w kilka lat?

W świąteczną środę zrobiliśmy sobie z kolegami drugą wycieczkę w stylu „urbex”. Odwiedziliśmy dwa opuszczone i (niestety) zrujnowane pałace. Dolny Śląsk ma wiele takich pałaców, ucierpiały one głównie na zmianach ustrojowych. Najpierw otrzymywali je pracownicy PGR-ów jako budynki mieszkalne, a po upadku tego typu gospodarstw – nikt się już nimi nie interesował. Ludzi wysiedlano, a pałace zostawały opuszczone, rozgrabione, niszczone… Tylko pozostałe ślady historii i stare fotografie zdradzają dawne bogactwo tych miejsc. Odwiedzając je czuję smutek, że tak się ich historia zakończyła, ale i dziwię się, że pałace rozkradane były i dewastowane, zamiast być pod ludzi ochroną, otoczone szacunkiem.

Pierwszy pałac należał do rodziny Zobeltitzów i znajduje się w miejscowości Glinka. On pobudził moją wyobraźnię, także z innego powodu, ponieważ zwą go „Pałacem Samobójców”. Legenda głosi, że został on postawiony na cmentarzu dla samobójców. Po latach świetności popadł w ruinę i znowu samobójcy wybierali sobie to miejsce. Za pałacem są drzewa i to na nich przewieszali linę… Potem obcinano tą gałąź, a z niej powstawał krzyż na grób samobójcy.

Nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć to miejsce. Ale czasem jest tak, że to wyobrażenie powoduje więcej emocji, niż z tym miejscem kontakt. Może oczekiwałam jakiegoś elementu grozy? Negatywnych wibracji? Zobaczyłam jednak tylko ruiny. Z zewnątrz zdradzały swój pałacowy charakter, a wewnątrz było już całkiem zwyczajnie.

W tej miejscowości jest też kościół, ze starymi płytami cmentarnymi i kilkoma grobami:

Drugi pałac w Bełczu Wielkim ucierpiał głównie przez przepychanki sądowe. Jeszcze niedawno był ośrodkiem dla młodzieży, potem miała się nim zająć jakaś fundacja, a ona go najzwyczajniej sprzedała. Właściciele starzy i nowi przepychali się w sądzie, a pałac niszczał tak sobie, całkiem otwarty. Potem dach został podpalony i właściwie to nie ma już tam co ratować…

Koledzy już byli w tych pałacach, więc do środka zaprosili mnie przez… piwnicę. A wszystko po to, żebym wchodząc głównymi drzwiami nie zobaczyła tego, co pałac ma najpiękniejsze. Faktycznie piwnice były ciemne, straszne i kryły pozostałości z działania ośrodka wychowawczego. A wejście od głównych drzwi kryło piękną salę z kolumnami i schodami po obu stronach. Niestety wszystko jest zniszczone, a pałacowe klimaty odkryć można czasami, jedynie na suficie.

Jadąc do pałacu zauważyłam kątem oka jakieś fajne wieżyczki. Okazało się, że to pałacowe zabudowania i stodoły. Na tym samym podwórku była też opuszczona gorzelnia.

Na koniec byłam głodna i chciało mi się pić, oczywiście koledzy mieli polewkę, że to u kobiet klasyka: „głodna jestem, pić mi się chce, gdzie jest toaleta i zimno mi”. To ostatnie odpadało, bo było całkiem ciepło haha. Po drodze napatoczył się MC, każdy coś tam zamówił, a koledzy chyba też byli głodni, bo po posiłku wyraźnie przyspieszyli. Jednak nie tak od razu dotarliśmy do domów, bo nagadać się jeszcze na koniec musieliśmy 🙂 To był świetny dzień!

Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim

Weekend spędziliśmy z Emilem w Kotlinie Kłodzkiej. W sobotę była imprezka rodzinna, a w niedzielę postanowiliśmy coś zwiedzić. Początkowo myśleliśmy o spływie kajakowym, ale stan wody w Nysie Kłodzkiej jest tak niski, że kajak trzeba ciągle przenosić – zostawimy to na inną okazję. Pałac Marianny Orańskiej towarzyszył mi od dziecka, ponieważ lubiłam z psami szwędać się po okolicy, a on zawsze był gdzieś w tle. Dwie wieże ponad linią lasu tworzą bajkowy klimat.

Kilka lat temu gminie udało się odzyskać pałac z rąk prywatnych, ponieważ zmarł jego właściciel. Wcześniej jednak jego stan znacznie się pogorszył i wszędzie wałęsały się przygłodzone psy. Gmina zainwestowała w remonty, które nadal trwają, ale sporą część pałacu można już obejrzeć. Kontrowersyjna jest cena biletu w wysokości 25 zł, ale nie żałowałam tych pieniędzy, bo pałac robi wrażenie.

Marianna Orańska była niderlandzką księżniczką, która wiele zainwestowała w Kotlinę Kłodzką. Rozbudowała część uzdrowiskową i chętnie pomagała okolicznym mieszkańcom. W życiu prywatnym zdecydowała się na bardzo odważny krok – po rozwodzie związała się z pracownikiem pałacu. Nie zrobiła tego potajemnie, jak było zwyczajowo poprawnie, tylko pojawiała się wszędzie ze swoim partnerem i wspólnie wychowywali dzieci. Gdy w konsekwencji otrzymała zakaz wchodzenia do pałacu drzwiami, to wchodziła tam oknem (tak i dzisiaj się zwiedza), a gdy na terytorium Polski mogła przebywać tylko 24h, to na noc przenosiła się na stronę czeską, kilka kilometrów dalej. Żyła po swojemu, kochała swojego partnera i nikt jej w tym nie przeszkodził.

Pałac ma ok 100 pomieszczeń, budynek i ogród był zaprojektowany przez światowej sławy architektów, a wszystkiego doglądała Marianna. Obecnie pomieszczenia są w dobrym stanie, jednak nie mają praktycznie żadnego wyposażenia z tamtych lat, można je jedynie zobaczyć na starych fotografiach. W witrynach znajdują się drobne rzeczy znalezione w pałacu. W jednej sal są zdjęcia pałacu w chwili przejęcia i dopiero można docenić ogrom prac, jaki został wykonany do dnia dzisiejszego. Opowieści pani przewodnik ubarwiają całą wycieczkę, a zwiedzanie trwa ok. 1,5 h.

Niedzielna wycieczka, pełna niespodzianek

Uwielbiam jeździć na motocyklowe wycieczki i zwiedzać przy tym różne miejsca. Są to raczej miejsca typowo turystyczne, mniej lub bardziej popularne. Pewnego razu zobaczyłam u kolegi Marcina zdjęcia z wycieczki, które spowodowały, że miałam gęsią skórkę. A okazało się, że to całkiem blisko mojego miejsca zamieszkania. Postanowiłam też tam pojechać, choć wiązało się to z pewnym ryzykiem, bo pałac ten jest opuszczony od 2011 roku i nie wiadomo, co się na miejscu zastanie. Na wycieczkę był chętny jeden kolega, też Marcin, który przyjechał z Adrianem. Postanowiłam nie powiększać tej grupy, bo nie było wiadomo, na co się piszemy…

Okazało się, że Marcin i Adrian mają już za sobą wycieczki w stylu „urbex”, po opuszczonych budynkach i tylko ja pozostałam debiutantką w tej kwestii. Na miejscu zastaliśmy pokrzywy po kask i otwarte okno, którym wszyscy tam wchodzą. Budynek w dawnej części mieszkalnej był w znośnej kondycji i nie groził zawaleniem. Ale, im wyżej szliśmy i dalej, to ten stan podłóg był coraz gorszy, więc zawróciliśmy. Widać, że w pałacu rządzili menele, ale też pozostało tam mnóstwo rzeczy po dawnych lokatorach. I to właśnie to połączenie dziecięcych zabawek z obskurnym wnętrzem robiło tak mocne wrażenie. A dodatkowo kilka ustawek, które przypominały sceny wprost z horrorów! Szybko robiłam zdjęcia i chciałam to miejsce opuścić. Zobaczcie sami:

Drugim celem wycieczki był Pałac Krobielowice, który od przodu wygląda jak zwyczajny budynek, ale wystarczy go obejść, by zobaczyć, jaki jest piękny. Można też wejść do środka i skorzystać z restauracji lub hotelu. Ja miałam to szczęście, że wpadłam na p. Radka, który zawsze chętnie opowiada historię zamku (koledzy się nie załapali, bo się na chwilę rozdzieliliśmy). Zaprowadził mnie na balkon, a później pokazał apartament feldmarszałka pruskiego Gebharda Leberechta von Blüchera, który ten pałac dostał w nagrodę za wygraną z Napoleonem bitwę. Po latach pałac wykupił krewny feldmarszałka (który mieszka w Nowej Zelandii) i pięknie go odrestaurował. To miejsce warte odwiedzenia!

Potem udaliśmy się do Sobótki, by zobaczyć Zamek Górka, który pięknie wygląda, ale niestety nie można wejść do jego wnętrz. Do małego kosciółka dobudowano część mieszkalną, a całość bardzo ucierpiała podczas wojennych grabieży.

Po drodze udaliśmy się też na zaporę zbiornika w Mietkowie, gdzie prowadzi 100 schodów! Na szczęście były niskie i w taki upał nie popadaliśmy z wysiłku. A zastane na górze widoki wszystko rekompensowały!

Na koniec Marcin zaproponował, żeby zobaczyć starą, opuszczoną cukrownię, którą mieliśmy po trasie. Okazało się jednak, że już jest rozbierana i niewiele z niej zostało.


Po całym dniu upałów usiedliśmy sobie na chwilę w cieniu na pogaduchy, a jak przyszło do ruszania to mój motocykl postanowił wyzionąć ducha! Dwa tygodnie wcześniej wprawdzie akumulator mi padł, ale po naładowaniu działał bez zarzutu, aż do tej niedzieli. Zadzwoniłam do kolegi zapytać, czy ma możliwość podjechania do nas autem z przewodami do odpalania, a w tym czasie Adrian z Marcinem robili akcję odpalania „na pych”. Za pierwszym razem nic z tego nie wyszło, ale Adrian się zaparł, wepchnął motocykl pod większą górkę i zjeżdżając na dół, przebierając nogami „na flinstona” próbował dalej. I udało się!

A jak się udało, to postanowiliśmy kontynuować wycieczkę i jeszcze nieco dołożyć sobie kilometrów w drodze do domu. Na garażach czekali już na mnie koledzy z miernikiem i wyszło na to, że coś mi te wartości mocno skaczą. Zaczęli szukać przyczyny, odkryli cele akumulatora i się okazało, że są w połowie suche. Dolali co trzeba i póki co (odpukać) akumulator nadal żyje. Ja też, bo jeszcze załapałam się na grilla po tym wyczerpującym i zaskakującym dniu.

Dziękuję za super wycieczkę i pomoc w potrzebie. Na motocyklistów zawsze można liczyć!