100 lat odzyskanej niepodległości na motocyklowo!

11 listopada był w tym roku dniem bardzo wyjątkowym, ponieważ minęło 100 lat, odkąd nasz kraj odzyskał niepodległość. Pogoda dopisała, więc i pomysł na paradę motocyklową w Brzegu Dolnym z tej okazji, wypalił zaskakująco dobrze. Organizatorem spotkania był klub DWL, ale ilość zgromadzonych motocykli, nawet ich mocno zaskoczyła. Udało się jednak wszystko opanować i przejazd wyszedł bardzo zgrany, jak na te ok. 250 motocykli na trasie przejazdu parady!

Hasło tego dnia to „100 Motocykli na 100 Lat Niepodległości Państwa Polskiego”, a jego celem była wspólna parada i ułożenie liczby 100 z naszych motocykli. Najpierw pojechaliśmy pod Urząd Miejski w Brzegu Dolnym, gdzie o 12.00 wspólnie odśpiewaliśmy hymn (pięknie nas przez niego przeprowadziła jedna z motocyklistek przez mikrofon). Była to wyjątkowa chwila, taka, która pozostaje długo w pamięci.

Potem zrobiliśmy małą paradę po mieście i udaliśmy się do sąsiedniego Wołowa. Kolumna motocykli ciągnęła się, aż po horyzont! W Wołowie zrobiliśmy rundę po Rynku, a na ulicy Piłsudskiego zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby „narobić hałasu” ku jego pamięci. Później zawróciliśmy na rondzie (co było zabawne, bo zjeżdżając z ronda mijało się innych motocyklistów na nie dopiero wjeżdżających), żeby ostatecznie zaparkować na placu PKS.

Autorzy zdjęć: Maciej Trubisz, Pierwszy z Brzegu, Krzysztof Plichta, Patrycja Molińska, Emil i ja.

Na tym placu były osoby, które ustawiały motocykle w wyznaczony sposób. Wszystko po to, by potem z drona zrobić ujęcie, jak nasze motocykle ułożone są w liczbę 100. Tam powitał nas burmistrz i też odśpiewaliśmy hymn narodowy. A utworzona z motocykli setka wyglądała z góry świetnie, choć będąc na dole nikt by tego nie powiedział haha.

Na koniec, już mniejszą paradą, pojechaliśmy na wspólne ognisko. Wszystko już było przygotowane i każdy się posilił. Super było się spotkać w tak wyjątkowy dzień, spędzić go z innymi motocyklistami/tkami i uczcić go na swój sposób. Ponad podziałami, ponad politycznymi przepychankami, po prostu prosto z motocyklowego, polskiego serca!

Filmy z wydarzenia znajdziecie na moim profilu: facebook.com/pamietnikmotocyklistki

Bolesławiec, Muzeum Ceramiki i Zamek Kliczków

W Ubiegłą niedzielę postanowiłam poszerzyć nieco moje odkrywanie Dolnego Śląska o okolice Bolesławca. Przyznaję, że interesujących obiektów znalazłam tyle, że z pewnością tam wrócę. Obecnie dzień jest krótszy, a kilometrów zrobiłam 240, więc czasu na zwiedzanie wiele nie miałam. Padło na to, z czego słynie Bolesławiec, czyli Muzeum Ceramiki oraz na Zamek Kliczków całkiem niedaleko.

Pogoda była cudowna, ok. 20 stopni i pełne słońce, a wybrałam trasę mniej uczęszczaną, z dużym zalesieniem. Nie mogłam jechać szybko, bo musiałam się napatrzeć na te, kolorami malowane liście. To taki krótki czas (idzie spore ochłodzenie), że doceniać trzeba chwile… Momentami zasypywał mnie deszcz, malutkich złotych listków, cudnie!

Dotarłam pod Muzeum Ceramiki, ale po drodze zobaczyłam jakiś fajny budynek. Postanowiłam tam podejść – weszłam w malutką bramę i znalazłam się na rynku. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie to miejsce. Kolorowe kamienice, zdobione w każdym detalu, prezentowały się w słońcu cudnie! Dawno nie widziałam tak ładnego, przestrzennego i barwnego rynku, gdzie historia łączy się z teraźniejszością (ten wrocławski przez 17 lat mieszkania mi się opatrzył). Ludzie siedzieli sobie w ogródkach restauracyjnych i na ławkach. Sama bym przysiadła, ale czas jednak gonił.

Do Muzeum Ceramiki podeszłam, tak trochę jak do obowiązku – pewnie będzie nudno, ale trzeba zobaczyć, bo z tego to miasto słynie. Na wstępie poznałam dwie sympatyczne i bardzo pomocne panie. Później weszłam do pierwszej sali i wciągnęło mnie… Serio! Te kolory, zmieniające się przez lata formy zdobień, szczegóły i szczególiki. Chyba najbardziej mnie urzekły ludzkie (anielskie) twarze i zwierzęta z ceramiki. Przecież to wszystko powstało w wyniku ręcznej, bardzo precyzyjnej pracy! Byłam pod wrażeniem, ponownie.

Panie pokierowały mnie jeszcze do drugiego oddziału Miejskiego Muzeum, gdzie były wystawiane współczesne prace na Triennale Bolesławiec 2018 (i będą do 11 grudnia). Sztuka współczesna nie zawsze jest dla mnie zrozumiała, jednak w tym przypadku większość prac ceramicznych wzbudziła we mnie pewne emocje. Nie robiłam im zdjęć, bo to trzeba zobaczyć na żywo, poczuć ten przekaz i docenić prace artysty nad dziełem. Dalsze sale muzeum odnoszą się min. do wojennej historii miasta, a także są tam zbiory kolekcjonerskie porcelany.

Pani z obsługi pokazała mi jeszcze, jak się kierować do murów obronnych i pomnika gen. Kutuzowa. Tam też można zobaczyć budynki, których nie odnowiono i są w słabym stanie. Normalnie, jakby czas się tam już zatrzymał… Ciężko mi było opuszczać to miasto, ale obiecałam sobie, że wrócę tam jeszcze.

Zupełnie niedaleko stoi Zamek Kliczków. Miejsce to (jak większość takich obiektów na Dolnym Śląsku) zostało ograbione w czasach wojennych, a potem pełniło funkcje wojskowo-szkoleniowe. Po sprzedaży w prywatne ręce, zamek dostał nowe życie, bo powstało tu centrum hotelowo-konferencyjne. Obiekt jest typowo komercyjny, więc „zwiedzić” go można jedynie z zewnątrz, ewentualnie skorzystać z restauracji. Całość jest zadbana i miło popatrzeć, że ocalała od zniszczenia.

Dopadł mnie zachód słońca, ubrałam na siebie dodatkowe warstwy i trzeba było szybko wracać. To „szybko” trochę mi nie wyszło, bo wybrałam dłuższą trasę przez Przemyski Park Krajobrazowy, ale było warto! Puste, gładkie, lekko kręte drogi i cudownie pokolorowane jesienią… W połowie trasy dopadła mnie przez to ciemność i zimno, ale bezpiecznie do domu dotarłam. Ta wycieczka była naprawdę udana!

Nabijamy kilometry :-)

Przez dwie ostatnie niedziele była piękna pogoda i nabiłam 500 km na wycieczkach. Pierwsza miała 260 km – rano wyskoczyłam zobaczyć, jak się ścigają samochodami na starym lotnisku w Oleśnicy, a o 13 pojechałam do Siechnic, gdzie miała być zbiórka do małej wycieczki.

Na miejscu okazało się, że ruszymy na 4 motocykle, ale dalej w trasę jedziemy już tylko we dwójkę. Z Michałem jeździłam już kiedyś, byliśmy razem na wyścigu w Brannej w 2016 roku. Wprawdzie obydwoje mamy już inne motocykle, ale jechało się fajnie w takiej parze.

Spytałam, gdzie właściwie jedziemy? A Michał na to, że: „nabijamy kilometry, nabijamy” i faktycznie tak było. Zupełnie odzwyczaiłam się od jazdy bez celu, zawsze staram się coś wymyślić, choćby fajne miejsce na kawę, a najlepiej to jakieś zwiedzanie.

To daje trochę inne spojrzenie na drogę, bo skoro ona jest celem – to jakoś bardziej zwraca się uwagę na otoczenie. Doceniałam, jak asfalt był cudny i zakręty, jak panorama się nagłe „otworzyła” przed nami, podpatrzyłam co tam ludzie na wsi robią. I tak kręcąc się bez celu 160 km pykło i w sumie byłam nawet zmęczona, znaczy się dostatecznie „wyjeżdżona” 🙂 .

Kolejną niedzielę spędziłam Bolesławcu i okolicach, ale o tym opowiem w kolejnym wpisie, bo zdradzę, że jestem pod sporym wrażeniem!