300 zatáček Gustava Havla – Horice 2019

Uwielbiam czeskie wyścigi miejskie i staram się na nie jeździć, jeśli tylko mam możliwość i są blisko polskiej granicy. W ubiegły weekend odbył się kultowy wyścig w mieście Horice, gdzie też startowało 2 polskich zawodników, a obleganie trasy przez polskich kibiców było przeolbrzymie. No u nas nie mamy takich atrakcji!

Miałam na wyścig jechać w sobotę, ale wymagało to wczesnej pobudki, a po piątkowym, ciężkim wieczorze w pracy stwierdziłam, że na bank nie wstanę! Postanowiłam wyskoczyć do rodziców w Kotlinie Kłodzkiej, a stamtąd miałam już blisko na wyścig. Nie chciało mi się jechać samej, to dałam posta i zgłosił się jeden kolega. Potem się okazało, że jednak dwóch i to na motocyklach 1200 pojemności.

Ruch na 8-mce był spory, więc to wiązało się z ciągłym wyprzedzaniem. To, co chłopakom w tej pojemności szło w moment, ode mnie wymagało dużego skupienia i zwarcia. Umordowałam się strasznie, bo nie lubię tak jeździć – szybko i wciąż wyprzedzając. Ale nie jest tak, że ja samochodów nie wyprzedzam, tylko czasem nie widzę takiego sensu i jadę sobie za nimi, jak poruszają się żwawo. Dojechałam psychicznie zmęczona i fizycznie spięta, jakbym to ja startowała w jakimś wyścigu.

Dotarliśmy jak jeździły już litrowe pojemności, a pomiędzy przejazdami przemieszczaliśmy się wzdłuż trasy. Takie wyścigi, to może nie są takie, jak na wyspie Man, jednak mają swój urok, wcale niemałe prędkości i trzeba mieć jaja, żeby w takiej rywalizacji, po mieście i przez las, wystartować. Ciężko mi było robić zdjęcia w ich tempie jazdy, ale coś tam mam:


Przez chwile nad trasą i w drodze powrotnej towarzyszyły nam deszczowe chmury, jednak do domu udało mi się wrócić na sucho. Jechałam już sama, bo w innym kierunku, niż koledzy. Może i dobrze, bo w swoim tempie i mniejszymi drogami z cudną panoramą. Lubię te trasy w okolicach Kamiennej Góry i zawsze żałuję, że jestem tam tylko przelotem, więc trzeba będzie zrobić sobie wycieczkę po tamtym rejonie.

Na trasie, a potem drugi raz na Orlenie spotkałam ekipę z mojego miasta. A podczas wyścigu podeszła do mnie Agnieszka ze Świdnicy, która mnie rozpoznała! Okazało się, że czytała mojego bloga i było to dla niej duże wsparcie w trakcie zdobywania motocyklowych uprawnień. Tydzień wcześniej poznałam też Renatę, która miała podobnie. Bardzo mnie to cieszy! Bo ja tak sobie tu piszę, bo lubię, a okazuje się, że ktoś to czyta, a nawet się moimi wpisami motywuje do walki o motocyklowe marzenia. Dziękuję i tak trzymać dziewczyny!!!

A jeszcze wspomnę, że po raz pierwszy jechał ze mną czarny kot na szczęście. Kot ma na imię Bonifacy (taki głos rozsądku na motocyklu) i zastąpił kontuzjowaną żabkę Franię. Jakie wrażenie zrobiła na nim pierwsza jazda to widać na zdjęciach hahaha, a jeszcze jak zobaczył te moje rozklejone w trasie buty (świeżo po wymianie podeszw u szewca), to już całkiem się zdziwił 😉 .

Międzynarodowy Dzień Motocyklistki….tydzień później

Zawsze w pierwszą sobotę maja jest obchodzony Międzynarodowy Dzień Motocyklistki. U nas w tym roku ta data była nieco niefortunna, ponieważ zlała się z długim weekendem i zalała strumieniami deszczu i zimna. Ale ucieszyłam się, że wrocławska fundacja Moto Dolls zapowiedziała babską wycieczkę motocyklową na 11 maja.

Na zbiórce pod sklepem 4Slidery zebrało się 10 motocykli, a w tym jeden męski rodzynek. W tym roku motocyklowe księżniczki wyjechały do Pałacu Ziemiełowice. Trasa trwała ok. godziny czasu i trafiły się też niespodziewane atrakcje w postaci kilku-kilometrowej drogi szutrowej 🙂 w ramach skrótu.

Pałac Ziemiełowice to budynek z ogrodem, który należy do prywatnych właścicieli od 2006 roku i na co dzień jest zamknięty. Z właścicielem można się kontaktować przez facebook’owy profil i tak udało się dziewczynom poprosić Pana o oprowadzenie nas po pałacu.

Pałac był majątkiem ziemskim i pod opieką różnych właścicieli był zmieniany i rozbudowywany. Dlatego też w jego architekturze przeplatają się różne style. Mimo swej wielkości, najdłużej obiekt zamieszkiwała tylko 3-osobowa rodzina.

Obecni właściciele włożyli wiele zasobów finansowych i czasu, by przywrócić i zrekonstruować obraz pałacu sprzed lat. W międzyczasie był rozgrabiony, podniszczyła go też woda i ogień. Parter jest już odnowiony i częściowo umeblowany, a na piętrze nadal trwają prace remontowe. Pałac zrobił na nas wrażenie, właściciel również, bo zależy mu na zachowaniu pałacu dla przyszłych pokoleń.

Po zwiedzaniu udaliśmy się na szybki obiad, wyszło tak, że na Orlenie haha, a potem pojechaliśmy na kawę do fajnej restauracji przy stadninie konnej. Wracaliśmy już bardziej głównymi trasami, by zwieńczyć nasze święto grillem przy sklepie 4Slidery.

Wrak-Race w Skokowej

Nie miałam pomysłu na wycieczkę 3 maja, ale facebook mi przypomniał, że mam na ten dzień wydarzenie. Całkiem niedaleko rozgrywać się miały zawody wrak-race. To takie wyścigi, że jeździ się tam starymi, wyrejestrowanymi gratami po szutrowym torze. W takim wyścigu jedzie na raz 5-6 samochodów i wszelkie przepychanki są dozwolone. Pojedynczy wyścig trwa 8 minut, a wygrywa ten zawodnik, co wraka dowiezie do mety z największą liczbą okrążeń w tym czasie.

Powiem Wam, że widowisko jest świetne. Akcja rozgrywa się dynamicznie, ostatni bywają pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. Dachowania są i awarie, fruwają zderzaki i inne elementy zawieszenia. Liczy się przede wszystkim dobra zabawa, ale jest i zaciekła walka. Dawno nie widziałam na zawodach samochodowych takiej walki (no może kiedyś jak mieliśmy Mistrzostwa Europy w Rallycrossie).

Sport jest amatorski, nie wymaga żadnych licencji, sprzęt jest stosunkowo tani (w porównaniu do rajdówek czy wyścigówek), a widowisko i emocje – pierwsza klasa! Jeżeli macie gdzieś okazję zobaczyć takie zawody, to szczerze polecam!