Motocykl Action Team – szkolenie motocyklowe dla kobiet

Decyzja o wyjeździe na kobiece szkolenie motocyklowe była spontaniczna. W środę szukałam noclegu i miałyśmy jechać na 3 motocykle (ja, Asia i Ania) z Wrocławia, a Magda miała dołączyć z Bieszczad, gdzie akurat była na wakacjach. Znalezienie odpowiedniego noclegu jest ważne, jeżeli parkuje się 4 motocykle. Raczej unikamy wtedy publicznych parkingów, a szukamy domków jednorodzinnych z zamykanym placem. I to się udało, nawet w dobrej cenie. Polecam noclegiuanety.pl , bo pod torem, motocykle pod oknami, są kamery i zamykane podwórze.

Szkolenie dla kobiet Motocykl Action Team miało się rozpocząć w sobotę 27 lipca w ośrodku doskonalenia techniki jazdy Tor Modlin o 8.30 rano. Dlatego załatwiłam sobie zakończenie pracy o 15, żeby dołączyć do dziewczyn i razem ruszyć S8-mką w kierunku Warszawy. Nie lubię takiej jazdy, ale jakoś tak grupowo, nawet fajnie nam szło. Włączyłam sobie radio i śpiewałam pół drogi, żeby mi się nie nudziło…. Na każdej stacji paliw wzbudzałyśmy ponad przeciętne zainteresowanie, a nawet usłyszałyśmy, że „fajny mamy gang”.

Pogoda w sobotę dopisała, bo wprawdzie było ciepło, ale większość czasu słońce kryło się za chmurami. Ostre burze nadeszły nocą z soboty na niedzielę, do tego stopnia, że wychodziłam zobaczyć, czy motocykle się na siebie nie powywracały. Na szczęście przetrwały te niełatwe warunki i w niedziele już znowu było pogodnie i mogłyśmy wracać.

Zastanawiałam się w sumie, czy to szkolenie jest dla mnie? Jechałam na poziom 1, a jestem w trakcie swojego, dziewiątego sezonu motocyklowego, a każdy po min. 10.000 km. Stwierdziłam jednak, że trochę ćwiczeń mi się przyda, jakiekolwiek by one nie były, bo jakoś w tym sezonie po krętych drogach jeździłam bardzo mało.

Szkolenie rozpoczęło się teorią przedstawianą przez instruktora Adama. Jej zakres był faktycznie podstawowy, choć niektóre rzeczy fajnie było sobie odświeżyć, a i parę ciekawostek poznać. Do ćwiczeń przystąpiłyśmy w 2 grupach, moja składała się z 7 motocyklistek i instruktora Piotrka. Pierwszy blok ćwiczeń obejmował jazdy z prędkościami poniżej progu równowagi. I powiem Wam, że to wcale nie było łatwe! O ile jazdę powolną przed siebie ćwiczę za każdym razem, jak jestem w mieście, tak jazda wolna w slalomie to był horror, nie tylko dla mnie. Okazało się, że najlepiej w tym ćwiczeniu wypadła dziewczyna na motocyklu sportowym z najmniejszym promieniem skrętu. Im wyższy motocykl, tym jakoś trudniej było zmieścić się w tym slalomie żółwia. Wszystkie odetchnęłyśmy z ulgą, jak to ćwiczenie się skończyło. Mi osobiście z każdą powtórką szło gorzej, bo dochodziło jeszcze zdenerwowanie na „te głupie pachołki”. Oczywiście, kobiecą logiką, doszłyśmy do wniosku, że dwie przeszkody tak ominiemy, więc to wystarczy w codziennym życiu.

fot. Jacek Hanusz/ Motocykl i z archiwum własnego

Po przerwie kawowej pracowaliśmy nad świadomym przeciwskrętem, hamowaniem awaryjnym i jazdę po okręgu. Slalom wolny zamieniliśmy na dużo przyjemniejszy slalom. Jednak nie był to taki „pikuś,” ponieważ wykonane ćwiczenie to nie wszystko. Ja np. dowiedziałam się, że w jedną stronę nie przechylam się z motocyklem, za ręką popychającą kierownicę. To cenna wskazówka, ponieważ sama nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jestem po wypadku, więc podświadomie staram się chronić i nie obciążać operowanej ręki. Jak zaczęłam to kontrolować, to od razu poczułam poprawę w jeździe.

fot. Jacek Hanusz/ Motocykl

Hamowanie awaryjne odbywało się przy różnych prędkościach i w różnych konfiguracjach używanych dźwigni. Wszystko po to, by zobaczyć różnicę w drodze hamowania i robić to bardziej efektywnie (dziewczyny bez ABS ślizgiem zatrzymywały się też efektownie). Ja dowiedziałam się w jakiej pozycji ułożyć dłoń, żeby wyeliminować mimowolne dodawanie gazu przy nagłym hamowaniu, co mi się zdarza. Każdy mi mówił jedynie, że mam tak nie robić, a tu dostałam wskazówkę, jak to zrobić, żeby się nie powtarzało. I faktycznie, trick jest prosty i działa. Przy okazji przetestowałam motocykl po wymianie płynu hamulcowego, linki i klamek, co bardzo poprawiło szybkość zatrzymywania się.

Następie przenieśliśmy się na drugi tor, gdzie mogliśmy poćwiczyć złożenia na okręgach w obie strony. To było fajne, tylko o pozycji łokcia muszę pamiętać. Obok był tor do jazdy precyzyjnej, to w wolnych chwilach można go było przejechać – ćwiczenie szczególnie fajnie do nauki przeciwsiadu.

fot. Jacek Hanusz/ Motocykl i z archiwum własnego

Organizator zadbał o obiad, dzięki czemu zebrałyśmy siły na ostatni blok ćwiczeń i chyba najbardziej przyjemny, czyli jazdę po torze. Tor podzielono na 3 sekcje, by dokładnie je opanować. Mi osobiście najbardziej przypadła ciasna sekcja pierwsza, ale tu ile kobiet, tyle preferencji było. W tym ćwiczeniu nikt się nie ścigał oczywiście, chodziło o dobranie toru jazdy i odpowiednie złożenie motocykla oraz własną pozycję. Jeździł za nami instruktor i jak widział błędy to zapraszał na rozmowę o tym. Czasem prosił, żeby jechać za nim i tak pokazywał jak się tę partię powinno pokonać.

Na ostatniej partii zrobiliśmy świetne ćwiczenie prowadzenie jedną ręką. Najpierw zamarłam, bo nie wyobrażałam sobie, że da się to zrobić na jednym z tych ciasnych zakrętów. Jednak z każdym okrążeniem wyczucie zachowania motocykla miałam coraz większe i wszystko szło świetnie. Dopiero przy tym ćwiczeniu zrozumiałam, jak duży wpływ na sterowanie motocyklem ma dodawanie i odejmowanie gazu. Wiele się o tym mówi, jednak złapanie tego we własnych odczuciach jest o wiele bardziej cenne.

Na koniec mogłyśmy pojeździć swobodnie całą nitką toru. To nie jest obiekt wyścigowy, asfalt jest bardziej drogowy, więc wskazana była pewna doza zdrowego rozsądku. Nie zauważyłam jednak, żeby dziewczyny potrzebowały się „wyżyć” na torze, raczej świadomie wprowadzały w życie nabytą wiedzę. Sama, ani przez chwilę, nie zauważyłam najmniejszych oznak utraty przyczepności, więc śmiało mogę polecić szkolenia w tym ośrodku doskonalenia techniki jazdy. Po trzech okrążeniach już zjechałam, bo zmęczenia dało się odczuć. Na szczęście do Wrocławia wracałyśmy kolejnego dnia.

fot. Jacek Hanusz/ Motocykl i z archiwum własnego

Podsumowując – moje obawy były nieuzasadnione, ponieważ nawet na poziomie 1 można się czegoś nauczyć. Kręta nitka toru i zróżnicowana trudność zakrętów to świetna zabawa i nauka w jednym. Nasz instruktor Piotrek był oazą spokoju i źródłem cennych wskazówek, dlatego szkolenie przebiegło w świetnej atmosferze.

A na czym polega ta różnica, gdy szkolenie jest tylko kobiece? Głównie jest to większa swoboda. Kobiety we własnym gronie dzielą się doświadczeniem, nie wstydzą błędów, wzajemnie się motywują. Każda z nas ma tą pasję w sercu i to widać. Każda pracowała w pocie czoła nad poprawą własnych umiejętności i chętnie dzieliła się tym doświadczeniem. Z innymi kobietami na torze czułam się bezpieczniej, bo mniej było brawury i nieprzewidywalnych zachowań w ich jeździe w porównaniu do grup mieszanych. Z chęcią wzięłabym udział ponownie w tego typu szkoleniu i szczerze je polecam.

fot. Jacek Hanusz/ Motocykl i z archiwum własnego

A po czym widać, że szkolenie było wartościowe? Jak wsiadając na motocykl słyszymy z tyłu głowy „popraw pozycję, stopy do siebie”, a potem myślimy też nad tym, jak optymalnie pokonać dany zakręt. Gdy w czasie rzeczywistym jesteśmy świadomi swoich błędów i staramy się je wyeliminować. Skuteczne szkolenie powinno wzbudzić bardziej świadomą jazdę na co dzień i to się udało.

Międzynarodowy Zlot Pojazdów Zabytkowych w Oławie 2019 – galeria

23 czerwca postanowiliśmy wyskoczyć na chwilę do Oławy, gdzie był min. Międzynarodowy Zlot Pojazdów Zabytkowych i Charytatywny Rajd Koguta. Miejski festyn zdominowały piękne, samochodowe perełki i kilka motocykli. Było bardzo upalnie i tłumy, więc nie zabawiliśmy tam długo.

Środkowa Polska Zachodnia

cof_soft
Na kilka dni zostaliśmy nad jeziorem Głębokim. Poniedziałek nam upłynął na słodkim lenistwie, pojechaliśmy z motocyklistami do Międzyrzecza na lody, a stamtąd oni wrócili w kierunku Wrocławia, a my nad jezioro. Długo tak jednak „nic nie robić” nie umiem, więc już wieczorem szukałam pomysłów na wycieczki. I wiecie co? Strasznie się cieszę, że mieszkam na Dolnym Śląsku, bo on jest bogaty w atrakcyjne miejsca. W tej środkowej części kraju (i zachodniej, jak mnie czytelnik poprawił) niewiele znalazłam miejsc, które odwiedzić bym chciała. Stanęło na Łagowie (bo pięknie z góry wygląda) i Międzyrzeckim Rejonie umocnionym.

W Łagowie cicho, spokojnie, turystów w czerwcu zero. Mała mieścinka, ale ma swój klimat. Całą panoramę okolicy można podziwiać z okolicznej wieży. Pani sprzedająca lody poleciła nam jeszcze wejście na wiadukt kolejowy, ale akurat ta panorama nas nie porwała. Dłuższą chwilę na tych lodach spędziliśmy, bo właścicielka lodziarni ma synów motocyklistów, więc było sporo wspólnych tematów. Wrócimy do Łagowa jeszcze ze względu na trasy rowerowe przy jeziorze i te podziemne.

Międzyrzecki Rejon Umocniony jakoś specjalnie mnie nie pociągał, bo na Dolnym Śląsku zwiedziłam kilka takich obiektów. Jednak mile byłam zaskoczona, ponieważ to zupełnie inny typ wojennych bunkrów. Na zewnątrz mała kopułka, a wewnątrz podziemny świat wysokości 10 pięter! I nawet z trasą dla ciężarówek. Długie kilometry podziemnych tras, po których chodziliśmy ponad 2 godziny. Było tam chłodno (ale mieliśmy motocyklowe ciuchy) i ciemno (na szczęście na trasach były punkty ze światłem). Ponoć te trasy mogą prowadzić nawet do Berlina, ale są zalane i ciężko to sprawdzić. Niektóre fragmenty trasy są też chronione przed turystami ze względu na zimowanie nietoperzy.

Przeszliśmy dziesiątki schodów i nadreptaliśmy kilka kilometrów. Po wyjściu na zewnątrz i ten upał, zadzwoniliśmy po samochód transportowy, żeby nas dowiózł do bazy. A to nie był zwykły samochód! Wrażenia niezapomniane, bo jazda nim wcale nie była spokojna.

Kolejnego dnia postanowiliśmy wyskoczyć nad morze na rybkę, bo ze środkowej Polski to już „kawałeczek”. Pogoda była cudna, więc na plaży się godzinkę poopalaliśmy. Woda była lodowata, więc zanurzyłam się po… kostki hahaha. Rybka za to była wyśmienita, choć słono kosztowała (90 zł/2 os). Fajnie było choć na chwilę zobaczyć morze, oddychać nadmorskim powietrzem i poczuć nagrzany piasek.

Ostatni dzień pobytu zostawiliśmy sobie na leniuchowanie z leżakami nad jeziorem, jazdę rowerkiem wodnym i pakowanie się.