Czekając na wakacje…

Wiem, wiem nie rozpieszczam ilością wpisów… Mam teraz kumulację zajęć w zaocznej szkole w związku z zakończeniem w niej edukacji. I pierwszy raz od x-lat mam poczucie oczekiwania na wakacje! Prawie jak za czasów podstawówki ;-). Tyle, że teraz wakacje to po prostu weekendy, tylko i wyłącznie do własnej dyspozycji!

Mam już w planie wakacyjne szkolenie z jazdy w terenie (może te drugie dojdzie do skutku!) i o dziwo mój przyszły nauczyciel pozwoli mi przemieszczać się swoim crossem. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że można zaufać blondynce, aż do tego stopnia – no ale jego sprawa ;-). Ja tam skorzystam, a jakże!

Na ten moment jeżdżę na moto jedynie w wolnym czasie z punktu A do B, więc szału nie ma. Przygoda ani przyroda mnie nie atakuje, aczkolwiek nadal lubię jeździć, nawet… po bułki do sklepu!

Cień motocyklisty

Wczoraj wpakowałam się w nocną jazdę, krętą drogą przez las. Nie, nie zrobiłam tego świadomie – zmusiła mnie do tego niespodziewana „awaria”. Ale zacznijmy od początku…

Godzina 19, a ja przypomniałam sobie, że muszę kupić książkę na prezent, a 3-go przecież wszystko nieczynne. No to wsiadłam na Stringa i pojechałam „górami” przez las do Kłodzka. Robiło się już ciemno, więc tylko wskoczyłam do empiku, poprosiłam o znalezienie książki i już byłam gotowa do powrotu. Ja tak, a String? Niekoniecznie 😉

Przekręcam kluczyk, a tu ciemno na tablicy! Pstryknęłam czerwonym – nic. Ale patrzę od przodu, że światło mam – więc, to nie jest zanik prądu. Zaczęłam mieszać biegami i zapalił się bieg jałowy (musiałam go zostawić na biegu, czego raczej nie zwykłam robić). No to znów do czerwonego i… zawarczał, nie zdążył nawet wejść na obroty i z metalicznym łoskotem zgasł. I tak parę razy! No ładnie! „Houston, mamy problem”!

Pierwsze „koło ratunkowe” to telefon do mechanika – niestety wyłączony. Drugie – telefon do Artura, sprzedawcy Stringa. Za 4 dzwonkiem odebrał, a ja opisałam wszystkie symptomy, łącznie z odtworzeniem dźwięku do słuchawki ;-).

Akumulator chodził, poruszałam coś tam osłoną świecy i wreszcie Artur (po przepytaniu mnie z wcześniejszego zachowania motocykla) wpadł na to, co się stało. Po prostu zadziałała mi jakaś blokada zapłonu (o której nie miałam pojęcia), bo klepnęłam czerwonym na biegu i na nóżce. Artur polecił mi wpiąć jedynkę, przepchnąć go kawałek i próbować znowu.

Z duszą na ramieniu (bo co zrobię, jak tu zostanę?? Wszyscy znajomi kierowcy już „grillują”, a ten parking jest znacznie oddalony od miasta i zostawić tu moto – strach), pospacerowałam ze Stringiem po parkingu. Próba odpalenia i jest! Wpadł na czerwone pole obrotów, zaczął strzelać z wydechu – ale chodził! Stopniowo sytuacja się unormowała… ale w międzyczasie zapadła już totalna noc.

Wracanie przez wioski było znośne, a po minięciu każdej latarni przeganiał mnie mój własny – cień motocyklisty ;-). Gorsze było pokonanie góry w lesie. Najpierw pod górkę, a tam las tak gęsty, że nawet górą nie było widać prześwitu między drzewami. Ciemność totalna! Teoretycznie wiem, gdzie są i jakie tam zakręty, ale to w dzień! Nocą to wszystko wygląda o wiele bardziej przerażająco. Linie zakrętów widać w ostatniej chwili, po skręcającej linii trawy na poboczu, poczucie odległości i długości prostych też jest w ciemności jakieś inne. I te porażające uczucie, że za linią światła jestem ja – całkowicie wchłonięta przez tą ciemność. Lusterka wsteczne całkiem czarne. Tak jakbym zamarła na tym motocyklu, jechałam przed siebie, ale myślami powtarzałam tylko mantrę: „rany, chcę już być w domu!”. Nie patrzyłam na boki, bo różne zarysy, pobudzały tylko moją wyobraźnię. Na szczęście nie przywołałam światłem żadnych zwierząt.

No i wreszcie zobaczyłam tablicę pierwszej miejscowości! Spadł ze mnie duży ciężar i dopiero zauważyłam, jak mocno całą drogę ściskałam bak ;-).

Dawid i Goliat

Dziś miałam przygodę z…tirem ;-). Jechałam sobie jak przystało – grzecznie przez miejscowość, a za mną (grzecznie jak przystało) tirek. Taki duży i czerwony. Wyjeżdżamy z ograniczenia prędkości, to się bujam coraz szybciej, tirek trzyma za mną tempo.

I było by wszystko OK, gdyby tirkowi nie włączyła się nagła potrzeba wyprzedzenia mnie. No i patrze w lusterko, a tam jego lampa na szerokość lusterka (siedzi mi na tyłku normalnie). Zobaczyłam kierunek, no to kolanka do baku, równa prędkość i niech mnie bierze jak musi! 😉 Z dużymi lepiej nie igrać!

No i tirek się wychylił na środek, ale miał takie tempo zbierania się, że z przeciwka już coś jechało. Postanowił wrócić na swój pas, tyle, że teraz miał mnie jakby koło siebie! Dodałam gazu (na szczęście jeszcze był) i odjechałam mu do przodu. Zaczęłam jechać ogólnie szybciej, bo tirek mnie jednak trochę nastraszył…

A, że zabawa się tirkowi spodobała, to zaczął mnie gonić i chciał wyprzedzić po raz drugi. Wbił kierunek i…. nie mógł do mnie dojechać, bo się okazało, że właśnie jedziemy już pod górkę i tak jakby mocy mu zbrakło ;-). Za to Stringowi wcale nie brakowało i odstawiłam go na ponad kilometr.

Nie rozumiem potrzeby wyprzedzania, jak się nie ma czym wyprzedzać! Całe szczęście, że z tego wszystkiego nie wynikła jakaś jazda „na trzeciego”, albo zwiedzanie przeze mnie rowu.