Alpy 2026 – dzień pierwszy. Lago di Resia
Dzisiaj pierwszy dzień urlopu w południowym Tyrolu. Co roku mamy bazę wypadową w innej części Włoch, choć tym razem to się czuję, jakbym była w Austrii. Na ulicach język niemiecki i brakuje tu trochę tego włoskiego klimatu. Ale są Alpy, zakręty i o to przecież chodzi!
Zdania jednak nie zmienię i nadal nie cierpię technicznych zakrętów, gdzie zamiast mieć frajdę z jazdy, to czuję się jak na motocyklowej szkole przetrwania. W tym roku praktycznie nie jeździłam po ostrych zakrętach, więc pierwszy dzień był rozgrzewkowy.
Rano wyskoczyliśmy nad jezioro Lago di Resia, żeby zobaczyć słynną wieżę, wyłaniającą się z wody. Jest to pozostałość po zalanej wiosce Curon. To robi wrażenie! Ten obraz jest magiczny i hipnotyzujący. Turkusowe jezioro, które zmienia kolor w zależności od padających promieni słonecznych i totalna abstrakcja – wieża kościelna wystająca nad taflę wody. Gdy zapadła decyzja o stworzeniu tego zbiornika retencyjnego, to przesiedlono mieszkańców (choć protestowali), a pod kościół podłożono ładunki wybuchowe. Wieża ocalała z eksplozji i tak „przez przypadek” stała się atrakcją turystyczną.
Po drodze mijaliśmy wiele zamków, ale nie takich „księżniczkowych”, tylko surowych warowni górskich. Kilka z nich mam na zdjęciach. Bazę wypadową mamy w okolicy Meran, to wyskoczyliśmy jeszcze w drugą stronę nad jezioro Lago Gioveretto oraz ślepą drogą z serpentynami do parku Martelltal – Van Martello. Im wyżej, to było trudniej, na koniec to ja się zastanawiałam – jak stamtąd zjadę? Droga ślepa, więc innego wyjścia nie było, jak radę dać!
Zrobiliśmy też mały trekking, co nie było fajne w motocyklowych butach sportowych Sidi. Celem był most wiszący, jednak droga była zamknięta i dotarliśmy tylko do małej platformy widokowej nad rzeką. Po drodze mijaliśmy opuszczony hotel z lat 30-tych. Widoki były super – dobra zapowiedź kolejnych dni urlopu w Alpach.































