Biorę udział w akcji Skody – www.kobietyprowadza.pl

EW_6376

„Wrzuć selfie z manifestem, oznacz #kobietyprowadza oraz @skodapolska – co miesiąc za najlepsze kreacje Skoda rozdaje lifestylowe kubki na zimne napoje do samochodu. Zapoznaj się z wynikami badań na temat kobiet za kółkiem na www.kobietyprowadza.pl. ”

Biorę udział w akcji Skody i stworzyłam manifest, który najbardziej mnie charakteryzuje. Nie lubię jeździć szybko! Po prostu! Lubię cieszyć się każdą chwilą na motocyklu, lubię mieć czas rozejrzeć się na boki, lubię obserwować otoczenie. Nie dla mnie stworzono sportowe motocykle i nie dla mnie zbudowano drogi ekspresowe. Niektórym trudno to zrozumieć, przełknąć, tolerować…

Dla mnie każdy ma swój pomysł na życie, swoje potrzeby i wybiera motocykl oraz styl jazdy, jaki mu odpowiada. Mam na szczęście ekipę, która ma podobne do mnie preferencje i świetnie razem spędzamy czas. Czego i Wam życzę! 😉

Zamek w Mosznej

IMG_20150815_181430Celem sobotniej wycieczki była Moszna i piękny zamek tam postawiony. Według jednych źródeł nazwa wsi pochodzi od słowa moszna – w topografii oznaczającego dolinę, natomiast inne źródła informują, iż nazwa wsi związana jest z rodziną Moschin, która w XIV wieku przybyła w tę okolicę. Współczesne skojarzenia są nieco inne 🙂 .

Na wycieczkę pojechałam się z Marcinem, z którym za 1,5 tygodnia wybieramy się motocyklami nad morze. Poznaliśmy się tydzień wcześniej, a ta wycieczka była okazją do przetestowania naszego motocyklowego teamu w praktyce.

Nawigacja Marcina miała fantazję i pokrążył nieco po okolicy zanim do mnie dotarł, a potem do Nysy ja poprowadziłam, bo drogę znałam. Od Nysy znów musieliśmy zaufać nawigacji, ale obyło się bez przygód, choć na miejsce dojechaliśmy w ostatniej chwili, bo po 16, a o tej godzinie ruszała ostatnia tura zwiedzania.

Sam zamek robi niesamowite wrażenie, jest jak z filmów wyciągnięty, tak wystawny, że wydaje się nierealny. Okazało się, że ten wygląd zamku i pomieszanie stylów poszczególnych skrzydeł, to dzieło hrabiego Franza Huberta. Nie otrzymał on pozwolenia na przebudowę i zmianę wyglądu zamku, więc dziwnym trafem wybuchł tam pożar i hrabia zrobił sobie „chatę” po swojemu. Z baroku powstał styl neogotycki (najbardziej mi się spodobał) i neorenesansowy. Niestety w 1945 roku stacjonowała w zamku Armia Czerwona i w tym czasie dewastacji i zniszczeniu uległo 90% wyposażenia zamku. Szkoda, bo musiał być przepiękny, także we wnętrzach.

Obecnie w zamku zwiedza się bardzo mało, jedynie 5 pomieszczeń, gdzie zachowała się niewielka część umeblowania. Reszta zamku jest podzielona pomiędzy działalnością hotelu, Centrum Terapii Nerwic i stadniny koni obok. Pani przewodnik opowiadała ciekawie, choć brakowało tu nawiązania kontaktu ze zwiedzającymi i poczucia humoru, jak to ma miejsce w innych obiektach. Z drugiej strony ta grupa była dość liczna i momentami ciężko było ją opanować w swawolnym zwiedzaniu.

Po części oficjalnej okrążyliśmy zamek, wypiliśmy kawę i odwiedziliśmy oranżerię. Na koniec mała rundka po terenie parkowym z pięknymi lipami i zieloną wodą 😉 . Pora była późna, więc trzeba było wracać…

Przez całą sobotę przelatywały nad nami burzowe chmury. Przed pierwszym deszczem schroniliśmy się na stacji paliw w Paczkowie. Drugi i trzeci deszcz nas złapał po drodze, ale było tak gorąco, że motocyklowe jeansy zdążyły mi przemoknąć dwa razy i dwa razy wyschnąć w czasie drogi. Zwykle mieliśmy takie szczęście, że jechaliśmy w jasną stronę i burzowe chmury udało się wyprzedzić. Największa ulewa zdarzyła się nam w Mosznej, ale na szczęście byliśmy wtedy wewnątrz zamku.

W Nysie rozdzieliliśmy się – ja pojechałam w stronę Barda, a Marcin Wrocławia. Jego na kwadrans burza dopadła na autostradzie, a ja stoczyłam wyścig o przeżycie 🙂 . Jak ruszałam, to już mocno grzmiało, a w czasie jazdy burza się rozhulała. Pioruny waliły mi po prawej stronie ostro, ale przede mną nadal było jasne niebo, więc miałam szansę jej uniknąć. Pędziłam ile fabryka dała (na szczęście z Nysy jest droga, niczym autostrada), deszcz mnie co chwilę łapał, a w lusterkach widziałam tylko ciemność i błyski. Ostatecznie zwyciężyła jasna strona mocy! Im bliżej byłam domu, tym gorzej wyglądała okolica. Mnóstwo połamanych i wyrwanych drzew, wszędzie gałęzie, a na miejscu nie było prądu. Mieliśmy szczęście w tej trasie…

Wracając do Marcina, to nieźle nam się razem jechało, co dobrze wróży na kolejną wyprawę. Mamy podobny styl jazdy, maksymalne prędkości, przyśpieszenia i bardzo dobrze nam wychodzi synchroniczne wyprzedzanie. Przypominam także, że chętnie przygarniemy jeszcze kogoś. Wyjeżdżamy w dowolnym terminie po 27 sierpnia z Wrocławia nad morze, bocznymi drogami, z prędkościami do 100km/h i dzielimy trasę na dwa dni. Śpimy w namiotach i na miejscu planujemy być 3-4 dni, zmieniając położenie na wybrzeżu. Powrót także dwudniowy.

Jeszcze mała historyjka ku przestrodze – uczcie się lepiej na moich błędach! Każdemu z nas zdarza się zapomnieć wyłączyć kierunkowskaz. Nie jest w motocyklu tak łatwo jak w aucie, że głośno pika i sam odbija. Jak jedziemy grupą to nawzajem zwracamy sobie uwagę, choć nadal się to przytrafia, mimo wielu kilometrów w sezonie. Ja także popełniam czasem takie niedopatrzenie, ale w niedziele uświadomiłam sobie, że to nie błahostka, ale takie zachowanie może mnie kosztować bardzo wiele…

Do rzeczy. Jechałam główną, a z podporządkowanej już gotował się do startu samochód. Zauważyłam, że dziwnie się zachowuje, to przyspieszyłam. On jednocześnie wyjechał i mnie obtrąbił – nie wiedziałam o co chodzi! Podjechał do mnie na światłach i wyjaśnił – miałam wbity kierunkowskaz, że skręcam w prawo, więc on śmiało wyjechał. Taka głupia sytuacja, a mogła się skończyć nieciekawie… Pamiętajcie o pilnowaniu kierunkowskazów!

Leniuchowanie na hamaku i zamek w Legnicy

IMG_20150808_141120Okropne upały ostatniego tygodnia zmotywowały mnie do wybrania się w jedyne chłodne i komfortowe miejsce, jakie mi przyszło do głowy, czyli…. Rokitki (znoooowu?? hehe). Wizja zacienionego hamaka nad wodą wygrała nad pomysłem jakiejkolwiek innej wycieczki motocyklowej, choć i plan zwiedzania udało się zrealizować przy okazji. Jako, że Magda z Andrzejem już tam byli na urlopie, to musiałam w podroż ok. 140 km wybrać się sama. Nic w tym strasznego, choć problemy oczywiście były, a dokładniej z trafieniem z punktu A do punktu B. Na wyprawę wybrałam sobotni poranek, żeby upały mnie nie wykończyły.

Bardzo, bardzo przydała by mi się nawigacja, a na przeszkodzie oczywiście stoi brak kasy na nią. Bo jako rasowa, choć farbowana blondynka nie odróżniam zachodu od wschodu i północy od południa, jest droga to nią jadę przed siebie i tyle! 🙂 A jakieś tabliczki ze strzałkami na skrzyżowaniach, z nic mi nie mówiącymi nazwami miejscowości, w trafieniu do celu mi raczej nie pomogą. Aaaaaaale, żeby nie było – prawą rękę od lewej odróżniam! (bo na prawej mam tatuaż haha). Także Magda z Andrzejem mieli gorący telefon kilka razy w trakcie tej podróży i kierowali mnie na właściwe trasy, na szczęście orientowałam się w porę i nigdzie nie nadłożyłam drogi. Na koniec, już w Legnicy postanowiłam się nie ruszać wcale, żeby Andrzej mnie odnalazł, zanim zabłądzę znowu 😉 .

Sobotę spędziliśmy na leniuchowaniu nad wodą i małym opalaniu – nogi mam wreszcie lekko beżowe (wiem, wiem lato w pełni, ale trudno się opalić w spodniach motocyklowych!). Andrzej się poświęcił i w te upały skoczył po obiad, a ja dałam się namówić na wskoczenie do wody. Pływanie już nie, bo brzeg stromy, a mnie głęboka woda nieco przeraża. Szczególnie, że z moją poturbowaną ręką pływanie żabką mi jeszcze nie wychodzi, a pieskiem to stoję w miejscu (psy to jednak jakoś lepiej robią). Po obiadku hamaczek i genialnie wypoczęłam!

IMG_20150808_215818Wieczorem miałam obiecany wypad na disco na plaży i spodziewałam się tańców do rana. No niestety… Dyskoteki były, nawet dwie! Aleeeee muzyka pozostawiała wiele do życzenia – na jednym parkiecie dla ludzi +55 lat, a na drugim niskich lotów disco polo i na parkiecie same dzieci z mamusiami. Kręciliśmy się tam jeszcze chwilę (jezioro nocą fajnie wygląda), dając szansę DJ-om, jednak nic z tego nie wyszło. Po powrocie do domu, jakoś po 22 okazało się, że dopiero muza się zmieniła na normalniejszą, tyle, że chęci na powrót już brakło… Upał był nieznośny do późnego wieczoru.

IMG_20150809_152720Rano obudził nas miły chłód, a niebo było pokryte gęstą warstwą chmur (tego brązu na nogach jednak nie złapię!). Na śniadanko genialna kawa i jeszcze coś lepszego – lody w bułce maślanej! Tak, tak – smakowało ekstra 😉 . Po drugim śniadaniu postanowiliśmy wyruszyć na zwiedzanie zamku w Legnicy, a w międzyczasie okazało się, że mam zbyt niski poziom oleju, więc i na poszukiwanie flaszki 10w40. Niestety, żaden market ani stacja benzynowa takowego nie miała, normalnie porażka! Sprawdzaliśmy w kilku marketach i na stacjach CPN. Poratował mnie na szczęście kolega Andrzeja z grupy „Chojnowskich Motocyklistów” (dziękuję!). Olej i tak muszę koniecznie wymienić (szczególnie, że wyprawa nad morze wkrótce), bo jego kolor pozostawia wiele do życzenia, a przybliżony czas poprzedniej zmiany oleju znam tylko od poprzedniego właściciela.

IMG_20150809_150835Zamek Piastowski w Legnicy jest bardzo ładny, a jego zwiedzanie jest zupełnie za darmo, a dokładniej do obejrzenia są ruiny kaplicy i dwie wieże, bo reszta zamku jest powierzchnią użytkową różnych podmiotów. Pierwsza wieża to ponad 300 stopni schodów! Na szczęście do pokonania w trzech turach z przerwami na opowieści przewodnika min. o jej obronnych funkcjach. Było bardzo duszno, więc taki wysiłek nieźle dał nam w kość, ale po wejściu na szczyt widoki były zachwycające! Legnica jest bardzo różnorodna i ładna (w porównaniu do innych miast, jakie mieliśmy okazję widzieć z wież). Przewodnik był otwarty na rozmowy, a i na dól już się szło całkiem dobrze.

IMG_20150809_143950Druga wieża była już niższa i nie miała punku widokowego, a jedyną, zachowaną w Europie zieloną komnatę. Pochodzi ona z XVI wieku i służyła jako miejsce odosobnienia i modlitwy. W jej ścianach są wgłębienia z ławeczkami, a na ścianach wizerunki wielkich bohaterów. Całość komnaty dawniej była w intensywnym kolorze zieleni malachitowej, co miało sprawiać wrażenie ogrodu, jednak po latach kolor i przedstawione postacie nieco wyblakły.

Udaliśmy się także na rynek, gdzie są bardzo ładne kamieniczki, lody pseudo-włoskie i dobra pita z baraniną. W międzyczasie wyszło słońce i wypompowało z nas wszystkie siły, więc po powrocie musieliśmy nieco odpocząć, a ja nie czułam się na siłach, żeby w taki ukrop wracać. Z Legnicy Andrzej poprowadził nas inną drogą, która po chwili zamieniła się w grubo łatany ser szwajcarski i po 2 kilometrach moja ręka krzyczała, że ma dość takiego traktowania. Zabijałam już Andrzeja wzrokiem (A masz! A masz! Mnie bolało to teraz Ciebie hehe), ale uszedł z życiem, bo trasa prowadziła przez drugą stronę rokitkowych jezior i widoki były boskie. Mijaliśmy też starą cerkiew, czaplę i białego konia, jednak dwóch ostatnich nie widziałam, bo wgapiałam się w drogę w poszukiwaniu wolnej przestrzeni między dziurami 🙂 . Wzięłam urlop na poranek i wyruszyłam do Wrocławia dopiero następnego dnia, dzięki czemu załapałam się jeszcze na kiełbaskę z ogniska.

Rano postanowiłam wracać autostradą, żeby znowu gdzieś nie pobłądzić i to była moja pierwsza, tak długa trasa autostradą. Andrzej potowarzyszył mi przez kawałek drogi, a potem już musiałam radzić sobie sama. W stronę Wrocławia było spoko, trzymałam te 110 km/h i wyprzedziłam może z 7 ciężarówek (za to wszyscy inni wyprzedzali mnie haha). Za to po przeciwnej stronie (w stronę granicy) był lekki horror, bo sznur ciężarówek się nie kończył. Pod samym Wrocławiem zrobiło się gęsto, ale szczęśliwie dotarłam do domu i potem do pracy. Magda i Andrzej – dzięki za super weekend!