Galeria z motocrossu

DSC_9849W ubiegłą niedzielę, pierwszy raz w życiu byłam na mistrzostwach Polski w motocrossie (MP MX Wschowa). Niesamowite wrażenie zrobił na mnie taki, wypasiony tor crossowy. Co chwilę hopki, latanie po bandzie, mnóstwo zakrętasów i wywijasów (nie ma to jak improwizacja, jak się nie zna fachowego języka hehe).

Pogoda była znośna, na przemian ciepła, wietrzna i chłodno-deszczowa (ale tor moczyli strażacy, nie ulewa). W niedziele jeździli Juniorzy MX2, Quady i MX Open.

Uwielbiam oglądać nowe sporty motorowe, bo wtedy chłonę je w każdym momencie. Obserwuje tor jazdy, pracę ciałem, ustawienia. Wyłapuję sobie „ulubieńców” (najczęściej typy kamikaze) i obserwuję, co tam nawywijają 😉 . Mam dreszcze, jak sytuacje wydają się podbramkowe i jestem pełna zachwytu, jak udaje im się wybrnąć z tarapatów. Podziwiam i zazdroszczę (a jak będę miała kiedyś dzieci, to z pewnością będą jeździć prędzej niż chodzić 😉 ).

Zapraszam do galerii Romka Mokiejewskiego (byłego właściciela Pomidora 😉 ):

Pomidor musi poczekać…

Pewnie czekacie na jakieś, pierwsze wrażenia z jazdy Pomidorem? Muszę, niestety jeszcze ten moment nieco przeciągnąć, bo ręka jest bardzo słaba po tych 3 tygodniach szpitalnej rehabilitacji. Myślę, że w ostatni weekend sierpnia przewiozę go na wieś (80 km), choć jeszcze nie wiem jak… W grę wchodzi auto z paką, przyczepka bądź jakiś kolega motocyklista – padnie na to, co tańsze i dostępne w dany weekend.

Wtedy odważę się na jakąś małą przejażdżkę po odludziach. Testowanie go w środku Wrocławia nie uważam za odpowiedzialne, a u rodziców na wsi będzie OK, bo jak nie dam rady – to w każdym miejscu się mogę przecież zatrzymać.

Nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale jestem bankrutem. Szczęśliwym bankrutem hehe Kupując motocykl wpadłam na debet, a tu jeszcze: koszty rejestracji, podatek i ubezpieczenie. O ile dwie pierwsze kwoty są stałe, to na ostatniej udało mi się zaoszczędzić. Mój dotychczasowy ubezpieczycie wyskoczył z kwotą 230 zł (za Stringa było 130 zł), ale poszłam do takiego biura, gdzie mają dużo ubezpieczalni i się okazało, że dwie z nich dają za 3 lata bezszkodowej jazdy 60% zniżki i zapłaciłam tylko 114 zł. Na szczęście wróciłam do pracy (ręka do pracy przy kompie się z grubsza nadaje), bo na chorobowym kasa mniejsza, a i NFZ zaplanował mi kolejną rehabilitację na… grudzień (miło z ich strony, że w tym roku hehe).

Pomidor potrzebował też na gwałt opon, więc oczywiście zaczęłam szukać używek. Jednak mój nieustępliwy mechanik Zachar wybił mi to z głowy i stanęło na kompromisie: nowa oponka na przód, a druga używka na tył (którą on mi „wyczaruje”). Na wiosnę kupię pewnie nową, też na tył. No i jeszcze handbary, bo to mały wydatek w stosunku do kłopotu z połamaną klamką (miałam je w Stringu i wielokrotnie się przydały, a i cieplej w ręce z nimi).

To tyle ze spraw bieżących, a jeszcze opowiem Wam z jakim niezrozumieniem swojej pasji się spotkałam po zmianie motocykla. Póki jeździłam na 125, to jakoś nikt nie uważał tego za jakieś tam, wybitne zagrożenie, ale teraz mam 650 i co?? Motocykliści, oczywiście podzielają moją radość, że wreszcie siądę na pełnowymiarowy motocykl, uważają go nawet za słaby!

Nie-motocyklisci reagują zupełnie inaczej – pukają się w czoło, wróżą mi kolejne złamania, a czasem i gorzej… Serio! Nic nie daje tłumaczenie, że moje 650 to nie to samo, co 600 w ścigu. Już nawet mówię, że to takie, bardziej „leniwe konie mechaniczne” i, że wiele osób bez problemu jeździ na takich po kursie (już nie wspominając o tym, że na podobnej pojemności się teraz robi kurs i zdaje). Ale to ta różnica 125 a 650 robi taaaaakie wrażenie i żadne przekonywanie tu nie pomaga. W sumie z chęcią bym wsiadła na 350, jakby były hehe.

Druga sprawa, to koszt zakupu motocykla. 6.500 tys za 14-letni motocykl to zdecydowanie zbyt kosmiczna kwota dla użytkownków „puszek” – już nawet usłyszałam, że mogłabym za to mieć 3 samochody! Tu też nic nie daje tłumaczenie, że za kasę z Fiata CC nie kupi się, powiedzmy, Peugeota 206. I, że sorry taki mamy rynek – motocykle tanie nie są, a ten jest w bardzo dobrym stanie, ekonomiczny w spalaniu i OC kosztuje tylko stówkę na rok. Tak mam przede wszystkim w pracy. A rodzice? Mama była wkurzona, ale chyba jej przeszło, a tato gada swoje, ale garaż na moto mi stawia 🙂 .

Trochę to męczące, tłumaczyć to wszystko od nowa, bo wszyscy na jedną modłę, to samo… Na szczęście mam już trochę znajomych motocyklistów/tki i od nich otrzymuję duże wsparcie. Ciągle pytają, czy mi w czymś pomóc i kiedy razem pojeździmy? 😉

Poza tym, czy ja się muszę tłumaczyć? To moje życie, moja kasa (raczej banku hehe), pracuje na to i kocham to. Koniec dyskusji! 😉

Przyszła blondynka do mechanika

Pisałam wcześniej o „wyparowaniu” prawie całego zbiornika paliwa przez gaźnik, który wrócił z naprawy. Prosiłam o naprawę gwarancyjną, po 3 tygodniach pojechałam osobiście, nieco mocniej się przypomnieć (o dodzwonieniu się można zapomnieć) i nic! Ale, jako że inny mechanik miał „przysługę do odrobienia” to poprosiłam jego, by na gaźnik zerknął. I się okazało, że… on wcale nie był rozkręcany! Od dłuższego czasu nikt tam nic nie robił, że aż trudno było się do niego dobrać. I zaczęłam się zastanawiać, czy wcześniejsza regulacja zaworów, wymiany oleju (ostatnią widziałam) faktycznie miały miejsce – czy jedynie za nie płaciłam? Gaźnik był zapchany syfem z paliwa, teraz wszystko wyczyszczone i bak przepłukany.

Wiem, że jako blondynka z zerowym zacięciem technicznym jestem łatwą ofiarą. Wiem, że nikt mi nie broni się doszkalać i robię to w sytuacjach z którymi się spotykam w eksploatacji własnego motocykla. Nie mam zapału do rozkręcania, nie mam technicznych zdolności (z rysunku technicznego w szkole zawsze miałam pały), a raczej humanistyczne lanie wody jest w mojej naturze. Ale z drugiej strony niewiele kobiet rozkręca samochody, to dlaczego z motocyklem ma być inaczej? Pewnie one też są łatwymi ofiarami dla mechaników… Robiłam ostatnio wywiad z ciekawą dziewczyną i niestety nie widzę siebie w takiej roli (bynajmniej na dzień dzisiejszy): TUTAJ

Szykuje się do sprzedaży Stringa, nie boli mnie to tak bardzo na serduchu, bo nie mogę i tak teraz jeździć. Wątpię, żebym się na ten krok zdecydowała, gdybym na nim jeździła 😉 .Powrót do sprawności prawej ręki jeszcze mi ze 2 miesiące zajmie (a już 2 nie jeżdżę).

Zamówiłam mu markowe oklejenie (pościągam wszystkie wlepki), oddałam czarne elementy do malowania (ostatnio malowałam z bratem sprayem i szału nie było), odpucowałam go, naprawiłam lusterko i kupiłam kierunkowskazy do tyłu (jeden się połamał przy wyciąganiu zardzewiałej śruby, a drugi połamałam przy nauce jazdy). I śmieszna historia, bo dostałam 2 prawe i trochę mi zajęło, zanim się zorientowałam, że coś w tej układance nie pasuje 😉 . Aż się boję efektu końcowego, bo po takim odpicowaniu – nie będę jeszcze chciała go oddać w inne ręce 😉 .

Fotka z metamorfozy (przed i po):
metamorfoza

p.s. Zobaczcie co można kupić w salonach na kat. B: TUTAJ

p.s2. Do moich gdybań o nowym motocyklu (xt600, dr650) dołączył Suzuki Freewind.