Prawie jak Rossi ;-)

wallpaperCzytelnicy mojego bloga wiedzą, że kompletnie nie mam parcia na prędkość w motocyklu. Ale uwierzcie, że mam czasem taki dzień, że lubię poszaleć 🙂 .

Nie chodzi nadal o prędkość, tylko przyśpieszenia – łapię potrzebę dzikości jazdy. Mam wtedy pewność siebie taką, że góry przenosi, a moja symbioza z motocyklem nabiera jakiegoś, nowego wymiaru. To jak generator prądu w moim organizmie, krew od razu szybciej płynie!

Łapię się wtedy na odruchach, jakie znam u sportowców. Pochylam się w barkach przyśpieszając, składam się ciałem w zakręt, jakoś bardziej. Prawie jak Rossi! 🙂 Na bardzo, bardzo, bardzo mocno zwolnionym filmie! haha

I tak przez całe 8 kilometrów do Biedronki. Potem już mi się nie chce 😀 .

p.s. wpis ten dedykuję wszystkim nietolerancyjnym motocyklistom, którym ciężko zrozumieć, że motocykl to dla niektórych – nie tylko „łutututu” i „lubię zapierdalać” 😉 .

„Wszystko zaczyna się od marzeń”

_wszystko_zaczyna_sie_od_marzen_ksiazka_zKorzystając z wolnego od pracy dnia, postanowiłam zabrać się za książkę, którą pożyczyła mi Magda – „Wszystko zaczyna się od marzeń. Zapiski z wyprawy motocyklowej”, Weroniki Kwapisz. Tak mi przypadła do gustu ta lektura, że przeczytałam całą książkę w jedno popołudnie.

Weronika ma zupełnie podobne do mnie podejście do życia, ludzi, motocykla. Ma także duże pokłady optymizmu i niezmordowaną wolę osiągnięcia celu. W swojej książce przekazuje nam swoje wspomnienia, przemyślenia i cenne rady. A ja uwielbiam książki, które muszę czytać z ołówkiem w ręku, zaznaczając ważne dla mnie cytaty (bez obaw, Magda – nie pomaziałam Ci książki 😉 ). Poniżej przedstawię kilka z nich, a może tym właśnie zachęcę Was do poznania bliżej Weroniki i jej książki:

„Za to kocham motocykle, pozwalają one oderwać się od codzienności i rozprostować skrzydła, obyśmy mogli poczuć, co w życiu jest najistotniejsze. Jadąc jednośladem, mamy bezpośredni kontakt z otoczeniem, czujemy pęd powietrza, zapachy… Od gnojówki świeżo wyrzuconej na pole, po runo leśne czy zapach zbliżającego się deszczu. Czy to samo czulibyśmy jadąc w samochodzie bądź autokarze – absolutnie nie! Tutaj w każdej chwili możemy się zatrzymać, aby dotknąć stopami ziemi. Obraz jest rzeczywisty, a nie jak ten zza okna, przypominający szklany ekran. Dzięki motocyklowi możemy uczestniczyć w tej podróży, a nie tylko być pasywnym uczestnikiem. I to jest najpiękniejsze, bo nieważne, czy będziemy jechać Suzuki VanVanem, czy V-Stromem pojemność motocykla nie ma tutaj najmniejszego znaczenia.”

„Muszę przyznać, że to niesamowite chwile, kiedy w najmniej oczekiwanym momencie podchodzą do nas ludzie i opowiadają o swoim życiu. Zdarzenia takie jak to sprawiają, że znikają jakiekolwiek bariery, zresztą wydaje mi się, że w życiu najważniejsze są doznania, bo to one sprawiają, że zaznajemy radości i tą radością możemy dzielić się z innymi ludźmi.”

„Spotkanie to potwierdza, że najważniejsze są podróże nie od punktu do punktu, tylko od człowieka do człowieka, bo dzięki takim osobom, jak ta Bułgarka podróże nabierają kolorytu.”
(Chodziło o kobietę, która sama kiedyś była motocyklistką i ugościła dziewczyny w swoim domu.)

„Na jednym z punktów widokowych spotkałyśmy kilku chłopaków dosiadających GS-ów. Gdy pokazałyśmy im plan podróży, co tu dużo mówić – zaniemówili. Oczywiście większość z nich także nie wierzyła, że jedziemy „125-tkami”, spoglądali na nasze silniki z niedowierzaniem. Kurczę, tu nie o pojemność chodzi, tylko o przygodę, panowie! Ale czy jest w stanie zrozumieć to ktoś w czasach, kiedy pędzimy za coraz to większymi, lepszymi, szybszymi gadżetami, które nabywamy w celu połechtania własnego ego?!”

„To niesamowite, jak na obczyźnie podczas podróży znika dystans pomiędzy rodakami, który jak za dotknięciem różdżki pojawia się z powrotem, gdy tylko przekroczymy polską granicę. Ludzie za granicą tęsknią za rodziną, krajem i nawet najkrótsza rozmowa w ojczystym języku sprawia, że choć przez chwilę zapominają, że są oddaleni wiele kilometrów od domu. I wtedy nawet największy twardziel zamienia się w potulnego Miśka.”

„Mieszanka ludzi, których spotykam sprawia, że coraz szerzej otwieram oczy na świat, a wszystkie te osoby łączy jedna cecha – serdeczność! To nieprawdopodobne, że dzięki motocyklom można nawiązać tyle nowych przyjaźni.”

„ W końcu wkurzyłam się na samą siebie, bo zamiast czerpać przyjemność, dążyłam tego dnia, aby dojechać z punktu A do punktu B, a przecież nie o to chodzi w tej wyprawie! To nie są jakieś przeklęte zawody, gdzie trzeba stawiać się na punktach kontrolnych… tutaj nie ma sędziów. Jadę sama dla siebie… tylko dla siebie, bo to moje marzenie i nic nikomu nie mam zamiaru udowadniać. Jak widać, łatwo o takich postanowieniach zapomnieć, budzi się w nas ten przeklęty „wyścig szczurów” i zamiast jechać po prostu przed siebie, jedzie się po horyzont, zapominając, że to nasze życie, a nie praca w korporacji. Na szczęście na jednym z postojów udało mi się ochłonąć…może to wpływ pięknych widoków albo zmęczenie zapanowało nad emocjami.”

„(…) dla mnie człowiek, który nie ma marzeń, po prostu nie żyje. Przecież to marzenia sprawiają, że rano budzimy się z uśmiechem na twarzy, rozwijamy… że poszukujemy, że jesteśmy w stanie bardzo ciężko pracować, często robiąc coś, czego nie lubimy, po to tylko, by w przyszłości zrobić coś dla siebie bądź dla naszych bliskich.”

„I to jest fantastyczne! Dwie osoby mówiące w zupełnie innych językach, a jednak rozmawiające ze sobą, bo liczą się emocje, energia, jaką sobie przekazujemy. Bez wątpienia muszę przyznać, że to napotkani ludzie tworzą klimat wyprawy (nawet kiedy spotkanie trwa tylko kilka minut). Uśmiech starszego pana czy radość małego dziecka są chwilami dla mnie bezcennymi.”

„Wyprawa ta uświadomiła mi, że niezależnie, w jakim kraju się znajdziemy, jeśli wyzbędziemy się stereotypów, będziemy szanować innych ludzi i odnosić się do nich z uśmiechem na twarzy, to możemy liczyć na pomoc w każdej sytuacji.”

„Właśnie to kocham w tej wyprawie, nie drogi, nie miejsca, nie zabytki czy jakieś atrakcje, lecz ludzi, których spotykam na szlaku. W ciągu kilku godzin można poznać całe życie drugiego człowieka. W większości są to ludzie lubiący dzielić się doświadczeniami oraz swoją pozytywną energią. Czy siedząc w domu przed telewizorem, miałabym okazję poznać takie historie? Z pewnością nie – jedynie co mogłabym przeczytać, to nowy status na Facebooku moich znajomych. A przecież jestem „dzieciakiem” wychowanym w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to królowały podwórka, wspólne zabawy, przejażdżki rowerowe. Nie było wtedy telefonów komórkowych. Liczyła się po prostu interakcja z drugim człowiekiem. Pozostało to we mnie gdzieś głęboko i właśnie to umożliwia mi motocykl – poznawanie nowych, fascynujących ludzi.”

„Tak niewiele trzeba, żeby coś zobaczyć – jedynie odwaga, uśmiech na twarzy i mały budżet. Każdego roku udowadnia to wielu polskich globtroterów, którzy autostopem przemierzają wszystkie kontynenty. Jeśli moja podróż zainspiruje kogoś do ruszenia się z fotela, to nie ma dla mnie piękniejszego wyróżnienia.”

„To niesamowite, jak dwa koła jednoczą ludzi, jak dzięki wspólnej pasji rodzą się znajomości, przyjaźnie, a dzięki nim ludzie stają się dużo bardziej otwarci oraz pomocni. Zapominamy wtedy o otaczającym nas świecie o panującym w nim bezwzględnych regułach i na nowo stajemy się ludźmi. Może to, dziwnie brzmi, ale tak jest. Podróże, motocykle… Sprawiają, że nasze serca miękną, a może powinnam powiedzieć, że na nowo się rozpalają.”

Męskie motórzenie i kobieca fura

IMG_20150823_111230Podczas ostatniego weekendu postanowiliśmy dokończyć zwiedzanie Skalnego Miasta Adrspach i obejrzeć wyścig motocyklowy po ulicach miasta Horice. Nasze plany zawisły na moment w powietrzu, jak się okazało, że mam niesprawny motocykl… Jednak zaraz w naszych głowach zaczęły powstawać plany awaryjne, mniej lub bardziej hardcorowe (np. 5 osób w aucie, albo 5 osób na 3 motocyklach) i stanęło na tym, że faceci jadą motocyklami, a kobiety wskakują do samochodu. Taki układ miał wiele plusów, bo dużą część bagażu (np. namioty, śpiwory) można było upakować w bagażniku, a także zostawić w nim ubrania motocyklowe przed wyprawą w góry.

IMG_20150822_141513Ruszyliśmy po godz. 10 w sobotę i oddzielnie, dla komfortu jazdy obu stron, a punkt zbieżny mieliśmy na granicy polsko-czeskiej. Droga przebiegła bez przygód, a na miejscu zastaliśmy bardzo upakowany parking i wielu Polaków. Mimo to warunki do zwiedzania Skalnego Miasta były w miarę komfortowe. Za pierwszym razem widzieliśmy tylko 1/3 kompleksu i myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy, jednak pięknych punktów widokowych było jeszcze wiele i robiły oooogromne wrażenie!

IMG_20150822_153549Przezabawna jest wyprawa z flisakiem, ale żeby ją odbyć, musieliśmy nieco odczekać w kolejce. Na taką łódź wchodzi maksymalnie 60 osób, a tylko jeden przewodnik wprowadza ją w ruch wielkim drągiem. Wycieczka jest krótka, jednak bardzo zabawna, ponieważ wzdłuż brzegu i na wysepce są porozmieszczane różne figurki, a o każdej z nich przewodnik bardzo wesoło opowiada. Mówi w języku czeskim i łamanym polskim, dzięki czemu ze zrozumieniem i śmianiem się z żartów, nikt problemów nie miał. Nasz statek nazywał się Titanic II, więc i na koniec odbyła się próba jego zatopienia, a jako, że woda nie jest moim przyjacielem, to nieco się przestraszyłam 🙂 .

IMG_20150823_090638Po obejściu wszystkich atrakcji udaliśmy się na czeski obiad i ruszyliśmy w stronę jeziora Rozkos, gdzie mieliśmy nocować. Nawigacje postanowiły wysłać nas tam bardzo krętą i dziurawą drogą. Na początku zazdrościłam chłopakom tych „winkli” i głowa do zakrętu normalnie sama mi się „składała” (nawet w samochodzie hehe). Potem już nie było tak kolorowo, bo wyryp się zrobił straszny i odetchnęliśmy, jak udało się wreszcie dotrzeć do jakiejś cywilizowanej drogi. Jednak widoki, górskie drogi i czeska architektura na tyle nas zachwyciły, że na bank tam wrócimy na motocyklach!

Nad jeziorem miejsca do rozbicia się z namiotami było pod dostatkiem, ale noc zapowiadała się dość chłodna. Po rozłożeniu obozu wyskoczyliśmy na piwo, ale na próżno szukaliśmy czarnego piwa Kozel, musieliśmy się zadowolić jakimkolwiek (choć i tak 100 razy lepszym, niż nasze „koncerniaki”).

IMG_20150823_100735Ranek przywitał nas piękną pogodą i zachwycającymi widokami na jezioro. Był też jeden łabędź, który ponoć atakuje, ale na śniadanie podpłynął, dostał chleba i żadnej afery z tego nie było 🙂 . Śniadanie było na wypasie, maska samochodu posłużyła nam jako stół, a Andrzej zabrał ze sobą kawiarkę, to i kawa z krówkami była! (o cukierkach mowa, nie tych na wypasie 🙂 ) Byliśmy zadowoleni, zwarci i gotowi na wyścig! Ale o tym w kolejnym wpisie, niebawem…

p.s. Koło udało się zdobyć i prawdopodobnie w piątek wystartuję z Marcinem nad morze!

p.s. 2. Zapomniałam opowiedzieć, jak zostałam na chwilę pasażerką na Vigorze Magdy. Dziwne uczucie – słyszeć znajomy dźwięk silnika, a siedzieć z tyłu 😉 . Prowadził Andrzej, który ma styl jazdy podobny do mojego, więc bez stresu się udało przeżyć to doświadczenie. Nasze silniki są dość łagodne i przyjemne dla odczuć pasażera, motocykl wychyla się niewiele, a mało miejsca z tyłu i oparcie z kufra, daje też dużą stabilność. Być może odważę się kiedyś zabrać pasażera na moim Vigorze.