Ostatnie podrygi sezonu

Prognozy nie są optymistyczne, na sobotę zapowiadają temperatury blisko zera i nawet opady śniegu. Tym bardziej się cieszę, że udało mi się jeszcze trochę pojeździć. Dwa tygodnie temu, razem z Agnieszką, Ewą, Emilem i Witkiem zrobiliśmy ok. 200 km po pięknych, mało uczęszczanych drogach Parku Krajobrazowego Doliny Baryczy.

Zatrzymaliśmy się potem na kawę i ciacho w Miliczu i odwiedziliśmy naszą koleżankę-motocyklistkę, która właśnie wyszła ze szpitala. Pogoda była świetna (póki nie zaszło słońce hahaha). Zdjęć nie mam z trasy, bo mało się zatrzymywaliśmy.

Ostatni weekend już mniej rozpieszczał temperaturą. Sobota była garażowa – postanowiłam umyć dokładnie motocykl oraz założyć naklejki na felgi, co mi doleciały z Chin (komplet napisów na koła kosztuje 46 zł/4 zestawy). Przód naklejał się świetnie, ale z tyłem nieco walczyłam, bo większe litery zachodziły na próg i nie chciały się dobrze układać. Jednak warto było, bo efekt bardzo mi się podoba.

W niedzielę było słonecznie, nie miałam jednak zbyt dużo wolnego czasu, więc wyskoczyłam sobie na 3 godzinki, przejechać się i poćwiczyć robienie selfie z pilotem bluetooth. Oczywiście, jak na blondynkę przystało, telefon mi upadł (pierwszy raz) i od razu poszła rysa po szybie. Mam folię hybrydową, ale ona nie uwzględnia zaokrąglonych krawędzi ekranu i akurat w tym miejscu musiał się zderzyć z asfaltem! Na szczęście defekt jest jedynie kosmetyczny i nie ma wpływu na działanie telefonu i aparatu.

Co do zdjęć, to trzasnęłam ich chyba z 50, z czego te poniższe wyszły mi „jakotako” 🙂

Nie wiem, czy pisałam – ale kot Bonifacy przesiadł się na drugiego Versysa w rodzinie, a ze mną jeździ już tylko Majk:

LwG i widzimy się pewnie wczesną wiosną (chyba, że pogoda jeszcze raz mnie zaskoczy, tym razem pozytywnie!)

11 listopada na motocyklowo

11 listopada wykorzystaliśmy słoneczny dzień i 9 stopni temperatury na małą wycieczkę. W Miliczu spotkałam się z Sylwkiem i Iwoną, a potem dołączył do nas Daniel. Najpierw wyskoczyliśmy na wieżę widokową w Grabownicy, a potem na obiadek. Jak jesteśmy przy stawach milickich to zawsze wpadamy na rybkę „U Bartka”, bo jest tam bardzo dobra.

Potem wyskoczyliśmy jeszcze do Żmigródka, gdzie jest zespół pałacowo-parkowy. Czyli dość nietypowe ruiny pałacu, który wzmocniono na tyle, by się nadawały do zwiedzania. Temperatura była znośna, choć jak słonce zaszło to już mi zmarzły stopy i dłonie. Ale warto było wyrwać się na małą przejażdżkę, pośmiać ze znajomymi i dzielić wspólną pasję.

Mała, jesienna wycieczka do zamku w Gołuchowie

Dwa tygodnie temu wyskoczyliśmy z Emilem na małą wycieczkę do Zamku w Gołuchowie. Pogoda była znośna na początku, ale w połowie trasy dopadł nas porywisty wiatr, a w drodze powrotnej już deszcz. Emil jechał za mną i w pewnym momencie zobaczył Niezidentyfikowany Obiekt Latający, który odpadł z mojego motocykla. Okazało się, że wiatr zerwał mi odblask z kufra. Zanim zawróciłam, to Emil już chodził po rowie i udało mu się brakujący element odnaleźć.

Na zwiedzanie mieliśmy tylko godzinkę, bo zmierzch i zimno szybko teraz zapada. Zamek w Gołuchowie jest dobrze zachowany, a wewnątrz znajduje się oddział poznańskiego muzeum. Podziwiać można to, co się zachowało z wnętrz, zbiory Izabelli Czartoryskiej oraz inne muzealne eksponaty. Pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć naczynia i inne rzeczy, pochodzące ze starożytnej Grecji. Zdjęć z wnętrza nie można publikować bez zgody, więc tylko zewnętrzne fotki pokażę.

Obok są jeszcze leśne muzea, ale już nie mieliśmy czasu ich oglądać – będzie powód, żeby tam wrócić. Na obiad podjechaliśmy do restauracji przy zameczku w Gutowie. Jest spory teren i dużo zwierząt, a nawet…tygrysy. Nie mieliśmy jednak zbyt wiele czasu i po obiedzie wyruszyliśmy w drogę powrotną, niestety już w zimnie i deszczu.

Była też sytuacja mocno stresująca, jak tuż przed motocyklem wyskoczyły mi dwie sarny. Na szczęście ostre użycie hamulców, z lekkim uślizgiem koła – uchroniło mnie od spotkania z nimi. Dalsza trasa też wiodła przez lasy, dlatego jechaliśmy już dużo wolniej, a zmrok złapał nas w połowie drogi. Już bez większych atrakcji, aczkolwiek znacznie przemarznięci, dotarliśmy do domu.

Na koniec doszliśmy do takich wniosków: