Wjechał nowy, przed-urodzinowy, tłumik Leo Vince Underbody

Wymarzyłam sobie tłumik na urodziny, ale trafiła się promocja i prezent dotarł 1,5 miesiąca wcześniej. Jak byłam w pracy, to Emil mi go założył i efekt też jest wymarzony!

Tłumik LeoVince Underbody Slip-on, bo postawiłam na markę, którą słyszałam w innych motocyklach, choć nie wiedziałam, jak będzie to brzmiało u mnie. I nie chciałam, żeby mi długa puszka wyłaziła na koło.
Efekt mi się podoba i nie żałuję wyboru ? Motocykl nie zrobił się mega głośny, a ma lepsze brzmienie. Kupiłam w Polsce w promocji za 1749 zł (10 dni oczekiwania).

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=ZW0MX2ezsl8&w=560&h=315]

Sobota z Versysami

Dwa tygodnie temu miał się odbyć mały, prywatny zlot Versysów u Adama, na posesji pod Pleszewem. Jednak pogoda nie pozostawiła złudzeń, lało cały czas i nie przestawało, dlatego termin spotkania przesunięty został o tydzień. Czas mieliśmy tylko z sobotę, więc postanowiliśmy odwiedzić Sylwka i Iwonkę, a wieczór spędzić wspólnie u Adama z innymi właścicielami Versysów.

Był jeszcze plan na wycieczkę w południe do Lichenia, jednak już na starcie upadł. Pojechaliśmy zatankować i ruszyliśmy w trasę. Emil nie przejechał nawet kilometra, jak usłyszałam w intercomie: „Czekaj, mam awarię…”. Okazało się, że odpadła mu dźwignia zmiany biegów! Serio! Kiedyś miałam podobnie, ale motocykl miał ponad 10 lat, a ten to jak nówka.


Dźwignia została odnaleziona, ale śruba już nie, więc powoli na pierwszym biegu Emil wrócił do garażu. Z jednej strony to dobrze, że pod domem tak się stało. Emil dopasował inną śrubę, przyciął na wymiar i nawet dał nakrętkę. Mogliśmy jechać od nowa, choć na wycieczkę zabrakło już czasu – pojechaliśmy ze znajomymi już tylko na wypasiony obiad w Górskim Grill Barze. Serio wypasiony, bo ledwo zmieściłam ten placek po węgiersku i wstać było ciężko.

Ok. 17 zameldowaliśmy się u Adama, a że on mieszka tam, gdzie numer jest jeden, a tylko literki alfabetu dodają, to trafić nie było łatwo i na starcie google wysłało nas pod… cmentarz. Na miejscu napiliśmy się kawki, a jak się uzbierało 5 motocykli to pojechaliśmy na małą przejażdżkę po okolicy. Adam miał drona to robił z góry fajne fotki.

Zatrzymaliśmy się na stacji paliw Aramir (Czermin), a ja wypatrzyłam tam malutkiego, wychudzonego kotka. Boki miał zapadnięte, sierść zniszczoną, oczy zaropiałe – rany, serce zabolało! Pogłaskałam go, a on od razu się wtulił, na kolana wdrapał. Poleciałam szybko na stacje kupić mu coś do jedzenia, nie było żadnej karmy, to kupiłam hot-doga, a wzięłam tylko parówkę. Kotek rzucił się na nią, zanim jeszcze zdążyłam mu ją rozdrobnić. Myślałam o nim jeszcze potem, a kolejnego dnia napisałam do dwóch organizacji pomocy zwierzętom z tamtej okolicy, żeby spróbowały temu maluchowi pomóc. Bo serce do kochania ludzi ma wielkie, a życie jednak podłe.

Podczas wycieczki zjechaliśmy na chwilę na szutrową drogę. Ja oczywiście już zamarłam, bo staram się unikać „ruchomych piasków”. Początkowo droga była w miarę twarda, ale w jednym grząskim miejscu tyłem mi zarzuciło. Poprosiłam Emila, żeby mi zawrócił i to miejsce w drodze powrotnej przejechał. Mam prawą rękę sprawną w połowie i każda sytuacja, w której musiałabym się odruchowo na niej podeprzeć (np. przy upadku z małej prędkości), może mieć dla mnie tragiczne skutki. Dlatego unikam mniej przyczepnych od asfaltu miejsc.

Mieliśmy tą drogą przejechać dalej, ale szlaban był zamkniety. Wykorzystaliśmy jednak to miejsce do zrobienia kilku zdjęć pamiątkowych. Na pierwszym przystanku dołączył do nas 6-ty Versys, bliźniak mojego modelu. Miał fajną sprężynę progresywną, zamiast fabrycznej i to go obniżyło o kilka centymetrów. Muszę czegoś takiego poszukać, bo ponoć właściwości jezdne też się znacznie poprawiły.


Kot Adama ma swoje ulubione miejsce i jednocześnie punkt widokowy – w karmniku dla ptaków 😀 .

Na koniec podskoczyliśmy do sklepu po prowiant na ognisko, choć po tym wypasionym obiedzie to jadłam raczej symbolicznie. Spędziliśmy wieczór na sympatycznych rozmowach przy ognisku. Tematów oczywiście cała rzeka, Versysowe, podróżnicze, życiowe. Na noc pojechaliśmy do znajomych, bo z samego rana musieliśmy już wracać. Dziękujemy za gościnę i super klimat – już tęsknimy! Chętnie spędzimy jeszcze czas w tym towarzystwie i być może będzie taka okazja, już 11 lipca na wspólnej wycieczce.

Majk o sobie

Hej, jestem Majk, choć czasem moja Pani woła na mnie Majki. Ponoć moje imię wywodzi się od jakiegoś zielonego potworka. Miałem 10 lat spokojnego życia u mojego, pierwszego właściciela, aż tu nagle wpadłem w kobiece ręce. Nie ukrywam – był to dla mnie lekki szok! Ponoć miała jakiś innych przede mną, ale i tak nie miałem pewności, czy ona jazdę motocyklem jakoś ogarnia?

Potem moje życie bardzo się zmieniło, nabrało niezłego tempa – okazało się, że jestem potrzebny co tydzień, a nawet więcej razy w tygodniu. A zamiast słodkiej drzemki w garażu, rumakujemy sobie to tu to tam, a jak redukuje i odkręca, to aż drżę z podniecenia. Ahooooj przygodo!

W sumie te baby też coś potrafią. Obserwuję jednak pewną słabość u mojej Pani, otóż ona kupuje mi więcej rzeczy, niż sama sobie! To lekko niepokojące i nie wiem, czy nie powinna iść na jakąś terapię?

Chociaż w sumie lubię te rzeczy, kolorowe, nowoczesne i dla mnie dedykowane. Byłem taki zwykły czarno-srebrny, a teraz jestem taki wycacany, tu jakiś bajer, tam jakiś bajer. A w planie jest wypasiony tłumik! Nie mogę się już doczekać, jak będzie gadać!

Jednak najbardziej to mi się podoba to, że ja się jej tak bardzo podobam! Ciacho jestem! Ciągle jakiś mądrala mówi, że nowszy model ładniejszy i lepszy. I wszystko przez to, że ja mam oczy tak, a tamte inaczej?

A ona mnie zawsze broni, mówi że ja jestem najładniejszy i mnie takiego zawsze pragnęła! Tworzymy zgrany duet i niech już zawsze tak będzie.

Majk z nowym właścicielem lata teraz gdzieś w okolicy Tatr.