Kolejne treningi

Ćwiczymy sobie co jakiś czas moto gymkhane, bo udało się nam znaleźć teren, gdzie właściciel wyraził zgodę na nasze treningi. Nie ma tam domów mieszkalnych, więc nikomu nie przeszkadzamy. Wydrukowałam kilka tras i staramy się je odwzorować na tym placyku.

Raz idzie lepiej, a raz gorzej – bardzo dużo tu zależy od dyspozycji psycho-fizycznej. Przy większym zmęczeniu i słabej koncentracji to zauważyłam, że prawie się cofam w nabytych umiejętnościach. A jak dojdzie do tego publiczność i trema przed zawodami – to już nawet nie chcę myśleć, co będzie… 😉

p.s. Nie chcę tu robić reklamy, ale jak szukacie taniego ubezpieczenia OC na motocykl to jedna z bardziej znanych firm, co w tamtym roku była najtańsza, to w tym już nie jest… Mimo zniżek, miałam zapłacić 100 zł więcej! Zadzwoniłam, więc na infolinię tej firmy „bardziej niestacjonarnej” (a o dziwo ma już swoje oddziały we Wrocławiu) i mam OC za połowę tamtej ceny ;-)!

p.s. 2. A z moich obserwacji w trasie wynika, że najgorsi piraci drogowi siedzą za kierownicą luksusowych Audi. Za nic mają ograniczenia, ciągłe linie i zachowanie odległości. Jak już dostaje zawału, bo leci jakaś rakieta i w d… wszystko ma – to na 80% będzie to audica.

 

Trening z Pawłem

Na nasz kolejny trening zaprosiłyśmy Pawła, który w Moto Gymkhanie już wielokrotnie startował. Zależało nam na wskazówkach dotyczących ustawiania toru, no i techniki jazdy. Co zrobił Paweł jak do nas przyjechał? Po pierwsze sprowadził nas na ziemię, jeżeli chodzi o plac – ten, który znalazłyśmy nie oferował przyczepności przy szybszym pokonywaniu prób. Zaprowadził nas na ładny i czysty plac z kostki na którym kiedyś trenował. Po drugie dał nam wiele wskazówek, na które same nie wpadłyśmy.

Bo na początek lepiej jeździć na dwójce, by uniknąć szarpania, a ósemkę rozstawiać w odległości zbliżonej do tej z kursu na prawko. Ale prawdziwa frajda była później, jak Paweł poustawiał nam bardziej skomplikowane figury (GP8) i całe trasy. Z uśmiechem na ustach podnosił nam poprzeczkę coraz bardziej, a już jak pokazał swój własny poziom – to szczęki nam konkretnie opadły… Dłuuuuuga droga jeszcze przed nami, ale już nie patrzymy w nią z przerażeniem, dzięki licznym wskazówkom, co do toru jazdy i hamowania. Nawet Karolina się skusiła i pojeździła na CB Elizy. Może nasz zespół będzie wkrótce liczył 3 kobiety? 😉

Niestety i na tym placu komuś przeszkadzaliśmy, i musieliśmy zrezygnować z dalszych ćwiczeń. Szukamy innego miejsca. Może ktoś z Wrocławia miałby jakieś sugestie? Albo zaprosił nas na własny teren?

p.s. Paweł jesteś naszym idolem 😉 Dzięki!

Mój pierwszy deszcz w trasie

Niby wiedziałam, że wcześniej czy później to się zdarzy, ale czy byłam na deszcz przygotowana? Hmm nie do końca ;-).

Wczoraj wieczorem wyruszyłam na Kotlinę Kłodzką do domu, pogoda była OK. Dopiero w okolicach Strzelina totalnie pociemniało. Zadzwoniłam szybko do domu – u nich nie padało, więc byłam dobrej myśli, ale tylko przez chwilę ;-). Tuż za miastem zaczęło kropić…

Zjechałam na pobocze i zaczęłam szukać, co tam mam w plecaku na deszcz. Znalazłam: parasolkę ;-), pelerynę foliową (już lepiej!) i takie cieńkie spodnie, co kiedyś kupiłam na lumpexie, bo wyglądały na przeciwdeszczowe (szkoda, że tylko wyglądały).

Spodnie były szerokie i dały się ubrać na motocyklowe, peleryna nie miała rękawów, tylko takie dziury na ręce. Na szczęście była szeroka i zakryła też plecak (z netbookiem), no i ubrałam jej kaptur pod kask, żeby woda nie lała się za kołnierz. Ruszyłam, bo stać nie było sensu – ciemno dookoła, więc samo by nie przeszło. Trzymałam prędkość 50km/h.

Okazało się, że jadę na batmana 😉 – peleryna się napompowała i zaczęła za mną furgotać na wietrze. Żeby ochronić plecak, zawiązałam tą pelerynę w pasie i już furgotały jedynie rękawy ;-). Było by pięknie, gdyby nie to, że deszcz się nasilał. Momentami wydawało mi się, że to nawet grad, bo bolało, jak walił po nogach i głośno uderzał w daszek kasku.

Pierwsze przemokły buty – dziękuję Ci, cudowny impregnacie, który miałeś chronić moje buty przed deszczem! Spodniom też podziękujemy – przemokły obydwie pary! Poczułam wodę na tyłku, a to nie było zabawne, bo zapalenie pęcherza to niefajna sprawa. Zatrzymałam się pod drzewem, żeby przeczekać najgorsze, wyciągnęłam pokrowiec na motocykl i na nim usiadłam, żeby chronić ten pęcherz.

W tyłek było cieplej, ochraniacze chroniły kolana przed wodą, tylko ręce do łokci i stopy nie miały zbytniego komfortu. Myślałam, że gorzej być nie może – bo się powoli przejaśniało. No ale w swoim scenariuszu nie ujęłam pędzącego z naprzeciwka samochodu (biały Renault Laguna – jeszcze Cię znajdę! 😉 ), który obdarzył mnie serdecznie wielką falą wody, przewyższającą nawet kask! Przez moment byłam w szoku, takie wiadro wody nie poprawiło mi samopoczucia. Dobrze, że kask nie przemaka!

Powoli przestawało padać, omijałam koleiny z dużą ilością wody i już dało się jechać trochę szybciej. W Ziębicach na stacji postanowiłam się porozbierać, bo peleryna hałasowała tak, jakbym helikopterem leciała co najmniej. I podszedł do mnie chłopak, pytając ile TO ma koni? – O nie – pomyślałam – kolejny znawca tematu i to teraz, jak mam już wszystkiego dość! Ale się okazało, że ten był zorientowany – bo sam ma DR-kę, to sobie miło pogadaliśmy o jeździe w terenie i naszych modelach. Pan był policjantem, to mam nadzieję, że zatrzymywać na trasie mnie już nie będzie ;-).

Po ściągnięciu tego worka i spodni – ukazał się obraz nędzy i rozpaczy! Nogi przemoczone do majtek, klatka sucha, rękawy przemoczone, a dłonie? No to ciekawostka – z jednej strony wybielały od wody, a z drugiej poczerniały od wewnętrznej (skórzanej) strony rękawic! Do dziś mam je fioletowe ;-)!

Im bliżej byłam domu, tym bardziej suchy był asfalt. Okazało się, że w miejscu docelowym nie padało wcale! Dziś trochę kaszel mnie z rana męczył, ale mam nadzieje, że to przejściowe – bo jutro chcę na wyścig górski jechać (taki samochodowy ;-)).  Co zrobię zaraz po wypłacie? Oczywiście zakupie ubranko przeciwdeszczowe!