Majówkowy wypad do Kuks

Ale gdzie? To była moja pierwsza reakcja na temat wycieczki kolegi Witka. Co to jest ten Kuks i gdzie? Otóż jest to czeska wieś, której główną atrakcją jest Hospital Kuks – najpierw było to bardziej uzdrowisko/sanatorium, a w późniejszych czasach już bardziej szpital. Ale nie taki znowu zwyczajny…

Wyruszyliśmy z Wrocławia ok 10 rano na 6 motocykli. Witek zaplanował trasę niebanalną, raczej peryferyjną z dużą ilością zakrętów i przyjemnych dla oka widoków. Po czeskiej stronie te zakręty (30110 z Adrspach do Chvalec) były na tyle techniczne, że uświadomiły mi: a) jak mało jestem jeszcze „rozjeżdżona” w tym sezonie, b) jak słabo „czuję” swój nowy motocykl. Na szczęście to sezonu początek i zanim wyruszę w Julijskie Alpy, to postaram się już nadrobić zaległości. Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę i ciastko w Zagórzu:

Po czeskiej stronie była krótka pauza przy bankomacie i potem Witek poprowadził nas taką dróżką, że zaparkowaliśmy pod samym obiektem. Tłumów do zwiedzania nie było, bo u nas 3 maja to święto, a u nich normalny dzień roboczy. Dało się to odczuć w natężeniu ruchu większych miasteczek.

Sam obiekt zewnętrznie jest pięknie odrestaurowany, a największe wrażenie, od samego początku, robi ilość rzeźb, bo praktycznie stoi jedna przy drugiej. Zdecydowaliśmy się na godzinne zwiedzanie, choć przewodnik był tylko w języku czeskim. Jako pomoc dydaktyczną dostaliśmy zalaminowane kartki w języku polskim, które niestety, tak w 10% może pokrywały się z tym, co opowiadał przewodnik. A zrozumieć go wcale nie było łatwo… I np. o tym, że eksponat z czaszką w pierwszej sali był autentyczną czaszką matki hrabiego Sporka, założyciela – doczytałam już w domu. On po prostu trzymał sobie głowę mamusi w pokoju.

Kuks to był duży kompleks uzdrowiskowo-rezydencyjny, założony przez hrabiego F. A. Šporka w 1695 roku. Składał się z: pałacu, łaźni, gościńca, teatru, biblioteki, klasztoru i szpitala. To perła czeskiego baroku, ponieważ hrabia nie oszczędzał pieniędzy podczas budowy. Uzdrowisko zostało zniszczone przez pożar i powódź, po śmierci założyciela. A sam szpital, prowadzony przez Bonifratów, był przytułkiem dla weteranów wojennych i działał do 1938 roku.

Kompleks rozpościerał się po dwóch stronach rzeki Łaby. Po jednej stronie dbano o sprawy ciała i stał tam: pałac, teatr, łaźnie i biblioteka – był to brzeg życia. A po drugiej znajdował się szpital, kościół i cmentarz – to był brzeg śmierci, gdzie zajmowano się sprawami ducha. Po powodzi okazało się, że brzeg życia popadł w ruinę i „umarł”, a brzeg śmierci możemy zwiedzać do dzisiaj.

Budynki służyły jeszcze długie lata jako szpital, następnie poprawczak i dom starców. Od 1946 roku to państwowe muzeum sztuki barokowej, a od 1995 roku pomnik narodowy Republiki Czeskiej. Szpital Kuks jest obecnie zarządzany przez Instytut Ochrony Dziedzictwa Kulturowego.

Na ścianach korytarza, dopiero podczas remontu po 2010 roku, odkryto na korytarzu piękne freski, które były zamalowane białą farbą. Przedstawiają one odwiedziny śmierci u ludzi rożnych stanów majątkowych, zawodów i nazwane zostały „Tańcem Śmierci”. Zwiedzaliśmy też piękny kościół z zakrystią oraz drugą w Europie, tak zachowaną w całości, aptekę Bonifratów.

Po przejściu przez dziedziniec, weszliśmy do pomieszczenia z rzeźbami Mateusza Bernarda Brauna, zwanego czeskim Michałem Aniołem. Repliki rzeźb tego artysty zdobią cały kompleks, a te 24 oryginały są kobiecą serią, która symbolizowała ludzkie „cnoty i przywary”.

Odwiedziliśmy jeszcze przylegający ogród w stylu francuskim i powoli się zbieraliśmy w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się na czeski obiad – ja tam jestem monotematyczna i zwykle jest to smażony ser, choć tym razem wielkość porcji wszystkich zaskoczyła! Polecamy gospodę: „U dvoru borovic”.

Po tym jedzeniu okazało się, że jest już dość późno i do domu to dojedziemy grubo po 21. Wracaliśmy przez kręte okolice Śnieżki – Malá Úpa i potem już polskimi, także niebanalnymi drogami. Zmęczenie już bardzo dawało mi się we znaki, łapałam się na tym, że jadę na „autopilocie” i bardzo chce mi się spać. Zakręty szły jeszcze bardziej opornie i generalnie zaliczyłam zjazd energetyczny, jechałam na minimum.

Już bliżej domu ustawiłam sobie nawigację tak, że nawet jak mnie grupa zgubi gdzieś na wyprzedzaniu, to sobie wrócę do domu swoimi ścieżkami. Ale dojechaliśmy do stacji, gdzie się rozdzieliliśmy na różne kierunki, a ja w swoim wielkim kufrze, na szczęście, znalazłam dodatkowe części garderoby, bo powoli zaczynałam zamarzać… Dojechałam już w księżyca blasku, siły miałam jeszcze tyle, żeby wskoczyć do wanny, a następny przystanek to już było łóżko!

To była wycieczka pełna wrażeń, kilometrów, zakrętów i w świetnym towarzystwie. Witek pyta, czy napiszę, że najlepsze wycieczki, tylko z nim? No to napiszę, bo z pewnością tę wycieczkę długo będę pamiętać!

Przedmajówkowy wypad do Muzeum Wsi Opolskiej

Majówka w tym roku, dla niektórych, była wyjątkowo długa (sob-śrd). A z pogodą szału jednak nie było, raczej tak w kratkę, czasem słońce, czasem deszcz. W niedzielę postanowiliśmy wyskoczyć do Muzeum Wsi Opolskiej. Ten punkt już od dawna był w moich planach, ale tak jakoś do tej pory, nie udało się tam dojechać. Wybraliśmy się tam na 4 pary w bardzo zgranej, fajnej paczce.

Samo muzeum pozytywnie wszystkich zaskoczyło. Po pierwsze bilety w przyzwoitej cenie (większość miejsc turystycznych w ostatnim czasie ceny podwoiło lub potroiło), po drugie formuła zwiedzania jest bardzo przyjemna. Nie jest to duży budynek, gdzie oglądać można zgromadzone eksponaty, a bardziej skansen z rekonstrukcjami budynków i wyposażenia, po którym przyjemny robi się spacerek. Nie jest to też zwiedzanie „samopas”, bo większość punktów trasy ma własnego przewodnika, który opowiada o danym obiekcie.

Na początku zapoznawaliśmy się z piękną sztuką ludową, która na Opolszczyźnie się rozwinęła i nadal jest przez pasjonatów z pełnym poświeceniem tworzona.

Później mogliśmy oglądać chaty z różnych regionów, czasów, środowisk. Chaty są w świetnym stanie wizualnym, a odtworzenie ich wnętrz w każdym detalu sprawia wrażenie, praktycznie przeniesienia się w czasie. Chyba najbardziej spodobały nam się opowieści pani przewodnik w chacie krawca, która zauważywszy nasze zainteresowanie, z jeszcze większym zapałem opowiadała nam historie, dotyczące chaty i zgromadzonych w niej eksponatów. Gdyby lekcje historii tak wyglądały, to chyba nie byłoby osoby, która tego przedmiotu nie lubiłaby w szkole!

Teren skansenu jest naprawdę spory, nawet nogi zaczęły nas powoli boleć, bo wybraliśmy tą najdłuższą wersję trasy. Był tam też cały kościół, młyn, sklep i wiele różnych warsztatów przydomowych i rzemieślniczych. A na koniec mogliśmy nawet posiedzieć w ławach szkolnych, takich, co to znamy jedynie z filmów.

Świetne to miejsce, warto je odwiedzić i poznać trochę historii wprost z opolskich wsi. Sposób zwiedzania tego miejsca sprawia, że robi się to z prawdziwą przyjemnością! My po zwiedzaniu załapaliśmy się jeszcze na ognisko i pyszny obiadek u Asi i Tomka.

Piknik Motocyklowy w Wołowie

23 kwietnia odbył się Wołowski Piknik Motocyklowy i z tej okazji zaprosiliśmy do siebie znajomych z Wrocławia. Spotkaliśmy się w sobotę, a w planie była oczywiście impreza z noclegiem (6 osób na na 45m2), dziewczyny miały lekcje Nordic Walking (jestem instruktorką), a faceci poszli w tym czasie na zajęcia garażowe. My wróciłyśmy dotlenione i „wysportowane”, a oni podpici, bo zakupy sobie zrobili na drogę… Oj, wesoło było!. Rano na szczęście wszyscy byli w stanie prowadzić swoje motocykle, więc się spotkaliśmy na zbiórce w Brzegu Dolnym i ruszyliśmy do Wołowa.

Na punkcie pośrednim też było dużo motocyklistów i taką już konkretną bandą dojechaliśmy na miejsce. Znalazł nas potem jeszcze kolega z Wrocławia. Organizator raczej się nie spodziewał takiego tłumnego przybycia na paradę, chyba nikt się nie spodziewał… Pojechaliśmy na wspólną, kilkunastokilometrową przejażdżkę, a patrząc do przodu i w lusterka, to początku i końca tej parady dostrzec się nie dało!

Sam plac imprezy nie był duży, ale większość motocyklistów i tak się rozjechała w różne strony po paradzie. W planie były koncerty, konkursy i pogadanki. Nigdzie nie znaleźliśmy kawy, to poszliśmy do restauracji obok, gdzie, jak się okazało, poznaliśmy organizatora pikniku i parę motocyklistów „Powsigirki”, którzy mieli coś pod scena poopowiadać o podróżowaniu. I tak od słowa do słowa się okazało, że i ja mam coś opowiedzieć, jako lokalna motocyklistka. To było wprawdzie nieporozumienie w rozmowie na messenger, ale jak już tak wyszło, to trzeba było przyjąć to wyzwanie.

Stwierdziłam, że raźniej mi będzie z innymi motocyklistkami, więc poprosiłam o wsparcie koleżankę Martę, która jest instruktorką nauki jazdy i jeszcze jedną, która się wymigała w ostatniej chwili. Stresik przed publicznym wystąpieniem lekki był, bo przygotowania zero, ale może i dobrze, że wywołane zostałyśmy znienacka, bo stres w oczekiwaniu potrafi jeszcze się rozbudować. Ostatecznie coś tam opowiedziałam o tym, że warto zostać motocyklistką i nie ma co się przejmować przeszkodami do tego celu. A także o tym, że ja już teraz nie umiem jeździć jako „plecak”, bo wtedy przeżywam prawdziwe katusze.

Ogólnie dzień był udany, nowe wyzwanie zaliczone, a i towarzysko był to bardzo udany weekend.