Sprzedam Pomidora

Z taką pewną nieśmiałością przymierzam się do sprzedania Pomidora. Nie chciałabym, żeby to była taka zwyczajna sprzedaż, ale znalezienie mu nowego domu i Pana czy Pani. Ponieważ Pomidor wymaga troskliwej opieki i małego remontu, by mógł służyć jeszcze wiele lat. Razem przeżyliśmy wiele przygód i jego serducho zasługuje na dobry dom.

Pomidor to Honda Vigor, FX650 z 2000 roku. O motocykl dbałam i na każdy problem reagowałam wizytą u mechanika. Ma nowe klocki z przodu, wymienione koło z tyłu (jest złote niestety, bo innego na rynku nie znalazłam, ale mam też złote (nieco mniejsze) na przód), wyczyszczony gaźnik, wymieniony zaworek, wyregulowane zawory, zniwelowane wycieki oleju górą, olej zawsze był wymieniany. Opony, łańcuch, zębatki, lagi, akumulator – jeszcze polatają.

Jest jednak większy i nie rozwiązany przeze mnie problem – Pomidor ma przytarte krzywki i wymaga to małego remontu. Nie chcę już w niego inwestować, bo chciałabym zmienić motocykl na dwucylindrowy. Ale myślę, że jeżeli ktoś poświęci mu nieco czasu – to Pomidor odwdzięczy mu się z nawiązką.

Moja propozycja ceny to 3.500 zł (email: cyklistka.moto@gmail.com)

Takie tam, latanie po mieście :-)

Skończyła się stara praca i skończył mi się miesięczny bilet, zmuszona więc zostałam do poruszania się po mieście motocyklem (do nowej pracy chodzę pieszo). Kurcze, nie jestem do tego, ani trochę przyzwyczajona! Motocykl to dla mnie pęd powietrza i (prawie) pusta, kręta droga do celu. A nie: jazda, stop, jazda, czerwone, jazda, zielone dla pieszych – stop, jazda, tramwaj – stop, jazda, palant zajeżdżający mi drogę – stop. Jazda, o cholera, gdzie ja zajechałam??

Tak to w skrócie wyglądało. A do tego słońce prażące z góry, asfalt prażący z dołu i silnik prażący w nogi. Nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy sens jazdy motocyklem upatrują w ciągłym lansie na mieście. Nie kumam, jak to może dawać przyjemność?

Jazda komunikacją miejską miała chociaż jakiś sens, bo nigdy nie był to czas zmarnowany – nawet jak autobus stał w korku zawsze mogłam poszperać w sieci, odpisać na zaległe maile, poczytać e-booka, posłuchać muzyki. Tocząc się samodzielnie po mieście, czas ucieka mi między palcami, a mój stopień zrelaksowania niepokojąco się kurczy. Szczególnie, jak jadę do celu, a okazuje się, że dojechałam zupełnie gdzie indziej! Nie znam miasta dobrze i np. jak dzisiaj od dentysty miałam dojechać na rehabilitację, to wylądowałam pod cmentarzem, który wcale nie był po drodze 🙂 . Stwierdziłam, że to znak, bo dawno babci tam nie odwiedzałam i poszłam nad jej grób, opowiedzieć co u mnie słychać i chwasty z rabatek powyrywać.

Następnie stwierdziłam, że muszę wreszcie zainwestować w jakąś nawigację. Motocyklowe są bardzo drogie, więc zamówiłam sobie na próbę Navitel E500 i zobaczymy (mam 14 dni na zwrot, jeżeli np. w słońcu będzie nieczytelna).

Gdybym dzisiejszą trasę pokonała Pomidorem, to mój poziom stresu byłby nieporównywalnie wyższy – bo hamulce ma słabe i nieprzewidywalny bywa. eMTek prowadzi się bajecznie i zawsze na czas mogę zareagować, więc było mi o niebo łatwiej poruszać się w miejskim gąszczu. Raz nawet ABS się uruchomił, jak mi pieszy na drogę wyskoczył, a po kostce jechałam akurat. Nie powiem, że nie popełniałam dzisiaj błędów – zdarzyło się kilka niegroźnych wtop, ale to z braku doświadczenia w jeździe po mieście, które niebawem pewnie zdobędę (znaczy będę zmuszona zdobyć) 🙂 .

Niedzielna wycieczka do kopalni w Nowej Rudzie

Na wycieczkową ekipę, która wyruszyła z Wrocławia miałam poczekać w Łagiewnikach i tam też dotarłam 5 minut przed najazdem, chyba ze 40-stu motocyklistów (a to jeszcze nie był rekord tego typu wycieczek). Pierwszy raz jechałam z taką ilością motocykli i trzymałam się raczej z tymi w środkowym szyku, gdzie jechała też Magda (i nie powiem, żeby prędkości tej wycieczki były przepisowe 🙂 ). Potem wjechaliśmy w piękną drogę leśną, a następnie w dość mocne serpentynki na szczyt i z górki. eMTek prowadził się wyśmienicie – zniknął cały mój stres, i spina z pokonywaniem ostrych zakrętów z góry. Wrócę jeszcze na tą drogę, bo jest świetna do szlifowania umiejętności.

Po zjechaniu z gór czekaliśmy chwilę i ekipa ruszyła, ja jednak z niepokojem zauważyłam, że Magdy w grupie nadal nie ma. Poinformowałam znajomych obok i zostali ze mną, czekając na resztę, bo jak się okazało – kilka osób jeszcze było w lesie. Ruszyliśmy dalej, jak oni dojechali, ale nikt z nas nie znał trasy i bardzo szybko zabłądziliśmy.

Moje zdanie jest takie, że jak jest zbiorowa wycieczka, to prowadzący nie powinien odjeżdżać, póki zamykający nie zgłosi, że wszyscy są. Gdybym nie znała Magdy z tej zagubionej grupy, to bym nieświadomie pojechała dalej, a na takich krętych odcinkach przecież nie trudno o błąd i ktoś mógł potrzebować w tym lesie pomocy…

Mijaliśmy jakiegoś pana co machał i myślałam, że do nas, a później się okazało, że wskazywał nam drogę, gdzie pojechała grupa. Musieliśmy ze dwa razy zawracać i nie znaleźliśmy wieży widokowej (gdzie była grupa), ale znaleźliśmy piękną dróżkę z urokliwymi widokami. Potem po nawigacji w ostatnich minutach dotarliśmy pod kopalnię i udało nam się ją zwiedzić z grupą.

13246446_10201585943846939_2730404710088574224_oNa głowy musieliśmy włożyć kolorowe kaski, ja wybrałam czerwony i jak się okazało – byłam „technikiem, elektrykiem”, a najlepszą fuchę mieli ci w żółtych – miodziarze, bo do ich zadań należało opróżnianie podziemnych toalet, tzw „uli” 🙂 . Przewodnik nie przynudzał, rzucał dowcipami i zapewne nieco koloryzował. Szczególnie, jeżeli chodzi o „ducha kopalni”, który straszył zwiedzających w najmniej oczekiwanych momentach. My mieliśmy niezły ubaw, ale kolega opowiadał, że jego dzieci całą wycieczkę ze strachu płakały, a znów przewodnik opowiadał, że „duch” dostał już od kobiet: z torebki, prawego sierpowego, a nawet został potraktowany paralizatorem!

Kopalnia, jak kopalnia – miejsce ciężkiej pracy, także dzieci (które nie dożywały do wieku dojrzewania). Jednak dla nas – współcześnie żyjących to już jedynie atrakcja i takie też zapewniał przewodnik wesołymi komentarzami, i możliwością przetestowania różnych narzędzi. Na koniec odbyła się przejażdżka podziemną kolejką, a wagoniki były tak ciasne, że ledwo można było się tam zmieścić (chociaż pewien szczęściarz nie narzekał, bo z 3-ma motocyklistkami jechał). Oczywiście duch musiał nas pożegnać – znienacka atakując w bocznym okienku 🙂 . Na koniec zwiedzaliśmy jeszcze muzeum z wieloma górniczymi i przyrodniczymi eksponatami.

Po zwiedzaniu porwałam Magdę na obiad i kawkę u mojej mamy pod Bardem i razem wróciłyśmy do Wrocławia. Po drodze wyprzedziła nas grupa motocyklistów, a chwilę potem stali na poboczu z osobówką, bo wydarzyła im się wspólnie jakaś (niegroźnie wyglądająca) „przygoda”.

Mała galeria ze zdjęć uczestników wycieczki: