Pałac w Pławniowicach

W majową niedziele odwiedziliśmy Pałac Pławniowice, który został wzniesiony pod koniec XIX wieku. To jeden z najpiękniejszych zabytków w regionie. Jak tylko zobaczyłam go na zdjęciach, to postanowiłam, że kiedyś tam pojadę. Zeszło mi na to, chyba z rok, ale wreszcie się udało. Trasa była dość długa, więc w jedną stronę pojechaliśmy autostradą i od razu przypomniało mi się, dlaczego autostrady omijam… NUUUUDA i strasznie się dłuży, choć niby krócej jedziesz.

Miejscowość Pławniowice nie jest zbyt duża, położona jest nad zalewem. Plaża jest oblegana i odpłatna, więc sobie ją odpuściliśmy, ale pyszne są tam lody włoskie z budki. Na ogrodzony teren wokół pałacu obowiązują bilety 15 zł, a do wewnątrz za 20 zł.

Bajkowy wygląd pałacu i ogrodu zawdzięczamy włoskiej rodzinie Ballestremów, która zarządzała kopalniami i hutami. Wojna zmusiła ich do ucieczki, a armia rosyjska zdewastowała wnętrza pałacu. W czasach PRL były tam biura, koszary i mieszkania. Czyli klasyka dziejów polskich pałaców… Od 1989 roku pałac jest w rękach Diecezji Gliwickiej, która go zrewitalizowała. Teraz pełni funkcję ośrodka edukacyjnego i sakralno-kulturalnego.

Pałac robi niesamowite wrażenie. Mieszane uczucia jednak mam, co do formy zwiedzania tego miejsca. Na olbrzymi metraż pałacu przypada jedynie kilka udostępnionych pokoi, bez przewodnika, z minimalistycznymi opisami i lektorem puszczonym z głośnika (trafia się na losowo wybrany fragment, bez związku z trasą zwiedzania). O wiele lepszym rozwiązaniem byłoby zwiedzanie z audioprzewodnikiem. Takie trochę przegonienie turystów w kółko po piętrze i do do domu.

Przy wspomnianych lodach spotkaliśmy dwóch sympatycznych motocyklistów i za ich namową – wyskoczyliśmy jeszcze zobaczyć Zamek w Toszku.

W drodze powrotnej zawarliśmy też nową znajomość z motocyklową rodzinką, która jechała w tym samym kierunku. Pozdrawiamy! Czasami jest tak, że klimat wycieczki tworzą napotkani ludzie, a miejsce jest tylko jej dopełnieniem.

Zamek Górka – zwiedzanie

Za drugim podejściem udało mi się zdobyć limitowany bilet na zwiedzanie Zamku Górka pod Sobótką. To miejsce jest w rękach prywatnych i nadal trwają tam prace, które mają przywrócić jego blask. Dzięki współpracy z Muzeum Ślężańskim, wnętrza zamku bywają dostępne w sezonie letnim, zwykle raz w miesiącu. Warto śledzić aktualności na stronie muzeum, ponieważ wewnątrz pomieszczeń mieszkalnych zamku nie można robić zdjęć. Można je zobaczyć jedynie na żywo.

Przewodniczką naszej wycieczki była dyrektor Muzeum Ślężańskiego – Monika Szima-Efinowicz. Muszę przyznać, że wielka wiedza i energia, jaką emanuje p. Monika, sprawiają, że historia zamku staje się żywa. Liczne ciekawostki i pobudzanie wyobraźni musiały wystarczyć, by zapełnić to, czego w tym miejscu brakuje.

To, co zostało z wykończenia zamkowych wnętrz robi wrażenie, ale jednocześnie jest tylko śladem po dawnej świetności tego miejsca, wraz z licznymi jego przekazami i zagadkami (które p. Monika przed nami odkrywała). Czas spędzony w tym zamku miał w sobie coś magicznego, zdecydowanie.

Zamek Górka nie zawsze wyglądał tak bajkowo. W XII wieku był rezydencją Piotra Włostowica, który przekazał obiekt kanonikom regularnym reguły św. Augustyna. Jednak najstarsze fragmenty zabudowań, mogą pochodzić z początków XI wieku. Początkowo były to proste zabudowania gospodarskie, dopiero w 1810 roku władze pruskie sekularyzowały dobra kościelne i sprzedały kompleks prywatnym właścicielom. Ernest von Lüttwitz, przemienił część budynków w dom mieszkalny, a kaplica stała się częścią pałacu.

Pod koniec XIX wieku obiekt trafił w ręce Eugena von Kulmitza, który postanowił uczynić z dawnego klasztoru -rezydencję neorenesansową. W latach 1886–1891, z pomocą architekta Wilhelma Rheniusa, całkowicie przebudował zamek. Wtedy właśnie powstały wieżyczki, wykusze, ozdobne fasady i rzeźbione portale. Budynek zyskał urok i finezję epoki romantyzmu. Wnętrza zdobiono boazeriami, kominkami i malowidłami.

Po II wojnie światowej zamek przeszedł w ręce państwowe i spełniał różne funkcje (np. był magazynem, ośrodkiem wychowawczym i kolonijnym, hotelem), co sprzyjało jego stopniowej dewastacji. Obecnie zamek jest w rękach prywatnej spółki i wciąż trwają tu prace, na terenach zewnętrznych i wewnątrz. Być może za kilka lat stanie się miejscem tak bajkowym, jak się zapowiada…

Zamek Frydlant

Czeski Zamek Frydlant to miejsce, gdzie czas się zatrzymał. Podczas II wojny światowej zamek nie został zbombardowany ani splądrowany, dzięki czemu zachował swoje oryginalne wnętrza i wyposażenie. Po wojnie stał się jednym z pierwszych zamków w Czechach, udostępnionych do zwiedzania jako muzeum.

Przygotowano kilka tras o różnej długości i tematyce, jednak tylko po części mieszkalnej zamku oprowadza polski przewodnik. Wycieczka trwa 60 min, zaczyna się w kuchni i wiedzie przez pomieszczenia dla służby, piętro z pokojami mężczyzn, piętro z pokojami kobiet i poddasze, przeznaczone dla dzieci (do ich zabaw i nauki). Bilety można kupić online, wybrać język przewodnika i zakres zwiedzania.

Byłam już w tym zamku w 2018 roku i chętnie wróciłam. Za pierwszym razem nie można było robić zdjęć wnętrz, a za drugim już się udało, dlatego mogę się podzielić małą galerią na zachętę. Co mnie niezmiennie zachwyca w tym zamku? Autentyczne wnętrza! Do tego stopnia, że nawet szafy są pełne ubrań, a kuchnia pełna naczyń. Mnóstwo przepięknych mebli, dodatków, dzieł sztuki, wspaniale zdobionych ścian i sufitów. Szkoda tylko, że tempo wycieczki jest szybkie, bo mogłabym tak chodzić i podziwiać godzinami…

Frydlant powstał w połowie XIII wieku jako gotycki zamek obronny, a w XVI wieku rozbudowano go o renesansowy pałac i kaplicę, tworząc imponujący kompleks. W XVII wieku zamek należał do legendarnego wodza wojsk cesarskich – Albrechta von Wallensteina.

Po jego śmierci majątek wielokrotnie zmieniał właścicieli, aż w końcu przeszedł w ręce arystokratycznego rodu Gallas, który zamieszkiwał zamek aż do XX wieku. Ród Clam-Gallasów mieszkał w Frydlancie aż do końca II wojny światowej. Po 1945 roku, w wyniku zmian politycznych mieszkańcy zamku zostali zmuszeni do jego opuszczenia. Ostatnia wyjechała Clotilda Clam‑Gallas, która zamieszkała w Wiedniu (od 1945r. do śmierci w 1982 r.).

Na wycieczkę wybrałam się z dwoma kolegami, pod koniec sierpnia, ale pogoda dała nam popalić i to wcale nie upałami. Było tak zimno, że musiałam się „doubierać”. Stanęło na bieliźnie termicznej, koszulce, kurtce z membraną, a na to membranowa przeciwdeszczówka. Pod rękawice wciągnęłam jeszcze takie cienkie, wewnętrzne rękawiczki. Co się porobiło z tą pogodą, to ja nie wiem….