Alpy 2026 – dzień czwarty. Passo Giovo i Passo di Pennes
Dzisiaj wyskoczyliśmy sobie na dwie przełęcze: Passo Giovo (Jaufen Pass) i Passo di Pennes (Penser Joch). Obie totalnie w moim klimacie, bo zakrętów mnóstwo, ale cały czas z płynną jazdą. Nawierzchnia bardzo dobra, wręcz nowa, pomieszana z fragmentami ciut gorszymi, ale bez dziur. Szeroko minimum na dwa auta, ale zwykle znacznie bardziej. Serpentyny o przyjemnym profilu. Niektórzy maja zasadę, że: „im trudniej, tym lepiej”. Ja jednak jestem „alpejską hedonistką” i lubię, jak jedzie się po prostu przyjemnie, jak są zakręty i cudne krajobrazy.
Po tych dwóch przełęczach motocykliści jeżdżą w kółko, my na nich mówimy „tubylcy” lub „dzikusy”, ale w pozytywnym znaczeniu. Bo ten „jedzie jak dziki”, czyli trzy razy szybciej, niż my i trzeba zrobić mu miejsce. Dla kogoś, kto trasę zna na pamięć, prędkość jest limitowana jedynie w głowie. Na zdjęciach Passo Giovo:
Passo Pennes od strony Sterzing totalnie mnie zaskoczyło, pozytywnie… Jechaliśmy sobie przez las, krętą, równą drogą i tak sobie myślę: „ale mi to przełęcz, przecież to jak w Kotlinie Kłodzkiej”! Ale zaczynamy się wspinać, wyżej i wyżej. I co chwilę myślę, że zaraz będzie szczyt, a tu nadal do góry. Nagle zza zakrętu wyłania się wielka góra i tam dopiero był ten szczyt, a i widoki coraz lepsze.
Drugim zaskoczeniem był zjazd z drugiej strony, który składał się z wielu prostych odcinków. Nawet nie wiedziałam, że tak się da, bo przyzwyczajona jestem do tego, że jak kręto do góry, to i na dół z drugiej strony. Timmelsjoch bardziej mi się podobał, ale i te dwie przełęcze były bardzo satysfakcjonujące.
Dzisiaj po raz pierwszy mieliśmy w dolnych partiach gór upały, a kamizelki chłodzące zostawiliśmy w wynajmowanym mieszkaniu. Trzeba się było zastanawiać, czy jechać z otwartą szybą i gorącym powietrzem dostawać w twarz, czy ją zamknąć i nie mieć czym oddychać – to jest dylemat hahaha































