Alpy 2019: Kilka przełęczy na start

Kolejnego dnia postanowiliśmy wreszcie zobaczyć alpejskie szczyty z bliska. Aby zaplanować naszą wycieczkę szukałam źródeł w internecie, lecz dopiero pożyczenie książek „100 Alpejskich Przełęczy na Motocyklu” i „100 Nowych Alpejskich Przełęczy na Motocyklu” otworzyło mi oczy na to, co chciałabym na żywo zobaczyć. Najgorsze jest to, że ta pierwsza książka jest już na rynku nieosiągalna i nie będzie kolejnego jej wydania (ja mam już swoje egzemplarze na szczęście).

W planie podróży zawarłam 20 z tych 100 przełęczy części pierwszej. Świadomie wybierałam trasy łatwe i średnie (do 14% nachylenia), ponieważ jazda po górskich przełęczach, na takich wysokościach – to był mój debiut. Na co dzień nie mam zbyt wielu możliwości ćwiczenia jazdy po górskich serpentynach i nie chciałam, żeby strach popsuł mi tą pierwszą wycieczkę.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że plan upadł już na pierwszym objeździe remontowanej drogi, który prowadził przez serpentyny o nachyleniu 24%!!! Jazda szła mi koślawo i paraliżował mnie strach, szczególnie podczas jazdy po ostrych zakrętach z tak stromej góry. „Łooo Boziu” wołałam wiele razy, ale dałam radę, a ten chrzest sprawił, że już nic podczas tej całej wycieczki nie było w stanie mnie zaskoczyć!

Tego dnia w planie były przełęcze Rossfeld-Hohenringstrase, Dientnersattel i Filzensattel, Radstadter Tauernpass i Katschbergpass. Pierwsza z nich była płatna 5 euro na bramkach, a już sam dojazd do niej był wymagający (znowu te 24%). Obok tej trasy jest wspaniały punkt widokowy Kehlstein, jednak zabrakło nam czasu, by tam dotrzeć (później się okazało, że na koniec wyjazdu i to miejsce odwiedziliśmy, ale o tym w ostatnim wpisie będzie). Zaczęliśmy od jeziora Königssee, choć to miejsce od strony miasta wcale nie porywa. Warto znaleźć inny punkt widokowy lub się po nim przepłynąć.

Rossfeld-Hohenringstrase – piękna pętla z widokami na góry i serpentynami. Po pewnym czasie się zorientowaliśmy, że mijamy wciąż tych samych motocyklistów. A oni po prostu jeździli tam w kółko na jednym bilecie. My nie mogliśmy sobie na to pozwolić ze względu na ograniczony czas wycieczki, jednak przy kolejnym wyjeździe tak właśnie zrobimy – jedna przełęcz – jeden dzień z dokładnym zwiedzeniem wszystkich atrakcji.

Mnie osobiście zachwyciły drogi Bawarii, piękne widoki i równe, kręte drogi. Nawet jak stał tam znak, że droga była naprawiana, to i tak ta „łaciata” droga była równa jak stół. Jeździliśmy różnymi skrótami przez wioski, gdzie było 5 domów i krowy, a droga nadal była idealna!

Zaskoczył nas jeden znak, że będą krowy przez 5 kilometrów – nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że to do lasu wjeżdżaliśmy! Ale… faktycznie krowy tam były, pasły się luzem między drzewami, odpoczywały sobie w rowach i „uroczo” przechodziły tuż przed moim motocyklem na drugą stronę drogi. Jakbym nie zobaczyła, to bym nie uwierzyła hahaha.

W Austrii już nawierzchnia dróg była różna, jakość napraw asfaltu też odbiegała od bawarskiego ideału. Widoki nadal cudne, zalesione i nagie szczyty, wijące się rzeki, wzdłuż których wiła się też nasza droga. Pogoda była idealna, bo ciepła, a nie upalna. Przejrzystość powietrza również, przez co otwierające się przed nami panoramy sprawiały, że „WOW” mówiłam co chwilę.

Piękne i kręte kilometry zlatują jednak wolniej, dlatego tego dnia zabrakło nam nieco czasu na zobaczenie wodospadu pod Maltą i przejechanie tej trasy. Było późno, więc znaleźliśmy na szybko nocleg pod jeziorem Millstätter See. Wjechaliśmy na pole namiotowo-campingowe, a tam niezła góra! Postanowiłam dojechać na jej szczyt, żeby zawrócić, a Emil jechał przede mną. Nagle patrzę, a tu gościu cały goły z „fujarą” na wierzchu sobie chodzi. Pomyślałam, że świr jakiś. Rozglądam się, a obok para nago siedzi sobie przy stoliku! I wtedy do mnie dotarło, że wpakowaliśmy się na miejsce dla nudystów hahaha. Zawróciliśmy i zjechaliśmy grzecznie na dół, a tam na szczęście wszyscy byli ubrani…

p.s. W strefie nudystów, podobnie jak w bawarskich zamkach, był zakaz fotografowania „obiektów” 🙂

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Alpy | Otagowano | Dodaj komentarz

Alpy 2019: Zamek Neuschwanstein i Hohenschwangau

Chwilę mnie nie było, bo miałam urlop. W 2/3 spędziłam go na motocyklu, a po urlopie tak się wszystko ułożyło, że motocykl zmieniłam. Ale po kolei…

Na urlopową wycieczkę wybraliśmy kierunek alpejski. Na początek chciałam spełnić swoje marzenie i zwiedzić „Zamek Łabędzi”, którego zdjęcia od lat mnie zachwycają. Nie szykowałam się jakoś specjalnie, pakowanie zaczęłam w sobotę. Oczywiście otrzymałam na blogu dużo porad dotyczących wyjazdu, trasy, pakowania – część z nich wykorzystałam, a z części się pośmiałam. Bo porady, że mam wziąć kartę płatniczą zamiast namiotu, garnków, czy jedzenia uznałam za zabawne. Skoro je zabieram, to znaczy, że ich potrzebuję i nie mam złotej karty w banku, a jedziemy do krajów, gdzie wszystko kosztuje x4 w stosunku do polskich zarobków.

Mieliśmy to szczęście, że siostra Emila mieszka pod Monachium i mogliśmy tam kilka nocy spędzić. Do celu jechaliśmy 2 dni z przerwą przy granicy czesko-niemieckiej. We wtorek rano uderzyliśmy w kierunku słynnych zamków Neuschwanstein i Hohenschwangau, na które bilety dobrze jest rezerwować online (minimum 2 dni przed datą przybycia).

Wszystko przez wycieczki i dzikie, kilkugodzinne kolejki do kas w sezonie. Do biletów z rezerwacji kolejka zwykle jest krótsza, a odebrać je trzeba 1,5 h przed czasem zwiedzania, ponieważ potem wpadają w pulę biletów do tej drugiej kolejki. My byliśmy tam we wtorek na koniec wakacji, dlatego kolejka była jedynie na 10 minut stania. Pozostały czas przed zwiedzaniem zamków przeznaczyliśmy na tutejsze muzeum. Wstęp do tych 3 miejsc to koszt 36,50 euro/os. Motocykle zostawiliśmy na płatnym parkingu (3 euro/moto), gdzie pan pozwolił nam też zostawić kaski i kurtki.

Muzeum to głównie historia kolejnych pokoleń władców Bawarii, aż do czasów wojennych. Przy wejściu otrzymuje się słuchawkę z wybranym językiem, a przy każdym eksponacie/portrecie na ścieżce zwiedzania są numery, które po wciśnięciu umożliwiały odsłuchanie opisu do nich. Gdyby ktoś chciał odsłuchać wszystko, to obawiam się, że dwie godziny pobytu tam to za mało. Największe wrażenie zrobiły na mnie przedmioty z zamku, prezenty, jakie władcy otrzymywali i ich szaty. To była tylko zapowiedź tego, jakie wspaniałości są w tych zamkach. Poznałam też z grubsza historię całej rodziny oraz losy Ludwika II, który wymarzył sobie i zbudował „Zamek Łabędzi”.

Jako pierwszy zwiedzaliśmy zamek letni królewskiej rodziny, odnowiony Hohenschwangau. Przy wejściu są bramki i duży wyświetlacz z godzinami wejść, co bardzo ułatwia ogarnięcie takiej masy turystów. Wewnątrz także otrzymuje się słuchawkę w wybranym języku, ale zwiedza się już z przewodnikiem, który ma wszystko ma oko i uruchamia kolejne opisy w słuchawkach turystów, gdy jest na to pora. Przechodziliśmy przez kolejne sale, poziom pokoi królowej i króla. Wszystko cudownie zdobione, niepowtarzalne rękodzieła – bogate i prawdziwie królewskie salony. Niestety wewnątrz nie można robić zdjęć, także musicie mi wierzyć na słowo. Tutaj mieszkał Ludwig II podczas budowy Neuschwanstein i z okien przez lunetę obserwował postępy prac.

O ile pierwszy zamek był przy miasteczku, tak drugi jest na sporej górze. Można tam dojść pieszo – ok. 20-30 minut wspinania lub pojechać tam autobusem. Oczywiście w ubraniach motocyklowych i przy panującym upale wybraliśmy opcję łatwiejszą za 3 euro w obie strony. Autobus zawiózł nas w okolice słynnego mostu Marienbrücke, z którego rozpościera się górska panorama z zamkiem w samym centrum. Choć ja osobiście wolę zdjęcia, które robione są od frontu zamku ze szczytami w tle.

Tak, to co widzicie na zdjęciu poniżej to kolejka na most. Na szczęście szła szybko, bo w sumie ile można stać nad przepaścią, na drgającym moście, robiąc jedno ujęcie hahah.

Do zamku trzeba było zejść nieco niżej, a tam był podobny system bramki wejściowej i słuchawki z wybranym językiem. Zwiedzanie drugiego zamku też trwało ok. 30 minut. To krótko – zdecydowanie za mało czasu, by obejrzeć te wszystkie wspaniałości. No ale jedna wycieczka depcze po piętach kolejnej, więc to zrozumiałe. W tym całym chaosie, raz po raz, wyłaniały jakieś gwiazdeczki instagrama, by wypiąć tyłek na tle tak pięknej budowli. Ot, taki znak naszych czasów.

Spodziewałam się królewskiego poziomu wewnątrz zamku, ale to co zobaczyłam, faktycznie było wizją szalonego króla, jak nazywano Ludwika II. Zakochany w średniowieczu władca mieszał ze sobą różne style i nie oszczędzał na niczym. Sala tronowa cała w złocie, cudne malowidła na każdej ścianie, bogactwo w każdym, najmniejszym detalu mebli. Moim marzeniem było zobaczyć królewski zamek z wyposażeniem. Piorunujące wrażenie. Chyba to, że nie można robić zdjęć, a zwiedzanie trwa krótko, sprawia, że chce się tam wrócić. Zobaczyć jeszcze raz…

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Alpy, Mam prawko, Zamki i pałace | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kościół Pokoju w Świdnicy i Jaworze

google zonk!

W ubiegłą niedzielę, razem z Danielem i Magdą, wyskoczyliśmy na krótką wycieczkę motocyklową do Jawora. Google postanowiło zrobić nam psikusa i wysłać nas tam krótszą, ale szutrową drogą. A w dodatku z dużą ilością wyrypów po kilku metrach, żeby na koniec znaleźć się na drodze, do której dojechalibyśmy jadąc po prostu przed siebie wg tablic informacyjnych 😀 .

Trzy Kościoły Pokoju powstały w Polsce II poł. XVII wieku w następstwie pokoju westfalskiego. Naciskany przez protestancką Szwecję, katolicki cesarz Ferdynand III Habsburg przyznał śląskim luteranom prawo do wybudowania trzech świątyń w: Głogowie, Jaworze oraz Świdnicy.

Budowa mogła trwać tylko rok i miała być opłacona przez protestantów. Materiały budowlane miały być nietrwałe, jak drewno, słoma, glina, piasek. Budynki nie mogły mieć tradycyjnego kształtu świątyni, ani dzwonu.
I dokonano tego! Powstały cudne wnętrza, ręcznie zdobione przez artystów, a to co miało być nietrwałe – przetrwało ponad 350 lat! Niestety w wyniku strzału pioruna spłonął kościół w Głogowie, a ja odwiedziłam dwa pozostałe.

Kościoły są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Świątynie są wciąż odnawiane, a zwiedzanie jest indywidualne – wewnątrz można odsłuchać nagrania o ich historii w kilku językach. Bilet wstępu to 10 zł i można tam robić zdjęcia.

Kościół Pokoju w Jaworze jest największą drewnianą budowlą o funkcjach religijnych na świecie. Więcej o świątyni…

Korzystając z okazji odwiedziliśmy rynek w Jaworze z pięknym ratuszem, brakuje tu jednak doinwestowania.

Kilka tygodni temu byłam z Emilem na wycieczce samochodowej. Wybraliśmy się na średniowieczny festyn w Wiebrznej, impreza była mała i lokalna, ale przy okazji obejrzeliśmy ruiny klasztorne.

Byliśmy już blisko Świdnicy to postanowiliśmy odwiedzić Kościół Pokoju. Budynek, a raczej jego barokowe wnętrze, zrobiło na mnie niesamowite wrażenie! Więcej o świątyni…

Obok jest też, równie stary, cmentarz:

Oraz mała wystawa w wieży:

Wyskoczyliśmy jeszcze na ładny rynek w Świdnicy:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko, Wycieczki małe i duże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Jaskinia Na Pomezi

W ostatnią niedzielę wyskoczyliśmy do czeskiej jaskini Na Pomezi, tuż przy granicy. A tam zero kolejek, jak do naszej Jaskini Niedźwiedziej – byliśmy 12.11, a bilet był na 12.20. W kasie po polsku mówią, a na trasę dostaliśmy polskiego tłumacza w postaci, takiej sprytnej, słuchawki telefonicznej. Wciskało się numer miejsca i play, żeby słyszeć po polsku to, co przewodnik mówił jednocześnie po czesku.

Jaskinia jest piękna, a nacieki olbrzymie i zdjęcia niestety tego nie oddają. 1 mm tych cudów powstaje przez 5-15 lat! Poszczególne „sale” mają swoje nazwy i też większe formacje je mają, gdy swoim kształtem upodobniły się do czegoś/kogoś. Fajna zabawa w wypatrywaniu tych podobieństw i tu znowu aparat tego nie oddał. Nie można nacieków dotykać, wyjątkiem jest „serce”, które można dotknąć lewą (od serca) ręką i pomyśleć życzenie, które się spełni. Warto to sprawdzić i zobaczyć na własne oczy! Wstęp kosztuje 130 koron za 45 minut zwiedzania (+ewentualne 40 koron za zdjęcia).

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Czechy, Mam prawko | Otagowano | Dodaj komentarz

Motocykl Action Team – szkolenie motocyklowe dla kobiet

Decyzja o wyjeździe na kobiece szkolenie motocyklowe była spontaniczna. W środę szukałam noclegu i miałyśmy jechać na 3 motocykle (ja, Asia i Ania) z Wrocławia, a Magda miała dołączyć z Bieszczad, gdzie akurat była na wakacjach. Znalezienie odpowiedniego noclegu jest ważne, jeżeli parkuje się 4 motocykle. Raczej unikamy wtedy publicznych parkingów, a szukamy domków jednorodzinnych z zamykanym placem. I to się udało, nawet w dobrej cenie. Polecam noclegiuanety.pl , bo pod torem, motocykle pod oknami, są kamery i zamykane podwórze.

Szkolenie dla kobiet Motocykl Action Team miało się rozpocząć w sobotę 27 lipca w ośrodku doskonalenia techniki jazdy Tor Modlin o 8.30 rano. Dlatego załatwiłam sobie zakończenie pracy o 15, żeby dołączyć do dziewczyn i razem ruszyć S8-mką w kierunku Warszawy. Nie lubię takiej jazdy, ale jakoś tak grupowo, nawet fajnie nam szło. Włączyłam sobie radio i śpiewałam pół drogi, żeby mi się nie nudziło…. Na każdej stacji paliw wzbudzałyśmy ponad przeciętne zainteresowanie, a nawet usłyszałyśmy, że „fajny mamy gang”.

Pogoda w sobotę dopisała, bo wprawdzie było ciepło, ale większość czasu słońce kryło się za chmurami. Ostre burze nadeszły nocą z soboty na niedzielę, do tego stopnia, że wychodziłam zobaczyć, czy motocykle się na siebie nie powywracały. Na szczęście przetrwały te niełatwe warunki i w niedziele już znowu było pogodnie i mogłyśmy wracać.

Zastanawiałam się w sumie, czy to szkolenie jest dla mnie? Jechałam na poziom 1, a jestem w trakcie swojego, dziewiątego sezonu motocyklowego, a każdy po min. 10.000 km. Stwierdziłam jednak, że trochę ćwiczeń mi się przyda, jakiekolwiek by one nie były, bo jakoś w tym sezonie po krętych drogach jeździłam bardzo mało.

Szkolenie rozpoczęło się teorią przedstawianą przez instruktora Adama. Jej zakres był faktycznie podstawowy, choć niektóre rzeczy fajnie było sobie odświeżyć, a i parę ciekawostek poznać. Do ćwiczeń przystąpiłyśmy w 2 grupach, moja składała się z 7 motocyklistek i instruktora Piotrka. Pierwszy blok ćwiczeń obejmował jazdy z prędkościami poniżej progu równowagi. I powiem Wam, że to wcale nie było łatwe! O ile jazdę powolną przed siebie ćwiczę za każdym razem, jak jestem w mieście, tak jazda wolna w slalomie to był horror, nie tylko dla mnie. Okazało się, że najlepiej w tym ćwiczeniu wypadła dziewczyna na motocyklu sportowym z najmniejszym promieniem skrętu. Im wyższy motocykl, tym jakoś trudniej było zmieścić się w tym slalomie żółwia. Wszystkie odetchnęłyśmy z ulgą, jak to ćwiczenie się skończyło. Mi osobiście z każdą powtórką szło gorzej, bo dochodziło jeszcze zdenerwowanie na „te głupie pachołki”. Oczywiście, kobiecą logiką, doszłyśmy do wniosku, że dwie przeszkody tak ominiemy, więc to wystarczy w codziennym życiu.

fot. Jacek Hanusz/ Motocykl i z archiwum własnego

Po przerwie kawowej pracowaliśmy nad świadomym przeciwskrętem, hamowaniem awaryjnym i jazdę po okręgu. Slalom wolny zamieniliśmy na dużo przyjemniejszy slalom. Jednak nie był to taki „pikuś,” ponieważ wykonane ćwiczenie to nie wszystko. Ja np. dowiedziałam się, że w jedną stronę nie przechylam się z motocyklem, za ręką popychającą kierownicę. To cenna wskazówka, ponieważ sama nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jestem po wypadku, więc podświadomie staram się chronić i nie obciążać operowanej ręki. Jak zaczęłam to kontrolować, to od razu poczułam poprawę w jeździe.

fot. Jacek Hanusz/ Motocykl

Hamowanie awaryjne odbywało się przy różnych prędkościach i w różnych konfiguracjach używanych dźwigni. Wszystko po to, by zobaczyć różnicę w drodze hamowania i robić to bardziej efektywnie (dziewczyny bez ABS ślizgiem zatrzymywały się też efektownie). Ja dowiedziałam się w jakiej pozycji ułożyć dłoń, żeby wyeliminować mimowolne dodawanie gazu przy nagłym hamowaniu, co mi się zdarza. Każdy mi mówił jedynie, że mam tak nie robić, a tu dostałam wskazówkę, jak to zrobić, żeby się nie powtarzało. I faktycznie, trick jest prosty i działa. Przy okazji przetestowałam motocykl po wymianie płynu hamulcowego, linki i klamek, co bardzo poprawiło szybkość zatrzymywania się.

Następie przenieśliśmy się na drugi tor, gdzie mogliśmy poćwiczyć złożenia na okręgach w obie strony. To było fajne, tylko o pozycji łokcia muszę pamiętać. Obok był tor do jazdy precyzyjnej, to w wolnych chwilach można go było przejechać – ćwiczenie szczególnie fajnie do nauki przeciwsiadu.

fot. Jacek Hanusz/ Motocykl i z archiwum własnego

Organizator zadbał o obiad, dzięki czemu zebrałyśmy siły na ostatni blok ćwiczeń i chyba najbardziej przyjemny, czyli jazdę po torze. Tor podzielono na 3 sekcje, by dokładnie je opanować. Mi osobiście najbardziej przypadła ciasna sekcja pierwsza, ale tu ile kobiet, tyle preferencji było. W tym ćwiczeniu nikt się nie ścigał oczywiście, chodziło o dobranie toru jazdy i odpowiednie złożenie motocykla oraz własną pozycję. Jeździł za nami instruktor i jak widział błędy to zapraszał na rozmowę o tym. Czasem prosił, żeby jechać za nim i tak pokazywał jak się tę partię powinno pokonać.

Na ostatniej partii zrobiliśmy świetne ćwiczenie prowadzenie jedną ręką. Najpierw zamarłam, bo nie wyobrażałam sobie, że da się to zrobić na jednym z tych ciasnych zakrętów. Jednak z każdym okrążeniem wyczucie zachowania motocykla miałam coraz większe i wszystko szło świetnie. Dopiero przy tym ćwiczeniu zrozumiałam, jak duży wpływ na sterowanie motocyklem ma dodawanie i odejmowanie gazu. Wiele się o tym mówi, jednak złapanie tego we własnych odczuciach jest o wiele bardziej cenne.

Na koniec mogłyśmy pojeździć swobodnie całą nitką toru. To nie jest obiekt wyścigowy, asfalt jest bardziej drogowy, więc wskazana była pewna doza zdrowego rozsądku. Nie zauważyłam jednak, żeby dziewczyny potrzebowały się „wyżyć” na torze, raczej świadomie wprowadzały w życie nabytą wiedzę. Sama, ani przez chwilę, nie zauważyłam najmniejszych oznak utraty przyczepności, więc śmiało mogę polecić szkolenia w tym ośrodku doskonalenia techniki jazdy. Po trzech okrążeniach już zjechałam, bo zmęczenia dało się odczuć. Na szczęście do Wrocławia wracałyśmy kolejnego dnia.

fot. Jacek Hanusz/ Motocykl i z archiwum własnego

Podsumowując – moje obawy były nieuzasadnione, ponieważ nawet na poziomie 1 można się czegoś nauczyć. Kręta nitka toru i zróżnicowana trudność zakrętów to świetna zabawa i nauka w jednym. Nasz instruktor Piotrek był oazą spokoju i źródłem cennych wskazówek, dlatego szkolenie przebiegło w świetnej atmosferze.

A na czym polega ta różnica, gdy szkolenie jest tylko kobiece? Głównie jest to większa swoboda. Kobiety we własnym gronie dzielą się doświadczeniem, nie wstydzą błędów, wzajemnie się motywują. Każda z nas ma tą pasję w sercu i to widać. Każda pracowała w pocie czoła nad poprawą własnych umiejętności i chętnie dzieliła się tym doświadczeniem. Z innymi kobietami na torze czułam się bezpieczniej, bo mniej było brawury i nieprzewidywalnych zachowań w ich jeździe w porównaniu do grup mieszanych. Z chęcią wzięłabym udział ponownie w tego typu szkoleniu i szczerze je polecam.

fot. Jacek Hanusz/ Motocykl i z archiwum własnego

A po czym widać, że szkolenie było wartościowe? Jak wsiadając na motocykl słyszymy z tyłu głowy „popraw pozycję, stopy do siebie”, a potem myślimy też nad tym, jak optymalnie pokonać dany zakręt. Gdy w czasie rzeczywistym jesteśmy świadomi swoich błędów i staramy się je wyeliminować. Skuteczne szkolenie powinno wzbudzić bardziej świadomą jazdę na co dzień i to się udało.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W telegraficznym skrócie…

Od wczoraj nadrabiam trochę wpisów na bloga, więc resztę historii, tych mniej „wybitnych”, opiszę już w jednym podsumowaniu. Mam nadzieję, że kolejne wpisy uda mi się już na bieżąco umieszczać.

Zmieniłam kask. Myślałam o tym od dłuższego czasu, bo mój stan mojego Sharka nie był zadowalający. Testowałam różne kaski, największe nadzieje miałam, co do HJC RPHA70, a największym rozczarowaniem był Bell SRT. Shoei GT-Air II uciskał mnie nieco w skroniach, a jego cena przekraczała mój budżet, ale wrażenie dobre zostawił.

Pewnego razu wpadł mi w oko AGV K-5 i okazało się, że sporo znajomych w nim jeździ i chwali. Opinie w necie też były dobre, a do tego jego cena była wyprzedażowa ok. 1200 zł. Myślałam o kolorze szaro-seledynowym, ale były już tylko pojedyncze sztuki i w moim rozmiarze był biały, więc przy tym kolorze zostałam.

Kask jest super lekki, ruszając głową w czasie jazdy ma się wrażenie zupełnie nieobciążonych kręgów szyjnych. Podoba mi się jego opływowa linia. Pole widzenia na boki i w dół na licznik jest szerokie, do góry gorzej (ale ja się na baku nie kładę 😀). To jeden z nielicznych (mierzonych przeze mnie w ostatnim czasie) kasków, który po założeniu mnie nie uciskał w żadnym punkcie głowy. Kask ma system poprawiający komfort wkładania okularów, ale mi jeszcze jakoś opornie wchodzą.

W szybie jest system do utrzymania szczeliny (często z tego korzystam, jak parują okulary), a także w zestawie mam takie kolorowe dzyndzelki, którymi można zmienić ilość przeskoków szyby. Teraz mam 5 skoków, a może być ich chyba 3 i 2 jeszcze. Nawiew wentylacji przedniej jest mocny, praktycznie jak w kasku crossowym, a ten górny jest lekko odczuwalny. W zestawie jest pinlock, kask ma 4 gwiazdki Sharp i zapięcie DD.

Nie byłabym sobą, jakbym się do czegoś nie przyczepiła 😂 Podbródek jest zbyt krótki do tak wysuniętej szczęki i dlatego podwiewa w środku. Latem to fajnie, ale jak będzie zimno to trzeba tą szczelinę zatkać jakimś kominem. Albo w jakiś sposób przedłużę zamontowany w nim podbródek.

No i to nie jest kask cichy, głośny mega też nie. Przy mniejszych prędkościach cisza, im szybciej, tym strumień powietrza słychać głośniej. Być może uszczelnienie tych podwiewów dołem nieco go wyciszy. Nie jest to na szczęście jakieś dudnienie. No i blenda mogłaby być ciemniejsza, ale położenia ma optymalne.

Chwilę później na promocji dojrzałam zestaw dwóch interkomów Interphone Edge za 899 zł. Zastanawialiśmy się nad jakimś połączeniem między nami przed sierpniowo-wrześniowym urlopem. Chińskie zestawy podobnej jakości kosztują ok. 500 zł, no ale bez żadnej gwarancji, a wydatek rzędu 1000 zł za 1 szt. to już zbyt dużo.

Teraz Emil jest w trasie, więc nie testowaliśmy w czasie jazdy naszego połączenia, ale ja jestem zadowolona bo radia sobie słucham, albo muzy ze Spotify, a do tego słyszę wskazówki z nawigacji. Bateria mi wystarcza na 2-3 krótkie wyjazdy. Na urlopie się okaże, jak będzie z całodniowym korzystaniem. P.S. do jazdy używam stoperów motocyklowych Alpine i one mają filtry, wyciszają tylko szumy, a dźwięki interkomu i te z ulicy słychać doskonale.

Byłam też na darmowym szkoleniu z elementami MotoGymkhany pod wrocławskim stadionem, organizowanym przez Wrocławskie Stowarzyszenie Motocyklistów. Pomysł super, jednak upał był tego dnia niemiłosierny +35 stopni w cieniu i zrezygnowałam po pierwszych dwóch ćwiczeniach. W skroniach mi tętniło, pot lał się od czubka głowy i motocykl pewnie też nie miał łatwo. Jednak wiem, że muszę wrócić do tego typu ćwiczeń, bo szło mi to koślawo.

No i na koniec przymiarka do zmiany motocykla! Co tu dużo mówić, nakręcam na moto spore przebiegi i jak chcę ER6-n jeszcze dobrze sprzedać, to właśnie teraz. Poza tym zatęskniłam za wysoką pozycją na motocyklu, wyprostowaną i za szeroką kierownicą, czyli takie enduro-turystyczne klimaty, jak miałam w poprzednim „Pomidorze”. W salonie dosiadłam MV Agusta Turismo Veloce, był za wysoki, ale pozycja świetna. Postanowiłam przymierzyć się do bliźniaka silnikowego mojego motocykla – Kawasaki KLE Versys 650. Tej ewolucji przedostatniej, bo nowa zbyt droga i już skośnooka, a starsze roczniki mają okropną lampę (patrz zielony na foto). Zapytałam na wrocławskiej grupie, czy ktoś taki posiada i umówiłam się z Adamem na obejrzenie motocykla z bliska.

Spodziewałam się zbyt dużej masy dla mnie, ale jestem mile zaskoczona, bo Versys jest lekki górą, świetnie wyważony. Szeroka i wysoka kierownica, wyprostowana pozycja i dosiegam ziemi pełną stopą. Chyba już wiem, jaki będzie mój kolejny motocykl 😍 . Mam nieodparte wrażenie, że ten model po prostu do mnie pasuje!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Międzynarodowy Zlot Pojazdów Zabytkowych w Oławie 2019 – galeria

23 czerwca postanowiliśmy wyskoczyć na chwilę do Oławy, gdzie był min. Międzynarodowy Zlot Pojazdów Zabytkowych i Charytatywny Rajd Koguta. Miejski festyn zdominowały piękne, samochodowe perełki i kilka motocykli. Było bardzo upalnie i tłumy, więc nie zabawiliśmy tam długo.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano | Dodaj komentarz

Środkowa Polska Zachodnia

cof_soft

Na kilka dni zostaliśmy nad jeziorem Głębokim. Poniedziałek nam upłynął na słodkim lenistwie, pojechaliśmy z motocyklistami do Międzyrzecza na lody, a stamtąd oni wrócili w kierunku Wrocławia, a my nad jezioro. Długo tak jednak „nic nie robić” nie umiem, więc już wieczorem szukałam pomysłów na wycieczki. I wiecie co? Strasznie się cieszę, że mieszkam na Dolnym Śląsku, bo on jest bogaty w atrakcyjne miejsca. W tej środkowej części kraju (i zachodniej, jak mnie czytelnik poprawił) niewiele znalazłam miejsc, które odwiedzić bym chciała. Stanęło na Łagowie (bo pięknie z góry wygląda) i Międzyrzeckim Rejonie umocnionym.

W Łagowie cicho, spokojnie, turystów w czerwcu zero. Mała mieścinka, ale ma swój klimat. Całą panoramę okolicy można podziwiać z okolicznej wieży. Pani sprzedająca lody poleciła nam jeszcze wejście na wiadukt kolejowy, ale akurat ta panorama nas nie porwała. Dłuższą chwilę na tych lodach spędziliśmy, bo właścicielka lodziarni ma synów motocyklistów, więc było sporo wspólnych tematów. Wrócimy do Łagowa jeszcze ze względu na trasy rowerowe przy jeziorze i te podziemne.

Międzyrzecki Rejon Umocniony jakoś specjalnie mnie nie pociągał, bo na Dolnym Śląsku zwiedziłam kilka takich obiektów. Jednak mile byłam zaskoczona, ponieważ to zupełnie inny typ wojennych bunkrów. Na zewnątrz mała kopułka, a wewnątrz podziemny świat wysokości 10 pięter! I nawet z trasą dla ciężarówek. Długie kilometry podziemnych tras, po których chodziliśmy ponad 2 godziny. Było tam chłodno (ale mieliśmy motocyklowe ciuchy) i ciemno (na szczęście na trasach były punkty ze światłem). Ponoć te trasy mogą prowadzić nawet do Berlina, ale są zalane i ciężko to sprawdzić. Niektóre fragmenty trasy są też chronione przed turystami ze względu na zimowanie nietoperzy.

Przeszliśmy dziesiątki schodów i nadreptaliśmy kilka kilometrów. Po wyjściu na zewnątrz i ten upał, zadzwoniliśmy po samochód transportowy, żeby nas dowiózł do bazy. A to nie był zwykły samochód! Wrażenia niezapomniane, bo jazda nim wcale nie była spokojna.

Kolejnego dnia postanowiliśmy wyskoczyć nad morze na rybkę, bo ze środkowej Polski to już „kawałeczek”. Pogoda była cudna, więc na plaży się godzinkę poopalaliśmy. Woda była lodowata, więc zanurzyłam się po… kostki hahaha. Rybka za to była wyśmienita, choć słono kosztowała (90 zł/2 os). Fajnie było choć na chwilę zobaczyć morze, oddychać nadmorskim powietrzem i poczuć nagrzany piasek.

Ostatni dzień pobytu zostawiliśmy sobie na leniuchowanie z leżakami nad jeziorem, jazdę rowerkiem wodnym i pakowanie się.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jaki to był ślub!

Ciąg dalszy…
I nadszedł dzień ślubu, oczywiście poprzedzony codziennym śledzeniem prognoz pogody. Chcieliśmy, żeby ślub był motocyklowy, więc ulewny deszcz mógłby wszystko zepsuć. A nawet nie mieliśmy żadnego planu B na złą pogodę, jedynie kombinezony przeciwdeszczowe w ostateczności. Na szczęście deszcze, które w tygodniu uprzykrzały życie, wraz z weekendem odeszły w niepamięć i zaczęły się te upały, co trwają do dnia dzisiejszego.

Wyjechaliśmy na spokojnie, żeby być przed czasem. Musieliśmy jeszcze odebrać pozwolenia na wjazd dwóch motocykli na rynek (niestety na więcej pojazdów nie przyznają) oraz wiedziałam, że po podróży będę chciała poprawić ślubny makijaż. Stres towarzyszył mi cały czas i choć starałam się zachować spokój, to nawet ręce mi się trzęsły. To przecież wyjątkowy dzień w życiu i ciągle człowiek myśli, jak to wszystko wyjdzie?

Okazało się, że wszystko szło zgodnie z planem, my dojechaliśmy dużo przed czasem, goście też dojechali, tylko nie było moich rodziców. Brat zadzwonił z trasy, że złapali kapcia i będą na styk albo spóźnieni. Rozpoczęliśmy procedury ślubne, ale udało się wyprosić 15 minutowe opóźnienie samej ceremonii. Już po 10 minutach moja rodzina była w komplecie i mogliśmy rozpoczynać.

Całe szczęście, że na ślubach mówi się zdania powoli i po kawałku, bo Wam powiem, że z tego stresu to nie pamiętam, co mówiłam, ale się nie pomyliłam hahahah. Pani Beata – Zastępca Kierownika USC bardzo ładnie przeprowadziła całą ceremonię ślubu, aż na koniec nie mogłam powstrzymać kilku łez (uff makijaż to wytrzymał). Sala Ślubów w Bolesławcu ma piękne sklepienia, a obok na tle historycznych portretów mogliśmy jeszcze zrobić zdjęcia pamiątkowe.

Na zewnątrz czekali na nas motocyklowi przyjaciele z podniesionymi w górę kaskami i kilo ryżu na szczęście 😉 . Potem wsiedliśmy na motocykle, żeby objechać ratusz, ponieważ z drugiej strony rynku, w restauracji, zamówiliśmy dla wszystkich uroczysty obiad. Było bardzo gorąco, jechaliśmy 10km/h i okazja wyjątkowa, więc wybaczcie brak pełnego ubioru motocyklowego haha. Nie ominęło nas też zbieranie pieniążków na nową drogę życia i to w rękawiczkach motocyklowych!

Po obiedzie i deserze połowa gości odjechała do domów, a na gości motocyklowych czekała jeszcze 200-kilometrowa wycieczka z nami nad jezioro Głębokie. Tam, w domku nad jeziorem, odbyła się druga część „wesela” i razem z oczepinami, choć niewiele z tego pamiętamy 🙂 . O 5 rano jeden z gości wyskoczył na kąpiel w jeziorze, a że potem nie miał z kim gadać, to poszedł znowu spać.

A w ramach poprawin wyskoczyliśmy na lody do Międzyrzecza i stamtąd nasi goście ruszyli w stronę Wrocławia. My zostaliśmy jeszcze kilka dni nad jeziorem. Oczywiście nie było to plażowanie, tylko szukanie pretekstu do motocyklowych wycieczek, ale o tym w kolejnych wpisach.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Otagowano , | Dodaj komentarz

Przygotowania ślubne

Tak, tak, tytuł dotyczy moich własnych przygotowań ślubnych. W sumie to jest już po „weselu”, bo wszystko miało miejsce 1 czerwca, ale od początku…

Z moim obecnym mężem poznaliśmy się 4 lata temu i w sumie była to dość romantyczna historia, prawie jak w Kopciuszku hahahah. Emil przejeżdżał kiedyś przez Kotlinę Kłodzką i spotkał na trasie, a potem stacji CPN, motocyklistkę: blondynkę, w okularach na czerwonym motocyklu. Potem żałował, że nie ma na nią żadnych namiarów, ale koleżanka mu podpowiedziała, że jest podobna dziewczyna z kotliny, co pisze bloga. Więc chwilę potem dostałam prywatną wiadomość, czy oby to nie ja się z nim, tego dnia, widziałam.

To jednak nie byłam ja, ale jak już napisał, to spytałam, czy nie pojedzie z nami na wycieczkę Autostradą Sudecką. Przyjechał, poznaliśmy się i po jakimś czasie, już bardziej prywatnie, razem jeździliśmy. Najlepsze jest to, że ja znalazłam i mu wysłałam profil tamtej dziewczyny, tyle, że ona już wtedy go nie interesowała 🙂 .

Przez te 4 lata przeżyliśmy i zjeździliśmy wiele (choć sporo też jeżdżę sama, ponieważ Emil jest kierowcą zawodowym i często jest akurat w trasie), więc pewnego dnia porozmawialiśmy o ślubie. Na szczęście nasze wizje tego dnia nie rozmijały się ze sobą. Emil nie miał nic przeciwko temu, żeby pojechać na motocyklach na ślub cywilny, na świadków wziąć motocyklistów, a obrączki zamówić z bieżnikiem opony motocyklowej. Może ja kiedyś myślałam o ślubie z prawdziwego zdarzenia, jednak motocykle tak namieszały w moim życiu, że taki ślub już kompletnie mi nie pasuje.

Z czasem jednak liczba gości zaczęła rosnąć, bo nie wypada nie zaprosić rodziców, a jak rodziców to i rodzeństwo. Zebrała się też sprawdzona ekipa motocyklowa i wyszło razem 18 osób. W sumie to była świetna decyzja, bo „wesele” na 4 osoby byłoby nieco przygaszone. Zamówiliśmy obiad z deserem w restauracji, a ekipa motocyklowa miała jeszcze zagwarantowany domek nad jeziorem na imprezę i nocleg.

Schody się zaczęły, gdy przyszło do zamawiania obrączek. Jeszcze pod koniec 2018 roku znalazłam wykonawcę, który miał się tym zająć, wróciliśmy do tematu w marcu i wszystko miało być ogarnięte. Niestety to, co dostaliśmy jako próbę (zdjęcie obok) kompletnie rozmijało się z naszą wizją. Z kolejnych terminów wykonawca się nie wywiązywał, więc miesiąc przed datą ślubu postanowiłam „na gwałtu, rety” szukać kogoś innego. Nie było to łatwe bo 3 firmy ze względu na krótki czas wykonania mi odmówiły.

Napisałam wiadomość do inneobraczki.pl z zapytaniem, czy są w stanie nam pomóc i zaraz otrzymałam odpowiedź twierdzącą. Wybór materiału, rozmiaru i akceptacja wzoru – wszystko trwało tydzień i wysyłka była w drodze. Byliśmy pod wielkim wrażeniem! Nasze obrączki z tantalu (najciemniejszy materiał) są inspirowane oponami motocyklowymi Pirelli Angel GT.

Na miejsce śluby wybraliśmy Bolesławiec, bo to miasteczko mnie zachwyciło podczas jednej z wycieczek. Ma piękny rynek i Salę Ślubów. Przesympatyczna była też p. Beata z tamtejszego urzędu, która też nasz ślub miała poprowadzić. Co do strojów ślubnych – to uprzedziliśmy, że będą motocyklowe. Mój jasny, a Emila czarny. Do tego Emil miał mieć koszulkę z „namalowanym” garniturem, a ja białą bluzkę z koronką (która przyszła mi w piątek przed ślubem hahhaha). Wszystko na luzie, bez spiny, o czym uprzedziliśmy też gości, żeby z wieczorowymi strojami nie wyskoczyli.

Przyszły też tabliczki ślubne na tablice rejestracyjne motocykli. I miałam 2 welony, jeden doczepiony do kasku a drugi z wianuszkiem na ceremonię.

Jak to wszystko się udało? O tym to będzie w kolejnym wpisie….

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

300 zatáček Gustava Havla – Horice 2019

Uwielbiam czeskie wyścigi miejskie i staram się na nie jeździć, jeśli tylko mam możliwość i są blisko polskiej granicy. W ubiegły weekend odbył się kultowy wyścig w mieście Horice, gdzie też startowało 2 polskich zawodników, a obleganie trasy przez polskich kibiców było przeolbrzymie. No u nas nie mamy takich atrakcji!

Miałam na wyścig jechać w sobotę, ale wymagało to wczesnej pobudki, a po piątkowym, ciężkim wieczorze w pracy stwierdziłam, że na bank nie wstanę! Postanowiłam wyskoczyć do rodziców w Kotlinie Kłodzkiej, a stamtąd miałam już blisko na wyścig. Nie chciało mi się jechać samej, to dałam posta i zgłosił się jeden kolega. Potem się okazało, że jednak dwóch i to na motocyklach 1200 pojemności.

Ruch na 8-mce był spory, więc to wiązało się z ciągłym wyprzedzaniem. To, co chłopakom w tej pojemności szło w moment, ode mnie wymagało dużego skupienia i zwarcia. Umordowałam się strasznie, bo nie lubię tak jeździć – szybko i wciąż wyprzedzając. Ale nie jest tak, że ja samochodów nie wyprzedzam, tylko czasem nie widzę takiego sensu i jadę sobie za nimi, jak poruszają się żwawo. Dojechałam psychicznie zmęczona i fizycznie spięta, jakbym to ja startowała w jakimś wyścigu.

Dotarliśmy jak jeździły już litrowe pojemności, a pomiędzy przejazdami przemieszczaliśmy się wzdłuż trasy. Takie wyścigi, to może nie są takie, jak na wyspie Man, jednak mają swój urok, wcale niemałe prędkości i trzeba mieć jaja, żeby w takiej rywalizacji, po mieście i przez las, wystartować. Ciężko mi było robić zdjęcia w ich tempie jazdy, ale coś tam mam:


Przez chwile nad trasą i w drodze powrotnej towarzyszyły nam deszczowe chmury, jednak do domu udało mi się wrócić na sucho. Jechałam już sama, bo w innym kierunku, niż koledzy. Może i dobrze, bo w swoim tempie i mniejszymi drogami z cudną panoramą. Lubię te trasy w okolicach Kamiennej Góry i zawsze żałuję, że jestem tam tylko przelotem, więc trzeba będzie zrobić sobie wycieczkę po tamtym rejonie.