Mija tydzień, a tu wpisu nie ma?

No tak jakoś wyszło… chyba bardziej dlatego, że weekend był deszczowy. Nie działo się wiele… hmm… byliśmy na 3-ciej części Bridget Jones w kinie i powiem Wam, że sympatycznie się oglądało matkę Bridget w „wieku geriatrycznym”. Zwykle kolejne części filmów pogrążają/zabijają coraz bardziej wątek główny, a ten film mimo kilku odsłon, pozostaje na tym samym, fajnym, komediowym poziomie. Potem musiałam wrócić z Kotliny Kłodzkiej do Wrocławia i nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie to, że świadomie musiałam to zrobić w deszczu!

received_561840917338119Zanurkowałam w swoim kufrze, gdzie wożę rzeczy na czarną godzinę i znalazłam: osłony butów na deszcz (polecam, bo takie z podeszwą i zapinane jak kozaczki), rękawice gospodarskie w kolorze wrzosowym (idealnie wchodzą na rękawice motocyklowe) oraz spodnie przeciwdeszczowe, którym jednak nie ufam i spryskałam je dodatkowo impregnatem w sprayu. Kurtka Buse jest nowa i ponoć ma przeciwdeszczową membranę – to postanowiłam ją na żywca przetestować!

Deszcz napadł mnie na starcie, potem po środku było suchutko i na koniec 90-kilometrowej trasy zaatakował znów we Wrocławiu, i to ze zdwojoną siłą! Miałam problem ze zmianą pasa nawet, bo w lusterkach i przez zalaną szybkę kasku niewiele widziałam… Ciuchy też się poddały przy tej ulewie – spodnie przemokły od spodu, jakby od wody spod tylnego koła, a rękawy kurtki już po całości. Podstawą przy takiej aurze jest pinlock w kasku, dzięki któremu nie musiałam walczyć z parowaniem szybki.

Za mną w samochodzie jechał Emil i tak mu mnie było szkoda, że na spóźniony prezent urodzinowy dostałam kombinezon na deszcz. Jak pamiętacie – to już drugi w mojej karierze, ale ten mierzyłam w sklepie stacjonarnym, więc rozmiar tym razem mam dobrany. Teraz już mi deszcz nie straszny, choć jak zobaczyłam roboty jest z włożeniem tego „kondoma” na ciuchy motocyklowe, to z pewnością ubierać go będę tylko w ostateczności! 😀

W tygodniu, popołudniu pojechaliśmy z Emilem zobaczyć Zamek na wodzie w Wojnowicach. Chcąc ominąć zapchany korkami Wrocław, postanowiliśmy pojechać przez Dolinę Baryczy. Trasa niby na 38 minut wg google, a zajęła nam chyba z 1,5 godziny! Mnóstwo wybojów, a raz nawet taki remont, że asfaltu nie było na 3 kilometrach trasy. Dotarliśmy na miejsce tuż przed zmrokiem (co teraz oznacza godzinę 19), restauracja była zamknięta, więc tylko obejrzeliśmy z grubsza zameczek, co w zielonej wodzie stoi i pojechaliśmy na gorącą czekoladę na stację paliw.

Nie czuję się jeszcze, tak mega komfortowo na Dziabągu, o ile jazda nim nie sprawia mi trudności, tak zakręty i składanie się w nich – jeszcze traktuję z dużą dozą marginesu. Jeżdżę nim codziennie do pracy (pogoda póki co pozwala i chwała jej za to), ale nie zbudowaliśmy między sobą totalnego zaufania, że JA i ON to jedność. Za krótko się znamy… Ze mną trzeba pochodzić 🙂 , tfu pojeździć haha.

20160917_120302Ale udało mi się w Dziabągu podnieść kierownicę (wybrałam kolor czarny tego podwyższenia), co zdecydowanie podniosło komfort mojej operowanej ręce i już nie boli mnie tak intensywnie po jeżdżeniu. Przedłużyłam też przedni błotnik, tym niemarkowym zamiennikiem za pół ceny, który okazał się wyglądać zupełnie jak ten droższy. Myślę, że to już koniec dostosowywania tego motocykla, teraz już powinniśmy się zgrać bardziej!

Facebook Comments
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dziabąg, Wycieczki małe i duże. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz