Przygotowania ślubne

Tak, tak, tytuł dotyczy moich własnych przygotowań ślubnych. W sumie to jest już po „weselu”, bo wszystko miało miejsce 1 czerwca, ale od początku…

Z moim obecnym mężem poznaliśmy się 4 lata temu i w sumie była to dość romantyczna historia, prawie jak w Kopciuszku hahahah. Emil przejeżdżał kiedyś przez Kotlinę Kłodzką i spotkał na trasie, a potem stacji CPN, motocyklistkę: blondynkę, w okularach na czerwonym motocyklu. Potem żałował, że nie ma na nią żadnych namiarów, ale koleżanka mu podpowiedziała, że jest podobna dziewczyna z kotliny, co pisze bloga. Więc chwilę potem dostałam prywatną wiadomość, czy oby to nie ja się z nim, tego dnia, widziałam.

To jednak nie byłam ja, ale jak już napisał, to spytałam, czy nie pojedzie z nami na wycieczkę Autostradą Sudecką. Przyjechał, poznaliśmy się i po jakimś czasie, już bardziej prywatnie, razem jeździliśmy. Najlepsze jest to, że ja znalazłam i mu wysłałam profil tamtej dziewczyny, tyle, że ona już wtedy go nie interesowała 🙂 .

Przez te 4 lata przeżyliśmy i zjeździliśmy wiele (choć sporo też jeżdżę sama, ponieważ Emil jest kierowcą zawodowym i często jest akurat w trasie), więc pewnego dnia porozmawialiśmy o ślubie. Na szczęście nasze wizje tego dnia nie rozmijały się ze sobą. Emil nie miał nic przeciwko temu, żeby pojechać na motocyklach na ślub cywilny, na świadków wziąć motocyklistów, a obrączki zamówić z bieżnikiem opony motocyklowej. Może ja kiedyś myślałam o ślubie z prawdziwego zdarzenia, jednak motocykle tak namieszały w moim życiu, że taki ślub już kompletnie mi nie pasuje.

Z czasem jednak liczba gości zaczęła rosnąć, bo nie wypada nie zaprosić rodziców, a jak rodziców to i rodzeństwo. Zebrała się też sprawdzona ekipa motocyklowa i wyszło razem 18 osób. W sumie to była świetna decyzja, bo „wesele” na 4 osoby byłoby nieco przygaszone. Zamówiliśmy obiad z deserem w restauracji, a ekipa motocyklowa miała jeszcze zagwarantowany domek nad jeziorem na imprezę i nocleg.

Schody się zaczęły, gdy przyszło do zamawiania obrączek. Jeszcze pod koniec 2018 roku znalazłam wykonawcę, który miał się tym zająć, wróciliśmy do tematu w marcu i wszystko miało być ogarnięte. Niestety to, co dostaliśmy jako próbę (zdjęcie obok) kompletnie rozmijało się z naszą wizją. Z kolejnych terminów wykonawca się nie wywiązywał, więc miesiąc przed datą ślubu postanowiłam „na gwałtu, rety” szukać kogoś innego. Nie było to łatwe bo 3 firmy ze względu na krótki czas wykonania mi odmówiły.

Napisałam wiadomość do inneobraczki.pl z zapytaniem, czy są w stanie nam pomóc i zaraz otrzymałam odpowiedź twierdzącą. Wybór materiału, rozmiaru i akceptacja wzoru – wszystko trwało tydzień i wysyłka była w drodze. Byliśmy pod wielkim wrażeniem! Nasze obrączki z tantalu (najciemniejszy materiał) są inspirowane oponami motocyklowymi Pirelli Angel GT.

Na miejsce śluby wybraliśmy Bolesławiec, bo to miasteczko mnie zachwyciło podczas jednej z wycieczek. Ma piękny rynek i Salę Ślubów. Przesympatyczna była też p. Beata z tamtejszego urzędu, która też nasz ślub miała poprowadzić. Co do strojów ślubnych – to uprzedziliśmy, że będą motocyklowe. Mój jasny, a Emila czarny. Do tego Emil miał mieć koszulkę z „namalowanym” garniturem, a ja białą bluzkę z koronką (która przyszła mi w piątek przed ślubem hahhaha). Wszystko na luzie, bez spiny, o czym uprzedziliśmy też gości, żeby z wieczorowymi strojami nie wyskoczyli.

Przyszły też tabliczki ślubne na tablice rejestracyjne motocykli. I miałam 2 welony, jeden doczepiony do kasku a drugi z wianuszkiem na ceremonię.

Jak to wszystko się udało? O tym to będzie w kolejnym wpisie….

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

300 zatáček Gustava Havla – Horice 2019

Uwielbiam czeskie wyścigi miejskie i staram się na nie jeździć, jeśli tylko mam możliwość i są blisko polskiej granicy. W ubiegły weekend odbył się kultowy wyścig w mieście Horice, gdzie też startowało 2 polskich zawodników, a obleganie trasy przez polskich kibiców było przeolbrzymie. No u nas nie mamy takich atrakcji!

Miałam na wyścig jechać w sobotę, ale wymagało to wczesnej pobudki, a po piątkowym, ciężkim wieczorze w pracy stwierdziłam, że na bank nie wstanę! Postanowiłam wyskoczyć do rodziców w Kotlinie Kłodzkiej, a stamtąd miałam już blisko na wyścig. Nie chciało mi się jechać samej, to dałam posta i zgłosił się jeden kolega. Potem się okazało, że jednak dwóch i to na motocyklach 1200 pojemności.

Ruch na 8-mce był spory, więc to wiązało się z ciągłym wyprzedzaniem. To, co chłopakom w tej pojemności szło w moment, ode mnie wymagało dużego skupienia i zwarcia. Umordowałam się strasznie, bo nie lubię tak jeździć – szybko i wciąż wyprzedzając. Ale nie jest tak, że ja samochodów nie wyprzedzam, tylko czasem nie widzę takiego sensu i jadę sobie za nimi, jak poruszają się żwawo. Dojechałam psychicznie zmęczona i fizycznie spięta, jakbym to ja startowała w jakimś wyścigu.

Dotarliśmy jak jeździły już litrowe pojemności, a pomiędzy przejazdami przemieszczaliśmy się wzdłuż trasy. Takie wyścigi, to może nie są takie, jak na wyspie Man, jednak mają swój urok, wcale niemałe prędkości i trzeba mieć jaja, żeby w takiej rywalizacji, po mieście i przez las, wystartować. Ciężko mi było robić zdjęcia w ich tempie jazdy, ale coś tam mam:


Przez chwile nad trasą i w drodze powrotnej towarzyszyły nam deszczowe chmury, jednak do domu udało mi się wrócić na sucho. Jechałam już sama, bo w innym kierunku, niż koledzy. Może i dobrze, bo w swoim tempie i mniejszymi drogami z cudną panoramą. Lubię te trasy w okolicach Kamiennej Góry i zawsze żałuję, że jestem tam tylko przelotem, więc trzeba będzie zrobić sobie wycieczkę po tamtym rejonie.

Na trasie, a potem drugi raz na Orlenie spotkałam ekipę z mojego miasta. A podczas wyścigu podeszła do mnie Agnieszka ze Świdnicy, która mnie rozpoznała! Okazało się, że czytała mojego bloga i było to dla niej duże wsparcie w trakcie zdobywania motocyklowych uprawnień. Tydzień wcześniej poznałam też Renatę, która miała podobnie. Bardzo mnie to cieszy! Bo ja tak sobie tu piszę, bo lubię, a okazuje się, że ktoś to czyta, a nawet się moimi wpisami motywuje do walki o motocyklowe marzenia. Dziękuję i tak trzymać dziewczyny!!!

A jeszcze wspomnę, że po raz pierwszy jechał ze mną czarny kot na szczęście. Kot ma na imię Bonifacy (taki głos rozsądku na motocyklu) i zastąpił kontuzjowaną żabkę Franię. Jakie wrażenie zrobiła na nim pierwsza jazda to widać na zdjęciach hahaha, a jeszcze jak zobaczył te moje rozklejone w trasie buty (świeżo po wymianie podeszw u szewca), to już całkiem się zdziwił 😉 .

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Międzynarodowy Dzień Motocyklistki….tydzień później

Zawsze w pierwszą sobotę maja jest obchodzony Międzynarodowy Dzień Motocyklistki. U nas w tym roku ta data była nieco niefortunna, ponieważ zlała się z długim weekendem i zalała strumieniami deszczu i zimna. Ale ucieszyłam się, że wrocławska fundacja Moto Dolls zapowiedziała babską wycieczkę motocyklową na 11 maja.

Na zbiórce pod sklepem 4Slidery zebrało się 10 motocykli, a w tym jeden męski rodzynek. W tym roku motocyklowe księżniczki wyjechały do Pałacu Ziemiełowice. Trasa trwała ok. godziny czasu i trafiły się też niespodziewane atrakcje w postaci kilku-kilometrowej drogi szutrowej 🙂 w ramach skrótu.

Pałac Ziemiełowice to budynek z ogrodem, który należy do prywatnych właścicieli od 2006 roku i na co dzień jest zamknięty. Z właścicielem można się kontaktować przez facebook’owy profil i tak udało się dziewczynom poprosić Pana o oprowadzenie nas po pałacu.

Pałac był majątkiem ziemskim i pod opieką różnych właścicieli był zmieniany i rozbudowywany. Dlatego też w jego architekturze przeplatają się różne style. Mimo swej wielkości, najdłużej obiekt zamieszkiwała tylko 3-osobowa rodzina.

Obecni właściciele włożyli wiele zasobów finansowych i czasu, by przywrócić i zrekonstruować obraz pałacu sprzed lat. W międzyczasie był rozgrabiony, podniszczyła go też woda i ogień. Parter jest już odnowiony i częściowo umeblowany, a na piętrze nadal trwają prace remontowe. Pałac zrobił na nas wrażenie, właściciel również, bo zależy mu na zachowaniu pałacu dla przyszłych pokoleń.

Po zwiedzaniu udaliśmy się na szybki obiad, wyszło tak, że na Orlenie haha, a potem pojechaliśmy na kawę do fajnej restauracji przy stadninie konnej. Wracaliśmy już bardziej głównymi trasami, by zwieńczyć nasze święto grillem przy sklepie 4Slidery.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano | Dodaj komentarz

Wrak-Race w Skokowej

Nie miałam pomysłu na wycieczkę 3 maja, ale facebook mi przypomniał, że mam na ten dzień wydarzenie. Całkiem niedaleko rozgrywać się miały zawody wrak-race. To takie wyścigi, że jeździ się tam starymi, wyrejestrowanymi gratami po szutrowym torze. W takim wyścigu jedzie na raz 5-6 samochodów i wszelkie przepychanki są dozwolone. Pojedynczy wyścig trwa 8 minut, a wygrywa ten zawodnik, co wraka dowiezie do mety z największą liczbą okrążeń w tym czasie.

Powiem Wam, że widowisko jest świetne. Akcja rozgrywa się dynamicznie, ostatni bywają pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. Dachowania są i awarie, fruwają zderzaki i inne elementy zawieszenia. Liczy się przede wszystkim dobra zabawa, ale jest i zaciekła walka. Dawno nie widziałam na zawodach samochodowych takiej walki (no może kiedyś jak mieliśmy Mistrzostwa Europy w Rallycrossie).

Sport jest amatorski, nie wymaga żadnych licencji, sprzęt jest stosunkowo tani (w porównaniu do rajdówek czy wyścigówek), a widowisko i emocje – pierwsza klasa! Jeżeli macie gdzieś okazję zobaczyć takie zawody, to szczerze polecam!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano | Dodaj komentarz

Pałacowo-wiatrakowy szlak

Na początku majówki postanowiłam odwiedzić pałac myśliwski książąt Radziwiłłów w Antoninie. Inni motocykliści tam byli i zdjęcia z tego miejsca mi się spodobały, bo wyglądał na bardzo dobrze zachowany. Wrzuciłam info na stronę i do wycieczki dołączyli Tomek i Sylwek. Tomek został tradycyjnie przewodnikiem, bo zna fajne drogi i dróżki przez Dolinę Baryczy. Ja to raczej zawsze jadę do danego miejsca, a jak się po drodze fajna droga napatoczy, to jeszcze lepiej.

Na trasie mieliśmy pałacyk w Mojej Woli, gdzie już byłam, ale zawsze miło tam wrócić. Ma ten swój niepowtarzalny klimat i mam nadzieję, że nie będzie skazany na zapomnienie i zniszczenie.

Pałac w Antoninie jest bardzo zadbany i ma piękny park (a nawet plażę niedaleko). To obiekt cały czas wykorzystywany, więc goście hotelu/kawiarni muszą liczyć się z ciągłym przepływem zwyczajnych oglądaczy, takich jak my. Wielka kolumna z myśliwskimi trofeami w centrum głównej sali robi wielkie wrażenie. Choć wolałabym nie wyobrażać sobie, jak powstała… Zdecydowanie wolę żywe zwierzęta z błyszczącymi oczami w ich naturalnym środowisku.

Mieliśmy tam zostać na kawę, ale trudno było o wolny stolik. Postanowiliśmy pojechać dalej na rybkę „U Bartka”, gdzie zwykle zatrzymują się motocykliści, bo jest pysznie. Potem pojechaliśmy naszą ulubioną dróżką między jeziorami, a jak się na chwilę zatrzymaliśmy to podjechał do nas jakiś strażnik tych terenów z informacją, że tu nie wolno wjeżdżać, bo rada gminy tą drogę uznała za pieszo–rowerową. Tyle, że znak drogowy przed nią pozwala na wjazd motocykli. Po dyskusji z nami, pan stwierdził, że znak trzeba zmienić… Pojechaliśmy, żeby nie robić już afery.

Mijaliśmy jeden wiatrak, a po drodze był jeszcze kolejny w Duchowie. Szczęśliwym trafem trafiliśmy na końcówkę godzin, kiedy wiatrak jest otwarty dla zwiedzających. Sympatyczne panie opowiedziały nam, co i jak się tam wytwarzało, jak to wszystko działało oraz ile rzeczy musiało zostać wyremontowanych. Obok jest też wyrzeźbiony przez stowarzyszenie konik oraz mała izba młynarza, z zachowanymi rzeczami z tamtych lat.

Wycieczka nieco się przedłużyła, a jak przyszło wracać do domu, to jeszcze dopadła nas ulewa. Zatrzymaliśmy się na chwilę w lesie pod drzewami, bo koledzy nie mieli nic przeciwdeszczowego. Ja w kurtce miałam membranę, a na spodnie naciągnęłam jeszcze drugie, gumowe. Na szczęście ulewa była chwilowa i dało się na sucho do domu dotrzeć.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Dodaj komentarz

(Prawie) rajdowa niedziela

Z sentymentu do dawnych, rajdowych czasów postanowiłam tradycyjnie wybrać się na Rajd Świdnicki. Nieco było zimno, ale sucho na szczęście. Podjechałam sobie na odcinek przy Zagórzu Śl., bo jakoś tak sobie wyobrażałam, że piękne zdjęcia przy jeziorze będą. Logistycznie było to jednak trudne do osiągnięcia, szczególnie, jak się przyjechało na ostatnią chwilę.

Pod odcinkiem był straszny kocioł, bo kierowcy zamiast stawać na końcu linii z zaparkowanych samochodów, pchali się do przodu, co skutkowało zatorami w ruchu. Mijające się dwa auta + po jednym zaparkowanym na każdej stronie pobocza = zbyt wiele… Trochę sobie między tymi „jeleniami” polawirowałam i podjechałam pod taśmy. Tam też w sumie nie było miejsca, więc zatrzymałam się za innym motocyklistą i starałam się mieć na oku motocykl, gdyby ktoś chciał wyjechać z pobocza.

cof_soft

Pierwsze załogi to oczywiście był ogień, a potem to już się nieco nudziłam. Wychowałam się w erze rajdówek WRC i to mi do tego stopnia zryło psychikę, że teraźniejsze rajdy niewielkie robią na mnie wrażenie. Postanowiłam jednak poczekać do aut historycznych, ze względu na ich unikalność (a nie osiągane prędkości). W międzyczasie pogadałam sobie z Bartkiem – tym stojącym obok motocyklistą. On też na rajdach się wychował i z sentymentu sobie na odcinek podjechał. Dał mi też wskazówki, gdzie mogę się przemieścić na kolejny rajdowy przejazd.

Tylko, że gdy pojechałam z rajdu, na fajne kręte drogi, to mi się odechciało. Serio! Świat jest wiosną piękny, a jak dołączy się do tego ładny, kręty asfalt – to już żaden rajd do szczęścia mi nie był potrzebny… Choć zaliczyłam i małe nieszczęście, ale takie malusieńkie.

Jechałam świetną drogą na szczyt, a jak wjechałam i droga zaczęła opadać, to ujrzałam piękną panoramę. Postanowiłam się zatrzymać i akurat był taki mały kwadracik asfaltu na poboczu. Postawiłam motocykl, zeszłam z niego, zaczęłam ściągać rękawice, a on… leci!!! Był na luzie, placyk nieco z górki i minimalnie się do przodu przesunął. To zaskutkowało złożeniem się stopki i motocykl zaczął swój upadek. Próbowałam go jeszcze ratować, ale lecący motocykl, w pewnym momencie, to chyba z pół tony waży, więc już tylko się odsunęłam.

Próbowałam go podnieść, tak jak to mądrze pokazują w filmach instruktażowych, ale nie dałam rady, bo asfalt opadał w kierunku środka drogi, więc trzeba było go podnieść pod górkę. Na szczęście nadjechał samochód z dwoma panami na pokładzie, którzy szybką akcją podnieśli mi motocykl i odjechali. Nadjechał też motocyklista, co mnie chciał ratować, bo był pewny, że wyleciałam z zakrętu. Ale to na szczęście tylko głupia parkingówka. Mam składane klamki, więc właśnie po raz pierwszy się zwróciły, bo jedynie zarysowały. Połamała się tylko osłona dłoni.

Podjechałam sobie jeszcze nad jeziorka, a potem fajną drogą w stronę Wałbrzycha, żeby odbić na Świdnicę, omijając zamknięte na czas rajdu drogi.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Testuję kaski HJC, Bell, Shoei

Polecam Wam testowanie kasków przed zakupem, bo tak powinno być. Czasy kupowania „kota w worku” trzeba wreszcie skończyć! Motocykle też kupujecie w ciemno? Moim zdaniem, jedynie 50% cech i dopasowania kasku jesteście w stanie określić po przymiarce w sklepie. A to nie jest przecież produkt do chodzenia w nim po domu 😀 . Cieszę się, że są sklepy, które to rozumieją i oferują jazdy testowe.

Dzięki uprzejmości 4ride.pl miałam okazję przejechać się w kasku HJC RPHA70. Wybrałam ten model głównie dlatego, że podoba mi się jego mała i zgrabna skorupa oraz duża szyba. Chciałam się przekonać, jaki jest w praktyce.

Patrząc na ten kask miałam wrażenie, że moja głowa tam się wcale nie zmieści 😀 , ale spokojnie, udało się. I nawet okulary fajnie się wpasowały. Kask leży „miękko”, nic nie gniecie, nie uwiera. Jedynie na wysokości kości policzkowych (poniżej oczu) czułam lekkie napieranie, które pewnie zniknie, gdy kask się lekko rozbije.

Pierwsze wrażenie po ruszeniu to… WOW WOW WOW! Ta lekkość! Kompletnie nie ciąży na głowie, jakby go tam wcale nie było. Pole widzenia doskonałe na boki i w dół, nieco może do góry za mało. Był zimny dzień, ale nawet przy zamkniętych wlotach okulary mi nie parowały (choć miałam śmieszny odruch podnoszenia ręki, żeby uchylić szybę przy każdym zatrzymywaniu się, wyniesiony z mojego Sharka 😀 ).

Trudno mi ocenić jego wyciszenie, ponieważ w dniu testów pogoda była „sztormowa” i żaden kask nie jest w stanie wyciszyć takich uderzeń wiatru w trasie. Mogę powiedzieć, że w mieście było komfortowo, bo nie czułam potrzeby ubierania stoperów do uszu. Słońce też nie świeciło, więc nie ocenię koloru blendy, jedynie to, że nie koliduje z okularami, ani nosem i spada wystarczająco nisko.

Podoba mi się stopniowanie otwarcia szyby, jednak dość topornie to działało – pewnej siły trzeba było użyć, żeby przeskoczyć pierwszy stopień (być może wyrobi się to w czasie użytkowania). Na plus oceniam szczelność kasku, bo było jakieś 7 stopni, a nigdzie nie czułam strużek zimnego powietrza, jedynie na czole lekki chłód. Po otwarciu wentylacji zimne powietrze wpadało dość odczuwalnie, więc ona spełnia swoje zadanie.

Ogólne wrażenia z przejażdżki mam bardzo dobre. To mógłby być mój kolejny kask.

Dzięki moto-point.com.pl miałam okazję przejechać się w kasku Bell SRT. Po przymiarce pasował idealnie, beż żadnych ucisków. Szyba w nim jest bardzo duża, przestrzenna, a do tego miałam wersje samo-ściemniającą się i faktycznie po wyjściu na słońce – momentalnie zmieniła się na ciemną. A jej otwieranie działa płynnie i lekko.

W czasie jazdy okazało się, że ten model jest bardzo przewiewny, generalnie zmarzłam w nim przy tych 10 stopniach na zewnątrz. Wloty wentylacji oczywiście miałam zamknięte, a ich otwarcie generowało dodatkowy hałas. Jako, że ja jeżdżę dużo jesienią i wczesną wiosną – to odpuściłam sobie ten model.

I ponownie dzięki moto-point.com.pl miałam okazję przejechać się w kasku Shoei GT-Air II. Wizualnie kask mi się spodobał, choć preferuje kaski białe, ale to malowanie z pewnością wyróżnia się z tłumu. Wykończenie wnętrza kasku robi wrażenie i jest przyjemne w dotyku. Rozmiar M był dopasowany z tendencją do lekkiego ucisku na wysokości skroni.

Kask jest bardzo szczelny, nigdzie nie czułam podwiewania, do tego stopnia, że szyba nieco parowała przy otwartej dolnej wentylacji. Na szczęście jest tu możliwość dołożenia pinlocka. Mi pomagało lekkie rozszczelnienie szybki, które jest na tyle delikatne, że szyba odparowuje, a wewnątrz nie czuje się chłodu. To mi się spodobało. Otwarcie górnej wentylacji powodowało duże odczucie wychładzania. Wczesna wiosna to jeszcze za wcześnie, by tego nawiewu używać, ale w lecie powinien się sprawdzić.

Kask na głowie nie ciąży, pole widzenia jest doskonałe w każdym kierunku, a blenda ma regulację swojego obniżenia. Kask jest całkiem cichy w mieście, poza nim hałas i głuche uderzenia wiatru już są odczuwalne, oczywiście jadąc naked’em. Na turystyku powinien być pełen komfort. Kask mi się spodobał, ale chyba nie zachwycił…

Miałam 7 kasków, a w kolejnych się przejechałam i muszę stwierdzić, że żaden kask nie będzie cichy, gdy się jeździ na motocyklu typu naked. Odczułam kolosalne różnice w wyciszeniu różnych modeli, ale głównie w mieście. Na trasie, dla komfortu, trzeba już ubrać stopery, albo zmienić motocykl 😀 .

Jak ktoś ma inne zdanie na ten temat, to niech mi to udowodni! Rozmiar M noszę i chętnie się przekonam, kto ma rację?

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Turystyczne inspiracje

W ubiegły weekend nigdzie motocyklem nie mogłam pojechać, ponieważ został w serwisie. I tak w tym roku wydatki nie są tak duże, jak w ubiegłym (opony, napęd). Do wymiany są klocki hamulcowe z przodu i tradycyjnie olej, choć wyskoczyła też niespodzianka – wyżarta rama. Wygląda tak, jakby zniszczyła się od kwasu, wypływającego z akumulatora, ale…. akumulator świetnie działa i jest czyściutki tak samo, jak puszka pod nim. Strasznie to dziwne, może mechanik znajdzie przyczynę.

W weekend odbywały się targi turystyczne we Wrocławiu, postanowiłam się tam wybrać i to był świetny pomysł. Pierwszy dzień uważam za bardzo udany, dzięki opowieściom podróżników przeniosłam się na chwilę do: Albanii, Kazachstanu, na Kubę i Madagaskar oraz gdzieś pod K2. Chodzenie po stoiskach wystawców, zbieranie ulotek i te tłumy – to nie moja bajka, więc nie pytajcie, co tam było haha.

Na koniec byłam na spotkaniu z „Oderwany”, który robi fantastyczne zdjęcia… smartfonem. Uświadomiłam sobie, że robię tysiące zdjęć i pozuję do nich, kompletnie się nie wysilając, cyk i w drogę. A czasami wystarczy nieco wiedzy, chwila namysłu i efekt może być niesamowity. Oderwany zmotywował mnie do nauki! Serio!

Drugi dzień targów turystycznych też był spoko. Było rowerem przez Europę, pieszo po Ugandzie, dobrych rad udzielał telewizyjny Jakub Porada i dowiedziałam się, jak się szuka tanich połączeń lotniczych. Wiem już też, jakie mity krążą w temacie wolontariatu, ile jest w tym pomocy, a ile biznesu. Generalnie weekend poszerzający horyzonty 🙂 choć brakowało mi tam podróży motocyklowych…

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko | Dodaj komentarz

Zimowo czy wiosennie?

W lutym, jak na zamówienie pojawiały się sobotnie okienka pogodowe. Temperatura w okolicy 10 stopni na plusie zachęciła mnie do porwania motocykla na małą przejażdżkę. Oczywiście z zachowaniem wzmożonej ostrożności, bo piaskarki zostawiły na asfalcie sporo zanieczyszczeń, na szczęście głównie przy poboczu, więc było w miarę bezpiecznie.

Brakowało mi dźwięku motocykla, wkręcania się na obroty i przyspieszenia. Rumakowałam jednak bez szaleństw, bo powiem Wam, że po takiej zimowej przerwie moja czujność na zagrożenia w mieście (gdzie dzieje się dużo) była jakaś zaspana. Zrobiła rundkę po okolicy i zawiozłam buty Sidi do szewca na wymianę podeszw (producent je sprzedaje). Wcześniej się tego szewca naszukałam, bo nikt nie chciał się takiego wyzwania podjąć. Pomogli inni motocykliści, co już mieli ten problem i na Psim Polu we Wrocławiu szewc mi pięknie te podeszwy wymienił.

Zimowa jazda nie porywa, bo oczy łzawią, widoki to jedynie szare i bure badyle, zamiast drzew i traw. A do tego naklejka przeciw parowaniu szybki jakoś się zmatowiła i zaczęła ograniczać widzenie. Na wiosnę planuję zmianę kasku i z pewnością będzie to model z pinlockiem. Nie kupię już kasku w ciemno, jedynie taki, w którym mi będzie dane wcześniej się przejechać.

Życie uczy pewnych rzeczy, min. tego, że wygląd kasku i wygoda po założeniu to nie wszystko. Przewiewność, głośność, jakość blendy, parowanie – to sprawy, których w sklepie się nie przetestuje. Wadą mojego kasku Shark Vision R2 jest to, że pinlocka nie ma (warstwa antyparująca działa tylko kilka miesięcy), a po 2 latach stał się bardzo głośny i przewiewny. Ból zatok od przeciągu i głowy od szumu w kasku gwarantowany! Na początku był idealny i bardzo, bardzo dopasowany, teraz to porażka…

A ostatni weekend spędziłam z Emilem w Krakowie, mieliśmy tam jechać motocyklami, ale stanęło na samochodzie i całe szczęście, bo poranki były bardzo zimne. Miasto mnie zachwyciło swoimi zabytkami i odrestaurowanymi budynkami rynku. Sam Wawel też robi wrażenie opływającym bogactwem. Nie udało nam się jedynie dostać do komnat królewskich, bo limitowana pula biletów się skończyła. Przynajmniej jest pretekst, by do Krakowa wrócić!

Nie mam tez zdjęć z Katedry Wawelskiej, bo ich tam po prostu nie można było robić. A tu Kraków wieczorową porą:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Mikołajki

Nie dotarło chyba jeszcze do mnie to, że już koniec sezonu. Niby odstawiłam motocykl na trochę bo w kasku mi piździ, ale jest to raczej powód wymiany kasku, a nie zaprzestania jazdy. I w pewnym sensie, robiąc te tysiące kilometrów w sezonie – jestem już „wyjeżdżona” i pauzę traktuję bardziej naturalnie, niż jak jakąś karę. Uwielbiam wiosnę i pierwsze jazdy po takiej przerwie, kiedy wszystkie odczucia są mega intensywne i zapał do jazdy łapie się od nowa.

Faktem jednak jest, że w tym roku to jakieś, takie nagłe odcięcie. Było po 15 stopni, a tu nagle jebudubu i jest już tylko po 4 stopnie. Pamiętam grudnie, gdzie miałam 10 stopniowe temperatury i całkiem fajny klimacik do jazdy.

W ubiegły weekend było wyjątkowo ciepło, więc wybraliśmy się z Emilem do Leszna, gdzie chciałam pomierzyć kaski od Bell’a. Mój błąd był jednak taki, że nie upewniłam się, że w tym sklepie one są fizycznie – okazało się, że tylko na aukcjach internetowych sklepu. Na miejscu był tylko jeden, który interesował mnie najmniej… Warto się chociaż przejechać, choć te 200 km w tych temperaturach i przy tym wietrze nie należały do najprzyjemniejszych. Przyczepność choć była – pobujać się było można 😀 .

W niedzielę aura już była nieco deszczowa, ale postanowiliśmy jeszcze dołączyć do motocyklowej ekipy Św. Mikołaja. Przystroiłam się w czerwoną spódniczkę, ubrałam skrzydła i w drogę!

W tym roku motocykliści z Motopasji Brzeg Dolny objęli swoim patronatem dzieci z Domu Dziecka w Krzydlinie Małej. Dzięki wsparciu motocyklistów dzieci mogły otrzymać paczki z wymarzonymi zabawkami, ubraniami i książkami oraz masą owoców i słodyczy. A same upiekły dla nas pierniczki. Najtrudniejsza była dla mnie wizyta u maluchów, bo serce boli, że nie mogą się przytulić do mamy i taty. Za to bardzo szybko opanowały zakładanie i ściąganie mojego kasku 🙂 .

Co ja dostałam od Mikołaja? Tym razem nic motocyklowego, bo wypatrzone trampki haha. A sama sobie zrobiłam w prezencie motocyklową biżuterię. Zakupiłam motocyklową zawieszkę i srebrny łańcuszek oraz połączyłam to w całość. A może pod choinką znajdę coś motocyklowego? 🙂

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko | Dodaj komentarz

100 lat odzyskanej niepodległości na motocyklowo!

11 listopada był w tym roku dniem bardzo wyjątkowym, ponieważ minęło 100 lat, odkąd nasz kraj odzyskał niepodległość. Pogoda dopisała, więc i pomysł na paradę motocyklową w Brzegu Dolnym z tej okazji, wypalił zaskakująco dobrze. Organizatorem spotkania był klub DWL, ale ilość zgromadzonych motocykli, nawet ich mocno zaskoczyła. Udało się jednak wszystko opanować i przejazd wyszedł bardzo zgrany, jak na te ok. 250 motocykli na trasie przejazdu parady!

Hasło tego dnia to „100 Motocykli na 100 Lat Niepodległości Państwa Polskiego”, a jego celem była wspólna parada i ułożenie liczby 100 z naszych motocykli. Najpierw pojechaliśmy pod Urząd Miejski w Brzegu Dolnym, gdzie o 12.00 wspólnie odśpiewaliśmy hymn (pięknie nas przez niego przeprowadziła jedna z motocyklistek przez mikrofon). Była to wyjątkowa chwila, taka, która pozostaje długo w pamięci.

Potem zrobiliśmy małą paradę po mieście i udaliśmy się do sąsiedniego Wołowa. Kolumna motocykli ciągnęła się, aż po horyzont! W Wołowie zrobiliśmy rundę po Rynku, a na ulicy Piłsudskiego zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby „narobić hałasu” ku jego pamięci. Później zawróciliśmy na rondzie (co było zabawne, bo zjeżdżając z ronda mijało się innych motocyklistów na nie dopiero wjeżdżających), żeby ostatecznie zaparkować na placu PKS.

Autorzy zdjęć: Maciej Trubisz, Pierwszy z Brzegu, Krzysztof Plichta, Patrycja Molińska, Emil i ja.

Na tym placu były osoby, które ustawiały motocykle w wyznaczony sposób. Wszystko po to, by potem z drona zrobić ujęcie, jak nasze motocykle ułożone są w liczbę 100. Tam powitał nas burmistrz i też odśpiewaliśmy hymn narodowy. A utworzona z motocykli setka wyglądała z góry świetnie, choć będąc na dole nikt by tego nie powiedział haha.

Na koniec, już mniejszą paradą, pojechaliśmy na wspólne ognisko. Wszystko już było przygotowane i każdy się posilił. Super było się spotkać w tak wyjątkowy dzień, spędzić go z innymi motocyklistami/tkami i uczcić go na swój sposób. Ponad podziałami, ponad politycznymi przepychankami, po prostu prosto z motocyklowego, polskiego serca!

Filmy z wydarzenia znajdziecie na moim profilu: facebook.com/pamietnikmotocyklistki

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Bolesławiec, Muzeum Ceramiki i Zamek Kliczków

W Ubiegłą niedzielę postanowiłam poszerzyć nieco moje odkrywanie Dolnego Śląska o okolice Bolesławca. Przyznaję, że interesujących obiektów znalazłam tyle, że z pewnością tam wrócę. Obecnie dzień jest krótszy, a kilometrów zrobiłam 240, więc czasu na zwiedzanie wiele nie miałam. Padło na to, z czego słynie Bolesławiec, czyli Muzeum Ceramiki oraz na Zamek Kliczków całkiem niedaleko.

Pogoda była cudowna, ok. 20 stopni i pełne słońce, a wybrałam trasę mniej uczęszczaną, z dużym zalesieniem. Nie mogłam jechać szybko, bo musiałam się napatrzeć na te, kolorami malowane liście. To taki krótki czas (idzie spore ochłodzenie), że doceniać trzeba chwile… Momentami zasypywał mnie deszcz, malutkich złotych listków, cudnie!

Dotarłam pod Muzeum Ceramiki, ale po drodze zobaczyłam jakiś fajny budynek. Postanowiłam tam podejść – weszłam w malutką bramę i znalazłam się na rynku. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie to miejsce. Kolorowe kamienice, zdobione w każdym detalu, prezentowały się w słońcu cudnie! Dawno nie widziałam tak ładnego, przestrzennego i barwnego rynku, gdzie historia łączy się z teraźniejszością (ten wrocławski przez 17 lat mieszkania mi się opatrzył). Ludzie siedzieli sobie w ogródkach restauracyjnych i na ławkach. Sama bym przysiadła, ale czas jednak gonił.

Do Muzeum Ceramiki podeszłam, tak trochę jak do obowiązku – pewnie będzie nudno, ale trzeba zobaczyć, bo z tego to miasto słynie. Na wstępie poznałam dwie sympatyczne i bardzo pomocne panie. Później weszłam do pierwszej sali i wciągnęło mnie… Serio! Te kolory, zmieniające się przez lata formy zdobień, szczegóły i szczególiki. Chyba najbardziej mnie urzekły ludzkie (anielskie) twarze i zwierzęta z ceramiki. Przecież to wszystko powstało w wyniku ręcznej, bardzo precyzyjnej pracy! Byłam pod wrażeniem, ponownie.

Panie pokierowały mnie jeszcze do drugiego oddziału Miejskiego Muzeum, gdzie były wystawiane współczesne prace na Triennale Bolesławiec 2018 (i będą do 11 grudnia). Sztuka współczesna nie zawsze jest dla mnie zrozumiała, jednak w tym przypadku większość prac ceramicznych wzbudziła we mnie pewne emocje. Nie robiłam im zdjęć, bo to trzeba zobaczyć na żywo, poczuć ten przekaz i docenić prace artysty nad dziełem. Dalsze sale muzeum odnoszą się min. do wojennej historii miasta, a także są tam zbiory kolekcjonerskie porcelany.

Pani z obsługi pokazała mi jeszcze, jak się kierować do murów obronnych i pomnika gen. Kutuzowa. Tam też można zobaczyć budynki, których nie odnowiono i są w słabym stanie. Normalnie, jakby czas się tam już zatrzymał… Ciężko mi było opuszczać to miasto, ale obiecałam sobie, że wrócę tam jeszcze.

Zupełnie niedaleko stoi Zamek Kliczków. Miejsce to (jak większość takich obiektów na Dolnym Śląsku) zostało ograbione w czasach wojennych, a potem pełniło funkcje wojskowo-szkoleniowe. Po sprzedaży w prywatne ręce, zamek dostał nowe życie, bo powstało tu centrum hotelowo-konferencyjne. Obiekt jest typowo komercyjny, więc „zwiedzić” go można jedynie z zewnątrz, ewentualnie skorzystać z restauracji. Całość jest zadbana i miło popatrzeć, że ocalała od zniszczenia.

Dopadł mnie zachód słońca, ubrałam na siebie dodatkowe warstwy i trzeba było szybko wracać. To „szybko” trochę mi nie wyszło, bo wybrałam dłuższą trasę przez Przemyski Park Krajobrazowy, ale było warto! Puste, gładkie, lekko kręte drogi i cudownie pokolorowane jesienią… W połowie trasy dopadła mnie przez to ciemność i zimno, ale bezpiecznie do domu dotarłam. Ta wycieczka była naprawdę udana!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano , , | Dodaj komentarz