A w życiu dużo zmian

Przez kolejne dwa tygodnie nie będę się udzielać motocyklowo, więc i nie będzie nowych wpisów. Zdecydowałam się na wyjazd motocyklem do Chorwacji, mimo utraty pracy, więc teraz jestem w punkcie kompletnych zmian w życiu. Od weekendu rozpoczynam wyprowadzkę z Wrocławia – przenoszę się do innego miasta, gdzie mam możliwość tańszego mieszkania i tam będę od nowa urządzać życie oraz szukać pracy. Trzymajcie kciuki!

Jak tylko stanę na nogi – odezwę się!

Facebook Comments
Opublikowano O czym myśli blondynka? | Skomentuj

Testy, testy, testy…

Dzięki współpracy z Yamahą, Modeką i Inter Motors podczas swojego wyjazdu do Chorwacji mogłam testować motocykl MT-07, odzież i tekstylne sakwy. Miałam to szczęście, że produkty, które otrzymałam w pełni spełniły moje oczekiwania, a opisuję je w poszczególnych artykułach na motocaina.pl :

– Yamaha MT-07 w podróży

– Jasny komplet odzieży damskiej Modela Belastar Lady

– Sakwy tekstylne, boczne Oxford X50 oraz centralny rollbag Oxford RT60 od Inter Motors

– Letnie rękawice Modeka Air Ride

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Testy | Skomentuj

Pojechałam z Ikolem

Podczas mojej wycieczki do Chorwacji mogliście śledzić online moje położenie na mapie. Było to możliwe dzięki małemu nadajnikowi GPS o nazwie Ikol:

Podłączenie Ikola do motocykla wymaga podpięcia 3 przewodów: czerwonego zasilania, czarnego uziemiania i białego do zapłonu. Sam czujnik należy umieścić nieruchomo, naklejkami skierowany ku górze, sprawne połączenie potwierdza ciągłe światło diody niebieskiej po ok. 2 minutach od uruchomienia i zaczyna rejestrować swoje położenie.

Jeżeli w naszym motocyklu znajduje się taki czujnik Ikol to zyskujemy możliwość śledzenia jego położenia w każdym momencie poprzez komputer lub aplikację na smartfonie. Gdy np. nasza wycieczka jest długa i odległa, to możemy udostępnić taki podgląd najbliższym lub też zupełnie publicznie na stronie www. Historię własnych podróży motocyklem, także tych offroad (jest wodoodporny) – można przeglądać nawet do 12 miesięcy wstecz.

Po założeniu konta i zalogowaniu się uzyskujemy dostęp do wszelkich danych dotyczących jazdy. Możemy tworzyć raporty z jazdy, a z mapy odczytać odległości, prędkości (rozróżnione kolorami), miejsce i czas przerw oraz wyłączenia zapłonu. Taki raport możemy zapisać, wydrukować lub wysłać.

Jeżeli ktoś nam motocykl zdecyduje się ukraść – tak samo łatwo będzie można go zlokalizować, a dodatkowo pomaga w takiej sytuacji specjalne Centrum Operacyjne 24/7. Możemy także ustawić sobie alarmowanie, gdy motocykl zmieni położenie, przekroczy jakiś obszar (miasta, województwa, kraju) lub prędkość, co może się przydać też, gdy np. komuś go użyczymy. Czujnik charakteryzuje niski pobór prądu, dlatego nie wyczerpuje on akumulatora, a także ma wbudowaną baterię, dzięki której będzie działał nawet do 7 dni, po odcięciu zasilania od akumulatora. Więcej na: ikol.pl

Facebook Comments
Opublikowano Testy | Otagowano | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 10 i 11, powrót przez Węgry, Słowację do Polski

Rano dość szybko się spakowaliśmy i wystartowaliśmy o 9 w stronę słowackiej granicy, do pokonania było ok. 380 km. Kilometry leciały dość szybko, bo nie było już tak kręto. Początkowo przez kolorowe pola i winnice, następnie droga 82 – fajna też, a jak dojechaliśmy do krajowej 66, to już był tam spory ruch i mnóstwo ciężarówek. Po drodze zatrzymaliśmy się na smaczny, choć mały obiad w ludowej knajpie i w pięknych okolicznościach przyrody (górskie pasma ciągną się przy trasie od Bańskiej Bystrzycy) pokonywaliśmy kolejne kilometry, czasem całkiem kręte.

Zwykle prowadziłam, bo było sporo wyprzedzania. Potem odbiliśmy w bok w stronę Mikułasza, gdzie zamówiliśmy nocleg w Privat Abeta (Pavlova Ves), ponieważ wszystkie znaki na ziemi i niebie znowu zapowiadały burze i znaczny spadek temperatury. Tak też zresztą było… a my w fajnym domku z własną kuchnią i łazienką oraz cudownymi pierzynami.

Rano czekał na nas ostatni dzień wycieczki (ok. 400 km), słowacka kręta droga numer 584 z widokiem na niskie Tatry. Ruszyliśmy, minęliśmy Tatralandię i zamarzłam – okazało się, że ubrałam się zdecydowanie za lekko, jak na górskie warunki o poranku. Zatrzymałam się i ubrałam cieplej. Droga była cudna, równa i kręta, jednak musieliśmy na niej uważać, bo ulewa naniosła sporo piasku w zakrętach. Po drodze mijały nas wozy porządkowe, które spłukiwały i zamiatały asfalt w obie strony (szok!). Stawaliśmy czasem na fotki, mijaliśmy fajną zaporę, ale drugie śniadanie postanowiliśmy już zjeść po stronie polskiej.

Do ojczystego kraju wjechaliśmy przez Beskidy. Ależ tam były cudne widoki! Choć asfalt momentami tragiczny, potem wskoczyliśmy na równą, krętą drogę 941. I to by było na koniec z atrakcjami i widokami.


Przebiliśmy się w bólach przez Górny Śląsk, obiadek i trasa 45 w stronę Opola, potem 94 do Wrocławia. Plus z tego taki, że kilometry w miarę szybko nakręcaliśmy, ale jazdę po Polsce uważam za najbardziej męczącą i stresującą z całej wycieczki. Znów trzeba mieć czujność na każdego kierowcę obok i ciągle wyprzedzać jakieś „zawalidrogi”. Wróciliśmy do kraju, domu i rzeczywistości, w której żyć jakoś teraz trzeba 🙂 . Za to bogatsi w doświadczenia, mający w głowie jeszcze te cudne widoki i kolejne spełnione marzenie w kieszeni…

Myślę, że czerwiec i wrzesień to najlepsza pora na motocyklowe objeżdżanie Chorwacji. Temperatury ok. 30 stopni są do wytrzymania, ceny są ciut niższe, niż w sezonie. A przede wszystkim nie ma wtedy już tłumów turystów na plażach, w atrakcyjnych punktach i na drogach, dzięki czemu można swobodnie cieszyć się jazdą po krętych drogach i cudnymi widokami! Z całego serca polecam ten kierunek i z pewnością tam jeszcze wrócę!

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Wycieczki małe i duże | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 8 i 9, Balaton

Kolejnego dnia udaliśmy się w stronę granicy węgierskiej. Zmęczenie dopadło mnie straszne, psychiczne i fizyczne. Ostatnie zakręty przed granicą przejeżdżałam na wprost, albo na kwadratowo, jeżeli tylko nic z przeciwnej strony nie jechało. Nie wiedziałam, że można czuć takie zmęczenie, by nie mieć siły się składać w zakrętach haha.

Na granicy dokumenty nasze i motocykli zostały sprawdzone przez policjantów z obu krajów. Zatrzymaliśmy się w cieniu na pauzę i pan z posterunku podszedł do nas, spytać czy wszystko OK i nawet zaproponował nam sprawdzone miejsce na obiad.

Na Węgrzech urzekło mnie zachowanie motocyklistów, którzy witali nas uniesioną dłonią z daleka. Drogi węgierskie całkiem nam przypominały polskie, czasem gładkie (zwykle na skrzyżowaniach z większą drogą), ale częściej łata na łacie, koleiny i wyboje. Wszędzie sporo wozów policyjnych i ustawionych nad drogą, olbrzymich fotoradarów. Ale nie narzekaliśmy, bo w tym kraju chociaż było nas stać na jedzenie: obiad dwudaniowy, mięsny z napojami i kawą dodatkowo, dla dwóch osób kosztował ok. 70 zł. Testowaliśmy słynne, węgierskie gulasze, choć ciężko tu było coś wybrać z menu, bo język węgierski w mowie i w piśmie nie jest łatwy, raczej zupełnie niezrozumiały.

No i upolowaliśmy dwie (niebieska z Chorwacji, zielona z Węgier), bardzo zabawne z punku widzenia naszego języka, tablice:

Dotarliśmy do Balatonu, który pierwszego dnia jakoś nas nie zachwycił, zapewne to dlatego, że mieliśmy w głowie jeszcze cudowne widoki z Chorwacji. Znaleźliśmy pole namiotowe Tomaj Camping w dobrej cenie, dobrą oceną w necie też, jednak w weekend chyba tam nikt nie sprzątał, bo warunki w łazienkach były masakryczne. Narozlewana woda, trupy owadów wszędzie i generalnie słabo z czystością. Zostaliśmy nad jeziorem jeden dzień dłużej, to już obsługa nieco ten bajzel ogarnęła.

Namiot rozbiliśmy blisko wody, niedaleko był bar z posiłkami i napojami, bujane ławki na łańcuchach i niestety nieczynne już molo. W nocy spałam słabo, bo zaczęło lać i grzmieć, a wiadomo, jak to w namiocie – wszystkie dźwięki są jeszcze bardziej wyostrzone. Kolejna burza przeszła bokiem ok. 4 rano. Poranek powitał nas na szczęście czystym niebem, skusiliśmy się nawet na zamówienie jajecznicy i kawkę nad wodą. Dzień ten przeznaczyliśmy na straty haha, czyli na odpoczynek a nie jazdę, bo bardzo tego potrzebowaliśmy. Moja chora ręka też już była zajechana, a przed nami zostały dwa dni po prawie 400 kilometrów.

Odpoczęliśmy po śniadaniu i dotarło do mnie, że mam nic nie robić? Ale jak to? Haha Zaraz wszystko przemyślałam i zaczęłam namawiać Emila, że skoro jutro trzeba przejechać całą Słowację, to my nic z tego Balatonu nie zobaczymy! Wniosek – trzeba go obejrzeć teraz, już, zaraz 🙂 . Emil początkowo był przeciwny, mówił, że mogę pojechać przecież sama. Ale już po chwili zmienił zdanie i stwierdził, że w sumie do Balatonfured, te 40 km, można by się przejechać na jednym motocyklu. I tak to zamiast leżenia plackiem na plaży, znów byliśmy na motocyklu – to już chyba uzależnienie?

Dojechaliśmy do jakiegoś deptaka z pamiątkami, gdzie zaparkowaliśmy i tam też zaopatrzyliśmy się w upominki dla rodziny i znajomych (a dla niektórych już wieźliśmy Proseco z Chorwacji). Przespacerowaliśmy się promenadą i doszliśmy do małego portu, kupiliśmy sobie lody. Wszystkie plaże były prywatne i odpłatne, ale fajne jest to, że do miasteczek przy jeziorze można dojechać pociągiem.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy fajnych koniach z drewnianych klepek i militarnym muzeum. Ruch był spory i markety pozamykane, bo się okazało, że w poniedziałek jest u nich jakieś narodowe święto. Udało nam się dorwać mały sklepik, ale Emil przyniósł piwo, zamiast chleba, mówiąc że zakupy alkoholowe wychodzą mu najlepiej. Patrzę, a on niesie Radlery 0%, czyli chyba jednak nie! Haha W kolejnym sklepie udało się już kupić cudny, prawdziwy, długo świeży i mięsisty węgierski chleb oraz białego, półsłodkiego Tokaja na wieczór.

A wieczór był cudny! Zjedliśmy późny obiad, wzięliśmy sobie Tokaja na tą bujaną ławeczkę i wreszcie luuuuuzik. Woda Balatonu jest niby turkusowa z daleka, ale z bliska mocno mętna, a po wejściu do niej już całkiem brunatna. Tuż przed snem Emil mi przypomniał, że miałam zszyć żabę, bo jej głowa odpadła. Wyciągnęłam mini zestaw z igłami, zszyłam i poszłam spać. Rano się okazało, że Żaba Frania ma plecy z przodu! I chyba z tego powodu żaby w szuwarach tak rechotały głośno całą noc haha.

Facebook Comments
Opublikowano Bieszczady, Wycieczki małe i duże | Otagowano | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 7, Park Narodowy Jezior Plitwickich

Kolejnego dnia naszej wycieczki stała się rzecz niebywała – pojechałam motocyklem bez kompletnego stroju, pierwszy raz w życiu! Oczywiście nie polecam naśladowania i moje samopoczucie na motocyklu bez ubrania, też było okropne. Jechało mi się źle i bardzo niepewnie, żar z silnika buchał na łydki i generalnie miałam stresa, bo zawsze mam strój na motocyklu. Wszystko dlatego, że był upał, do przejechania jedynie 7 kilometrów, a do chodzenia ok. 4,5 godziny. Samobójstwem byłoby więc zwiedzanie Parku Narodowego Jezior Plitwickich w całym rynsztunku. Dzięki uprzejmości pani, u której wynajmowaliśmy pokój, mogliśmy zostawić nasz dobytek u niej.

Na to zwiedzanie przypadła sobota, więc obłożenie turystyczne było znaczne. Czekaliśmy w kolejce po bilety dłuższą chwilę, a kolejka rosła i rosła, aż zrobił się z tego niezły wąż. Mnóstwo przewodników wycieczek z kolorowymi parasolkami, żeby za tym punktem podążały ich „owieczki”. Na koniec się okazało, że nie można płacić w euro, ani kartą i pani odesłała Emila do kantoru obok (ceny to ok. 60 zł/os, a w sezonie będzie już 100 zł). Na szczęście do kasy mógł wrócić bez kolejki.

Park robi mega wrażenie, jest tam idealnie czysto, żadnych śmieci i zanieczyszczeń – woda krystaliczna! Natura w czystej postaci, a wśród niej drewniane deptaki, głównie bez barierek (jedynie przez przejściach w górę były), którymi podążają tłumy turystów. Jedna osoba robiąca zdjęcie potrafiła zrobić korek w poruszaniu się na kilka minut. Strach pomyśleć, co tam się dzieje w pełnym sezonie! Szybko dotarło do nas, że sukcesem będzie takie wyprzedzenie zbiorowych wycieczek, by spacerować już w grupie pojedynczych turystów.

Park składa się z kilku jezior położonych piętrowo, dzięki czemu woda przemieszcza się z najwyższego jeziora do niższych, tworząc bajeczne wodospady w skałach, kępach traw, a nawet na całej powierzchni lasu. Woda zmieniała swój kolor, ryby pływały blisko kładek, a wszystko, nawet na dnie – było doskonale widoczne. Cuda natury! Dotarliśmy do punktu, gdzie kolejny odcinek powinniśmy pokonać statkiem. Jednak, gdy zobaczyliśmy tą gigantyczną kolejkę do statków, w pełnym słońcu – to postanowiliśmy zrobić sobie pauzę na drugie śniadanie, a potem trasę tą przejść jednak pieszo. Mieliśmy moment zwątpienia, że to bardzo daleko, ale ścieżka wzdłuż jeziora była zacieniona i jakoś pół godzinki nam zajął ten średniej prędkości marsz. Przez chwilę grzmiało i szły czarne chmury, ale na szczęście wiatr je przegnał bokiem.

Dotarliśmy do punktu, gdzie musieliśmy jednak poczekać na malutką przeprawę statkiem, by kontynuować trasę. Tutaj statki kursowały zdecydowanie częściej, więc i czekania nie było dużo. Mogliśmy dotrzeć spacerkiem, kładeczkami do najwyższych jezior.

Drogę powrotną zaplanowaliśmy specjalnymi wagonikami z jedną przesiadką (statki i wagoniki są bez dodatkowych opłat), bo nogi już nieźle bolały, szczególnie, że chodziliśmy cały czas w tych naszych bucikach do wody 😉 . Pojazd jechał powoli, bo wciąż po leśnych serpentynach.

Gdy wysiedliśmy z drugiego pociągu, Emil wpadł w panikę, mówił „no zabijesz mnie!” i zaczął wracać tą samą drogą, mocno czegoś na ziemi wypatrując. Już myślałam, że zgubił dokumenty, a on zgubił Żabę Franię, która w jego kasku obeszła cały park! Gdy wsiadł do wagonika, to kask położył na kolanach i prawdopodobnie wtedy żaba wyleciała. Szybko wskoczył do naszego wagonu, załadowanego już w drogę powrotną na szczyt i na szczęście wypatrzył żabę pod nogami turystów. Ledwo wysiadł z nią przed zamknięciem drzwi wagonu. Oddał mi ją z ulgą i stwierdził, że przecież żaba musi z nami skończyć tą wycieczkę! Uśmialiśmy się i wróciliśmy na parking, rzucając okiem z góry na panoramę parku.

Wychodząc postanowiliśmy coś zjeść i dosiadła się do nas para z Kazachstanu. Sympatycznie sobie pogadaliśmy o naszej pasji motocyklowej głównie i wskazaliśmy im kilka miejsc, które warto zobaczyć. Pani stwierdziła, że po rosyjsku to z każdym słowackim językiem da się pogadać. Po powrocie załadowaliśmy torby na motocykle i ruszyliśmy na nocleg do sprawdzonego już Camp Zadar, który nas w Chorwacji witał i żegnał.

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 6, droga numer 1

Trafiliśmy do punktu docelowego i trzeba było rozpocząć drogą powrotną trasą numer 1. Początkowo chcieliśmy dotrzeć do niej górską drogą, ale prognozy pogody straszyły nagłymi ulewami, więc zdecydowaliśmy, że wrócimy kawałek ósemką, by potem wpaść na jedynkę (ok 300 km). Dzięki temu mogliśmy jeszcze na chwilę zatrzymać się w Omiś, gdzie zachwyciły mnie fajne wieże wkomponowane w skały, stare budownictwo i wąskie uliczki.

Trasa nr 1 jest początkowo bardzo szeroka, prosta i kilka razy można przejechać się tunelami w skale, co było fajnym doświadczeniem. Byłam nieco zaniepokojona, że tak ma wyglądać ta droga powrotna, ale na szczęście później już było o wiele lepiej. Droga zrobiła się węższa i bardzo kręta, przy czym zakręty te miały zawsze bardzo bezpieczny profil i nawet jak wpadało się w zakręt 180 stopni – to był on poprowadzony na tak dużej powierzchni, że można śmiało i szybko go przejechać. To dawna, główna droga w Chorwacji, więc musiała być bezpieczniejsza, niż pozostałe i mieć dobrą nawierzchnię. Okolice jej były mocno wyludnione, dużo walących się chałup i ruin, bardzo mało stacji benzynowych (warto o tym pamiętać i zatankować na początku!), mało handlu. Widoki nie tak powalające jak przy wybrzeżu, ale góry wzdłuż trasy i ciągnące się przez kilkanaście kilometrów jezioro, też robiły wrażenie.

W czasie pokonywania pierwszych serpentyn spadło na mnie kilka kropli deszczu, a już w kolejnym zakręcie pod Sinj rozpętała się taka pompa z nieba, że zwolnić trzeba było do 40 km/h i w jednej chwili byłam już przemoczona do majtek! Nie ubrałam membran, bo było upalnie, a na wciągnięcie stroju przeciwdeszczowego nie było czasu, bo wszystko trwało kilka minut. Najlepsze jest to, że przed nami i za nami niebo nadal było błękitne i świeciło słońce! Emil zatrzymał się w zatoczce dla autobusów i spytał, co robimy? Postanowiliśmy jechać dalej, żeby wyprzedzić tą paskudną chmurę i zrobić pauzę przy jeziorze, które mieliśmy na trasie.

Skręciliśmy w pierwszą drogę, która prowadziła w stronę jeziora i był to świetny pomysł, bo potem między jeziorem a drogą wyrosła wielka skarpa, i zjazdów do wody już nie było. Po chwili skończył nam się asfalt i lekkim szuterkiem dotarliśmy do przecudnego jeziora. Krystalicznie czystego, otoczonego górami, cichego i odludnego. Genialne miejsce! Tam zjedliśmy drugie śniadanie, a ja postanowiłam przebrać bieliznę na suchą i jednak ubrać te membrany, żeby się odseparować od całkiem przemoczonego stroju. I słusznie, bo im dalej jechaliśmy, tym chłodniej się też robiło, a deszczowe chmury wciąż nas goniły i było słychać grzmoty w oddali. Zrezygnowaliśmy później z dłuższych postojów.

Po drodze trafiła nam się jakaś remontowa mijanka ze światłami i obok nas na chodniku zatrzymał się „Pan Żul” tamtejszy, już nieco wstawiony, więc rower swój prowadził. No i pokazuje nam na migi, że mamy super motocykle. Potem pokazuje na swój rower, że ten to do kitu jest, bo pedałować trzeba. Ale! Tu podniósł rękę w geście wykrzyknika i wskazał na samochód przed nami. Tamten pojazd jest jego zdaniem jeszcze lepszy, bo nie pada na głowę (co pokazał również) i zimno nie jest, ani za gorąco. To był świetny monolog ręczny i dawno się tak nie uśmiałam 😉 .

Przejechanie trasy poszło nam nawet szybko. Kierowcy innych pojazdów nie sprawiali nam problemów, jeden tylko wyjechał mi na czołówkę, wyprzedzając w zakręcie. Fakt, że na krętych drogach Chorwacji miejsc na wyprzedzenie jest niewiele. Spotkaliśmy też grupę włoskich motocyklistów, którzy wyprzedzali tak niebezpiecznie, że aż ciary mi przeszły po plecach. Jadąc przez kraje sąsiednie to ja byłam gwiazdą – jako kobieta na motocyklu, jednak w Chorwacji gwiazdą był zdecydowanie Emil, z tego względu, że na ścigaczu z bagażami, uprawia turystykę 😉 .

Dotarliśmy do miejsca naszego noclegu, które znaleźliśmy na szybko i w dobrej cenie na booking.com. Przeczytaliśmy opinie, że pani w Guesthouse Pavlicic (miejscowość Dreznik Grad), która wynajmuje pokoje jest bardzo sympatyczna, więc mieliśmy nadzieję, że pozwoli nam zostawić cały dobytek w pokoju, gdy pójdziemy zwiedzać na prawie cały, kolejny dzień. Gdy tylko zaparkowaliśmy i zabraliśmy się do wnoszenia bagażu – to zaczęło padać i grzmieć z oddali. Na chwilę też straciliśmy prąd w pokoju. Mieliśmy szczęście i udało nam się skutecznie odjechać kolejnej ulewie.

Jak przestało padać, to wybraliśmy się na mały spacer po okolicy, bo zainteresowała nas tabliczka pod naszym noclegiem, że niedaleko mamy jakąś wieżę. Niestety spóźniliśmy się i już była zamknięta dla zwiedzających. Myśleliśmy o jakimś późnym obiedzie, a właścicielka jakby czytała nam w myślach, bo przyniosła nam do pokoju cudowne naleśniki z dżemem! Po paru dniach marketowego żywienia, wcinaliśmy je, aż się uszy trzęsły haha.

Spaliśmy obok drogi, która była objazdem dla ciężarówek, ale nie to było najgorsze. Najgorszy był kościół po drugiej stronie drogi! Wyobrażacie sobie, że dzwony biły tam co 15 minut i to przez całą noc również! Masakra jakaś! Musieliśmy całkiem pozamykać okna, żeby jakoś dało się spać. Pani nam tłumaczyła, że to jakiś zwyczaj w związku ze zbliżającym się świętem.

Facebook Comments
Opublikowano Mam prawko | Otagowano , | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 5, czyżby wreszcie jakieś plażowanie? ;-)

Celem kolejnego dnia w podróży była Baśka Voda, czyli najniższy punkt Chorwacji, jaki mieliśmy czas osiągnąć i tam też po raz pierwszy mieliśmy wygospodarować popołudnie na jakieś plażowanie. Na ten dzień w planie było jedynie 80 km, ale po drodze małe zwiedzanie w Splicie.

Zaczęliśmy jednak od kontynuacji zwiedzania Trogiru i czekał nas mały szok. Miasteczko niewielkie, kilka ulic, a rano rozgrywał się tam jakiś horror! Wielki korek, niekończące się ciągi aut i autobusów oraz niezważających kompletnie na nic skuterów. Leciały na czołówkę, po wszelkich ciągłych i wciskały się w każdą dziurę – strach było wykonać jakiś manewr, bo one były wszędzie! Kompletny chaos! Ulżyło mi, jak w końcu zaparkowaliśmy pod promenadą. Pospacerowaliśmy nieco, podziwiając stare mury miasta i przez przypadek staliśmy się atrakcją turystyczną dla skośnookich turystów, którzy zapragnęli mieć zdjęcia z motocyklistami z Europy 🙂 .

Chcieliśmy zobaczyć Pałac Dioklecjana w Splicie, ale zaparkowanie w tym mieście wcale nie jest takie łatwe. Ktoś nas jednak sympatycznie zaczepił i podpowiedział, żebyśmy podjechali pod płatny parking, bo tam jest krótszy szlaban i mała uliczka, gdzie mogą parkować skutery i motocykle. Na dziedziniec pałacu szło się przez kamienne, zimne korytarze, gdzie kwitł handel turystyczny (nie różniący się zbytnio od polskich straganów). Obejrzeliśmy pałac z grubsza, bo w pewnym momencie zaatakowała to miejsce taka ilość wycieczek (w tym młodzieży z Polski), że odechciało nam się tam dalej chodzić. Potem pojechaliśmy pod salon chorwackiej Yamahy, żeby się przywitać z tamtym oddziałem i strzelić pamiątkową fotkę.

Jechaliśmy we dwójkę, ścigacz + naked. Emil na Kawasaki ZX10 miał nawigację, więc zawsze prowadził tam, gdzie trasa wymagała zmiany kierunków, a w szczególności przez większe miasta, gdzie zgubić się można w 5 minut. Gdy było sporo wyprzedzania to prowadziłam ja, z tego względu, że Emil mniej miejsca i czasu potrzebował na taki manewr swoim motocyklem i jak się czasem rozbujał – to już po chwili był 5 samochodów przede mną. Jak ja wyprzedzałam pierwsza, to on na luzie mnie doganiał. Gdy lecieliśmy po zakrętach i serpentynach to układ był różny. Czasem prowadziłam ja, a Emil robił sobie odstęp na szybsze wchodzenie w zakręty, a czasem zasuwał przodem i na kawałku prostej toczył się, aż do niego dojadę. Jak byliśmy zmęczeni to już jechaliśmy razem równym tempem do celu.

Nauczyłam się przez te 6 lat jazdy motocyklem, by nigdy nie kopiować ruchów motocyklisty przede mną, bo czasem w swoim manewrowaniu bierze on pod uwagę jedynie swoje warunki, a nie to, czy zdążę też ja. Więc zawsze przy włączaniu się do ruchu, wyprzedzaniu, zmianie pasa, wchodzeniu w zakręt – wymierzam czas i miejsce na ten manewr samodzielnie. Gdybym wchodziła w zakręty i wyprzedzała w tempie motocykla Emila, to mogłabym tej wycieczki nie ukończyć 😉 .

Niby niewiele tego dnia robiliśmy, ale na docelowe Basko Polje dotarliśmy po godzinie 15. Ta część trasy była też już bardzo ruchliwa, bardzo dużo turystów podążało w stronę Makarskiej. Marzyło nam się pole namiotowe blisko wody i o tym zapewniał nas pan w recepcji. Okazało się jednak, że pole jest daleko od wody, wraca się pod górkę betonowym szlakiem, nie jest tam przyjemnie i jakoś ciemno. Bliżej były takie małe bloki z pokojami. Podjechaliśmy spytać o miejsce tam, ale ponoć już żadnego nie było dla gości. Na miejscu spotkaliśmy też grupę Polaków z Sulechowa, którzy w sumie wybierali się na lepsze pole w Krvavicy, ale auto im się zepsuło właśnie tutaj. Postanowiliśmy więc sprawdzić te polecane pole, kilka kilometrów dalej.

Autocamp Krvavica to malutkie pole, ale chyba najfajniejsze z dotychczas odwiedzonych. Recepcja była otwarta dopiero od 17 i Emil już mało nie dostał wścieklizny, bo z połowy dnia na leżakowanie został już nam jedynie wieczór. Całe pole jest podzielone na piętrowe placyki, rozdzielone kamiennymi murkami, a na każdym stolik i dwa krzesła. Łazienka niby mała, ale blisko. Były sznurki do robienia prania, to na późny wieczór już sobie to zaplanowałam (nie miałam motywacji na robienie prania codziennie, a zapasy bielizny właśnie się skończyły haha). Po rozbiciu obozowiska poszliśmy na pobliską plażę i obejrzeć małą marinę.

W międzyczasie zaczęły nas dopadać jakieś sensacje żołądkowe i z mojej, podręcznej apteczki przydała się Smecta. Próbowaliśmy przeanalizować, co nam mogło zaszkodzić i po wnikliwej analizie okazało się, że to… woda! Emil zakupił wodę z wysoką ilością minerałów, która wydawała nam się genialnym wyborem na upały i groźbę odwodnienia. Zdziwiliśmy się wprawdzie, że z boku butelki jest miarka z milimetrami, ale nie doczytaliśmy etykiety. Można jej wypić 300 ml dziennie, a my wypiliśmy po 2 litry na głowę haha. Na same wspomnienie smaku tej wody mnie teraz odrzuca 🙂 .

Wieczorem byliśmy podjadani tym, że wreszcie wykąpiemy się w Adriatyku, oczywiście wyposażeni w buty do wody. No i? Masakra! Woda lodowata, kamienie niewygodne do chodzenia i momentami zasypujące stopy. Emil się zaparł i jednak wykąpał, ja stwierdziłam, że moje kolana takiej krioterapii nie przeżyją i pozostałam na płyciźnie. Miejsce fajnie urządzone, więc pozostawiło miłe wspomnienia, a Emil już się nie domagał tak tego plażowania. Ja to nawet stwierdziłam, że zdecydowanie wolę jeździć motocyklem. Kolejnego dnia wyskoczyliśmy tylko na moment pożegnać plażę i pokazać, jak z niej najlepiej się korzysta haha.

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Wycieczki małe i duże | Otagowano | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 4

Kolejny dzień podróży zaczął się wyjątkowo zaskakująco. Ruszyliśmy i przez dłuższą chwilę musieliśmy jechać za samochodem ciężarowym (nie było możliwości wyprzedzenia), aż tu nagle z jego dachu zaatakowały nas czarne, foliowe worki! Czujecie, jaka to trauma dla motocyklisty? Czarny worek kojarzy się raczej jednoznacznie… My raczej skupialiśmy się na tym, żeby wykalkulować, jak ten worek leci i ominąć go na tyle, by nie wpadł na nas, albo nie wkręcił się gdzieś w koła! Później Emil zdążył wyprzedzić to auto, a ja musiałam odeprzeć kolejny atak, zanim też to zrobiłam.

Mieliśmy też awaryjne hamowanie: raz przy owcach, raz kozach i raz owczarkach na środku drogi, wcale nie kwapiących się, by z niej zejść oraz spotkaliśmy na swojej drodze zabójczy autobus (turystyczny, chorwacki), który nie uznawał żadnych ograniczeń prędkości w terenie zabudowanym. Jak Emil go wyprzedził, to wściekł się jeszcze bardziej, zajeżdżając mi drogę przy każdej próbie wyprzedzenia go! Psychol jakiś! Znalazłam jednak na niego sposób i ominęłam go na luzie, jak czekał w kolejce na zielone światło haha.

Z Nin udaliśmy się na wyspę Muter, gdzie zatrzymaliśmy się w cudownej uliczce i ze stopami w wodzie zjedliśmy drugie śniadanko. Trudno było się zorientować, że się na jakąś wyspę wjechało, bo cały czas były zabudowania. Następnie zatrzymaliśmy się w Szybeniku przy wybrzeżu i na chwilę obok historycznej twierdzy Św. Mikołaja na szczycie miasta.

Drogi są tutaj w dobrym stanie, ale w co niektórych miastach jest taki jasny asfalt z dużą ilością kamyczków, jednak nie szorstki a bardzo śliski, jak lód! W czasie zatrzymania, stopy same nam odjeżdżały, więc nauczyliśmy się, że trzeba zachować na nim ostrożność. W upale niebezpieczne też były takie łączenia pęknięć czarnym asfaltem. Po nagrzaniu, najazd na tą linię powodował uślizg koła, profilaktycznie wszystkie więc omijaliśmy.

Kolejnym punktem miały być wodospady Krka, jednak dotrzeć do nich wcale nie było łatwo, bo droga była w remoncie, wielki zakaz, a objazdu brak! Kręciliśmy się po okolicy, próbując skręcić w inne drogi, jednak żadna nie prowadziła do tego celu, choć były urocze. Wróciliśmy do punktu wyjścia. Emil podpytał ludzi z okolicy, jak tam dojechać i okazało się, że za zakaz się wjeżdża i potem skręca w jakieś mini uliczki przez podwórka. Za nami pojechały też dwa motocykle niemieckie, jednak jakoś nie chcieli się z nami zaprzyjaźnić. Po dotarciu do celu okazało się, że ani wody, ani wodospadów nie widać, trzeba się nieco więcej nachodzić, a nie byliśmy na to przygotowani. Było późno, było zbyt gorąco, by chodzić w motocyklowych ciuchach i nie chcieliśmy całego dobytku zostawiać bez opieki. No nic, został nam jakiś punkt do zaliczenia na kolejną wizytę w Chorwacji.

Droga 8 nie zawsze idzie wzdłuż wybrzeża i na chwilę znaleźliśmy się też w pięknych górach. Normalnie jakby ktoś je wyłożył równym zielonym dywanem. Miałam tam też przygodę. Zatrzymałam się, żeby zrobić zdjęcie, a Emil zauważył, że jedzie autobus to dobrze by było włączyć się do ruchu przed nim (bo ciężko wyprzedzać, jak ciągle zakręty). To ruszyłam, a nie zauważyłam, że nie mam stopki złożonej! Motocykl odpalił na sekundę i zaraz zgasł, a ja nie wiedziałam co mu się stało. Emil zaczął trąbić, że mam stopkę, autobus za nami, droga kręta z górki! Tak mi ciśnienie skoczyło, że zjechałam na pobocze, żeby odetchnąć i ruszyć od nowa.

Tego dnia zrobiliśmy jedynie 180 km, a naszym celem było pole namiotowe Camping Rozac. Wjechaliśmy tam przez Trogir, który strasznie nam się spodobał! Duża promenada pod palmami zakończona twierdzą, bardzo stare budynki, rynek i klimatowe, wąskie uliczki. Było już późno, robiło się szaro, to postanowiliśmy odwiedzić to miejsce dnia następnego.

Ten kemping był jednym z lepszych, na których spaliśmy. Czysty, zadbany, z dużą ilością kabin prysznicowych, otoczony z jednej strony plażą, a z drugiej zatoczką. Jedyną wadą był hałas dobiegający z drogi do późnej nocy. Zaprzyjaźniliśmy się tam z parą spod Lipska, która przyjechała na wakacje z trzema synami. Na widok motocykli dzieciaki oszalały z radości i tak się rozwinęła nasza jednonocna, sympatyczna znajomość. Najmłodszy, zwany przez rodziców „kamikaze”, najbardziej rozrabiał, ale jak przyszło co do czego, to jako jedyny nie odważył się usiąść na motocykl.

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Wycieczki małe i duże | Otagowano | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 3, mamy Adriatyk :-)

W domu ciężko mi wstać wcześnie rano, gdy mam dzień wolny. Jednak podczas wyjazdu jakoś tak naturalnie wychodziło nam wstawanie 6.30-7.00, co jednak nie znaczy, że po 8 już ruszaliśmy haha. Mieliśmy taką zasadę, że rano nic nas nie goni. Czyli na spokojnie łazienka, robienie śniadanka i osobno kanapek na drugie śniadanie, kawka, herbatka, a na koniec pakowanie sakw i namiotu. Zwykle schodziło nam do 9-10 godziny. W Chorwacji było to równoznaczne z temperaturą ok. 29 stopni, więc na końcu przyśpieszaliśmy, żeby wreszcie wsiąść na motocykle i poczuć przyjemny wiaterek.

Rozpoczęliśmy kolejny dzień jazdy, ponad 300 kilometrów z metą w Nin. Poruszaliśmy się drogą 23, która była genialna! Kręta, równa, pełna podjazdów i zjazdów. Na szczycie zatrzymaliśmy się na pauzę koło małego źródełka, skąd wielu kierowców czerpało wodę do picia. Przed nami było wciąż mnóstwo zakrętów i wiele opatrzonym moim ulubionym znakiem „Serpentina”, bardzo chciałam mieć fotkę z tym znakiem, ale niestety zawsze stały w takich miejscach, że groziło by to katastrofą w ruchu lądowym 😉 .


W połowie pokonywania kolejnej serpentyny, otworzyła się przede mną cudna panorama na Adriatyk, który zobaczyć mogłam pierwszy raz w życiu. Zaczęłam krzyczeć w kasku z radości i serce mało mi nie pękło, że nie mam gdzie się tam zatrzymać. Zjechałam nieco niżej, zatrzymałam się i poczekałam na Emila (on puścił przodem kilka ciężarówek, żeby mieć możliwość poskładania się w zakrętach w szybszym tempie), żeby go namówić na powrót w tamto miejsce. Na szczęście okazało się, że jadąc pod górę jest tam mała zatoczka widokowa i mogliśmy zrobić sobie pierwszą sesję z chorwackim wybrzeżem w tle.

Dojechaliśmy do drogi numer 8, która jest przepiękna ze względu na widoki, jak i ilość zakrętów. Masa zakrętów, do znudzenia – 50km/h na zakręcie w prawo wewnątrz lądu i 70 km/h na zakręcie w lewo na zewnątrz, na zmianę wciąż i wciąż… A prawej stronie Adriatyk, cudne skalne wyspy, a czasem wielkie przepaście. Emil się śmiał, że zawsze jadę bliżej środka jezdni zakręty w lewo i widać to było nawet po śladach na tylnej oponie Yamahy. Robiłam to jakoś odruchowo, broniąc się przed zbliżaniem się do tej bezkresnej przestrzeni 🙂 . Najbardziej żałowałam potem, że nie założyłam w tym czasie kamerki na kask, byłaby moc z widoków i zakrętów!

Ruchu nie było wcale! Byliśmy tylko my, droga i widoki! (dopiero bliżej Makarskiej ruch był spory) Początkowo zatrzymywaliśmy się co chwilę, potem już się nieco z tym pięknem oswoiliśmy i zatrzymywaliśmy się w miejscach wybitnie robiących wrażenie. Z czasem jednak było ich też mniej. Mogliśmy jechać nieco szybciej, bo dopadło nas późne popołudnie, a do celu nadal 150 km! Jednak ta górna część drogi 8 z Senj pozostała najcudowniejszym fragmentem naszej podróży.

Z założenia żywiliśmy się podczas pobytu w Chorwacji w marketach, na pełne posiłki w knajpach nie było nas stać (raz 2 hamburgery za 70 zł i ryba z frytkami + karczek za 100 zł ostudziły nasz apetyt). Podczas upału też, nie chciało nam się jeść czegoś gorącego, zwykle jakieś serki, jogurty, rybka w pomidorach itp. A czasem to dopiero wieczorem orientowaliśmy się, że nie robiliśmy pauzy obiadowej wcale. Zwykle listę zakupów, która obejmowała rzeczy na kolację i dwa śniadania, ustalaliśmy razem, potem Emil je robił, a ja zostawałam z motocyklami i bagażem. Raz na zakupy poszłam ja i pech chciał, że kasa sklepowa nie chciała przyjąć mojej karty (choć płaciłam nią wszędzie za paliwo). Zaczęłam dzwonić po Emila, a ten akurat urządzał sobie pogaduchy z kolegą przez telefon! Poprosiłam o kolejną próbę i udało się, ale korek w kolejce zrobiłam niezły! I to był ostatni raz, kiedy dałam się namówić na robienie zakupów 😉 .

Do tej pory nie miałam okazji podróżować tak długo, więc już pod koniec pierwszego dnia moje pośladki „wołały” o litość, potem zaczęły mnie pobolewać łydki i kolana z długotrwałej, jednostajnej pozycji. Miałam ze sobą żelową nakładkę na siedzenie i początkowo wydawało mi się to świetnym rozwiązaniem. Jednak po dwóch dniach w upale wkładka zaczęła mnie odparzać przez motocyklowe spodnie. Zrezygnowałam z niej i o dziwo, już chyba mój organizm się przystosował do jazdy. Gdy ból zaczynał doskwierać to robiliśmy przerwy, choćby na kilka minut, ale z czasem robiliśmy je coraz rzadziej. Zdecydowanie pomagało mi przesuwanie pośladków do tyłu, na najszerszą część sercowatego kształtu kanapy Yamahy, gdzie wygoda była największa.

Pod Zadarem złapał nas jeszcze objazd – bardzo kręty i wąski, niezłe akrobacje, ale za to z cudnymi górami w tle. Zatrzymałam się na chwilę by zrobić zdjęcia, a potem goniąc Emila skręciłam w złą drogę! On przeczuwał, że mi to grozi, więc drogi nade mną strzelił takie „łutututu” swoim ścigiem, że od razu się zorientowałam, że miałam pojechać górą i zawróciłam. W dotychczasowej podróży były też znajome akcenty: widzieliśmy trabanta, a dziadek w Tico wymusił na Emilu pierwszeństwo 🙂 . A policja po tajniacku jeździ niebieskim VW Polo.

Mój metalowy bark był bardzo dzielny, jednak trzeci, pełny dzień za kierownicą dał mu już popalić. Miałam problem z utrzymaniem kubka wieczorem, ale na szczęście na kolejny dzień tych kilometrów było w planie nieco mniej, więc zrezygnowałam z użycia tabletek czy maści (miałam pełen zapas). Regeneracja nocna bardzo mi pomagała.

Dojechaliśmy na kolejne pole namiotowe Ninska Laguna w Nin, który nie był wysokich lotów. Woda na monety i do tego nieregularnie to działało, łazienki od dawna nie remontowane, jedynie widok z pola był całkiem niezły i było tam molo, które o tej porze nie dotykało akurat wody. Ale trzeba zaznaczyć, ze tam po raz pierwszy w życiu zrobiłam sobie fotkę pod palmą, a raczej jej miniaturką haha, na szczęście później upolowałam kolejne!

c.d.n.

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 1 i 2, przez Czechy, Austrię, Słowenię do Chorwacji

Spotkaliśmy się z Emilem ok. godziny 10 pod moim blokiem. Początkowo wyjazd był zaplanowany na 4 motocykle, jednak ostatecznie wyjechałam jedynie ja i Emil na Kawasaki ZX10. Razem ogarnęliśmy jakoś te mocowanie moich sakw, a potem z każdym dniem wychodziło nam to coraz lepiej. Ruszyliśmy z Wrocławia w stronę Kotliny Kłodzkiej, by tam przekroczyć pierwszą granicę, a przed nami w planie był 390 kilometrów.

Czechy powitały nas partią świetnych zakrętów na trasie 43, którymi byliśmy podekscytowani, bo jeszcze nie wiedzieliśmy, ile zakrętów wciąż przed nami! Po przejechaniu Brna wskoczyliśmy na drogę ekspresową, która była prosta, szybka i bardzo mnie zmęczyła. Zdecydowanie lepiej znoszę dużą ilość zakrętów, niż dużą ilość szybkiej, prostej trasy. Przy granicy z Austrią minęliśmy dwie, zupełnie odmienne miejscowości. Jedną można nazwać rozpustną, drugą handlowo-rozrywkową. W pierwszej były prawie same night cluby, a w drugiej sklepy bezcłowe i miejsca rozrywki dla dzieciaków.

Po wjechaniu do Austrii jechaliśmy przez kilkanaście małych, odpicowanych miejscowości. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że tak sobie jedziemy i jedziemy, a nie widzieliśmy żadnego człowieka! Żadnego, niedzielnego grillowania, czy spacerów. Kompletnie wyludnione zewnętrznie miejscowości, a sądząc po zaparkowanych autach – oni wolny czas spędzają po prostu w domach. Wyglądało to trochę jakby jakaś epidemia wybiła całą ludność w okolicy 😉 .

Co mi się spodobało? W miastach bardzo ładnie zaaranżowana jest zieleń, wszędzie zielono i sporo kwiatów. Na rondach kolorowe kwietniki lub… jeszcze fajniejsze fontanny. Łatwo było się zagapić na tych rondach i niechcący się wykąpać w takiej fontannie (co w upale może nie byłoby takie złe!). No i te zamki, pałace i ich ruiny praktycznie na każdej większej górce. Robiły niesamowite wrażenie, choć niewiele z tego udało nam się sfotografować, jadąc drogą bez możliwości zatrzymania się. Chciałabym tam wrócić!

Znaleźliśmy swój pierwszy kemping Donaupark pod Wiedniem (jeden z wielu trafnie wytypowanych przez google). Było sporo zielonego miejsca na namioty, a obok rozbili się także motocykliści, co dobrze wróżyło. Okazało się, że to para z Austrii w wieku emerytalnym! Ona litrowym Triumphem, a on sportowym turystykiem, jeszcze większej pojemności. Rozkładanie namiotu niby mieliśmy przed wyjazdem przećwiczone, ale jednak nie do końca, bo okazało się, ze pałąki mają różną długość i chwilę straciliśmy próbując ten dłuższy wcisnąć w miejsce krótszego haha. Obok namiotu była wierzba, która nie dawała mi zasnąć swoim, intensywnym szumem – musiałam włożyć do uszu stopery.

Pola namiotowe są tu wielonarodowościowe, z przewagą turystów mówiących po niemiecku, więc najbezpieczniej było rano mówić „morgen”. Generalnie nawigacją i rozmowami zajmował się głównie towarzyszący mi w podróży Emil, bo jako zawodowy kierowca międzynarodowy potrafił się odnaleźć w każdej sytuacji, jak nie słownie to na migi. Czasem mnie ktoś zagadywał, ale ani trochę nie byłam w stanie rozwikłać o co chodzi i zwykle kończyło się to uniwersalnym: „I don’t understand” 😉 .

Kolejny dzień rano znów zaczął się fantastycznie – idealnie równym, czystym i krętym asfaltem, drogami Neuwaldegger i Tullner na szczyt wzniesienia i na dół, z którego rozciągała się cudna panorama i widać było Wiedeń (smog nad nim też haha). Nie było tam ruchu i mogliśmy nacieszyć się tą trasą.

I z tego raju właśnie trafiliśmy na przedmieścia Wiednia. Horror! 50 kilometrów jechaliśmy 2,5 godziny, aż strach pomyśleć co tam się dzieje w centrum i jeszcze w godzinach szczytu. My mieliśmy już dość po tej próbce jazdy po Wiedniu. Ale ogólnie stan dróg jest bardzo dobry w tym kraju i bardzo spodobało mi się mrugające światło zielone, zanim zapali się żółte – to znacznie poprawia bezpieczeństwo.

Przez Słowenię jedynie przemknęliśmy ukradkiem, nawigacja poprowadziła nas jakimiś zadupiami, gdzie ilość kolorów i łatek na asfalcie był momentami porażający! Nawigacja tomtoma czasem robiła nas w konia, wysyłając gdzieś tylko po to, żebyśmy tam zawrócili. Wioski jednak były bardzo zadbane i czyste, trochę hodowli zwierząt na łąkach, a co jakiś czas mała kaplica, która przypominała miniaturkę kościoła.

Dotarliśmy do granicy, gdzie zaliczyliśmy pierwszą kontrolę dokumentów (a w sumie to jedynie dowodów osobistych) ze strony słoweńskich policjantów, bardzo zdziwionych, że my z Polski tak sobie jedziemy tędy. Po przekroczeniu granicy czekało na nas kilka zakrętów, ale jakich! Droga wąska jak ścieżka rowerowa, 180 stopni i z płaskiej powierzchni, od razu na wzniesienie. Było trudno i przez chwilę zastanawiałam się, czy tak się jeździ po Chorwacji? To ja wracam haha. Na szczycie była tablica, że właśnie oto znaleźliśmy się w Chorwacji!

Początkowo jechaliśmy wzdłuż pasma gór z licznymi miejscami wydobywania kamienia, co sprawiało, że widok momentami był oszałamiający. Tego dnia trasa 380 km zajęła nam calutki dzień (9-21), ale drogi w Chorwacji były cudne! Gładkie i super kręte! (szczególnie droga 35) Emil na ścigaczu czuł się jak ryba w wodzie, a ja już późnym popołudniem, ze zmęczenia miałam ochotę stanąć przy znaku ostrzegawczym o zakrętach, wyrwać go i po nim poskakać 🙂 . Ale przynajmniej zakręty były przyjemne i szerokie, a nie takie, jak na starcie przy granicy spotkaliśmy. Ogólnie od startu jechało się bardzo przyjemnie, jedynie jakaś żółta, agresywna skoda w Czechach podniosła mi ciśnienie.

Pod Zagrzebiem nocowaliśmy w Camp Zagreb, bardzo fajnym miejscu, przy jeziorku. Z jednej strony kumkały żaby w wodzie, a z drugiej grały świerszcze na łące. Zdecydowanie jednak spało się tam dobrze, tyle, że zaraz po przyjeździe musieliśmy się opsikać preparatami na komary, bo rzuciły się na nas jak na świeże mięsko. Przy okazji nad ranem otruć mnie chciał Emil, bo zobaczył z przerażeniem, że nad nami, przez wywietrznik wlatywały kolejne zastępy tych krwiożerczych stworzeń. Wyjął broń chemiczną i zaczął atak, a przy okazji mało mnie nie udusił, bo wszystkie opary spadły na mnie, na dole! To była hardcorowa pobudka!

c.d.n.

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Wycieczki małe i duże | Otagowano , , , , | Skomentuj

Moto-Chorwacja: przygotowania i pakowanie się

Podczas przygotowań do wyjazdu i pakowania się, braliśmy pod uwagę wszelkie okoliczności, w jakich możemy się znaleźć. Zadbaliśmy o to, by o nasze zdrowie zatroszczyli się specjaliści i by przy tym nie zbankrutować – wyrobiłam EKUZ (kartę z NFZ na leczenie zagraniczne) oraz zakupiliśmy dodatkowe ubezpieczenie podróżnika. Takie ubezpieczenie obejmowało pomoc medyczną i koszty leczenia, NNW, OC osobowe i ubezpieczenie bagażu (np. w razie uszkodzenia czy kradzieży sprzętu elektronicznego). Polecony broker przedstawił nam oferty i wybraliśmy najkorzystniejszy pakiet grupowy za 80 zł/os za14 dni. Poszukałam też lepszych stawek roamingowych u mojego operatora komórkowego.

Całą trasę wraz z punktami zatrzymania opracowałam jeszcze zimą. Korzystałam przy tym z blogów innych motocyklistów, którzy jechali już w tym kierunku, przewodnika oraz własnej fantazji. Jakoś nie miałam potem czasu, żeby przed wyjazdem do tego wrócić, ale Emil wgrał trasę w swoją nawigację i wszystko się jakoś kupy trzymało (nie przewidzieliśmy tylko tego, że 380 km czy 80 km – to tak samo zajmie nam cały dzień haha).

Trochę się martwiłam, że motocykl MT-07 przyjedzie na ostatnią chwilę, ale wszystko się udało. Serwis Yamahy Motorland przygotował mi go fachowo do wyjazdu, a dodatkowo poprosiłam o: montaż gniazda zapalniczki (do ładowania telefonu), czujnika GPS Ikol (do śledzenia mojej pozycji na mapie) oraz podwyższenia kierownicy (foto 3). Zawsze montuje takie podwyższenie w motocyklu, którym się będę poruszać, żeby odciążyć operowany bark. Z doświadczenia wiem, że jest to gwarancja dużo dłuższej jazdy bez bólu ręki. Żaba Frania też zajęła swoje, wypasione miejsce na motocyklu (fot. 1), choć w czasie jazdy (fot. 2) trudno jej było się tam utrzymać 😉

Na wyjazd otrzymałam super zestaw Belastar od Modeki, jednak miałam dylemat, w którym z moich kasków mam pojechać w długą i raczej gorącą podróż – Shark Vision R2 vs Nolan N40 full? Nolan jest super przewiewny, ma wielką szybę, daszek chroniący od słońca i wyjmowaną szczękę. Jednak jest głośny w trasie, nie jest wygodny wewnątrz i wszystko w nim skrzypi. Shark ma powiększoną szybę, ma możliwość zrobienia mini szczeliny między szczęką a szybą, jest super wygodny i cichszy. Jednak nie ma daszku i nie ma w nim „przeciągu”. Ostatecznie zdecydowałam się na Sharka i żałowałam tej decyzji jedynie przez dwa popołudnia, kiedy słońce niemiłosiernie grzało po twarzy i marzyłam o tym daszku. W pozostałe dni było mi mega wygodnie, pole widzenia pełne, szyja nie bolała i wcale nie było mi w nim za gorąco. Wybór ten więc, uważam za trafny.

Tak mi zajęły czas te wszystkie sprawy przedwyjazdowe, że pakowanie się zaczęłam dopiero ok. 18 w sobotę, a w niedzielę rano start! Na szczęście moje myśli już od dawna wirowały wokół wyjazdu, więc wszelkie zakupy poczyniłam wcześniej. Zostało mi tylko, albo aż – to wszystko ogarnąć!

Jak blondynka pakuje się na trasę? Z pewnością obszernie haha Jak mi Justyna powiedziała, że spakowała się na podobny wyjazd w 30 litrów to się złapałam za głowę! Nie ma szans! 😉 Na szczęście do mojej dyspozycji miałam dużą, wodoodporną torbę centralną Oxford RT60 oraz dwie boczne Oxford X50 od Inter Motors, czyli łącznie 110 litrów, ufffff!

Moją metodę pakowania można nazwać „kanapową”. Wyrzucam na kanapę wszystko, co tylko mam ochotę zabrać – to w etapie pierwszym. W etapie drugim chowam to, bez czego jednak się obejdę lub mogę to zastąpić wersją mniejszą. No a w trzecim, najtrudniejszym etapie – próbuję to wszystko spakować i z żalem serca zwykle wypada z torby coś jeszcze…

Torbę główną przeznaczyłam do transportu maty samopompującej (Hannah Lite – ekstra się sprawdziła, mała po złożeniu, a śpi się jak na materacu), śpiwora w worku kompresyjnym, dmuchanej poduszki (fajny pomysł, choć nieco hałasuje), bielizny na ok. 5 zmian, 3 kompletów bielizny termo (bluzka+getry), bo mało miejsca zajmują (jedna do spania, jedna na zimne dni merino i jedna uniwersalna), 5 koszulek termo.

Dlaczego stawiam na bieliznę termo pod strój motocyklowy? Głównie dlatego, że szybko schnie, więc po zatrzymaniu się w upale, nawet jak zwilgotnieje, to w mokrej nie jeździ się potem pół dnia, tylko dosłownie kilka minut. A przewiew wiatru po mokrym ubraniu wcale nie jest przyjemny, nawet jak panuje 28 stopni. Miałam też termo staniki bezszwowe (ekstra!) i bokserki, a jedynym słabym punktem były skarpetki zwykłe, bawełniane, więc wciąż wilgotne w trasie (muszę dokupić koniecznie lepsze). Jak zrobiłam pranie na kempingu to oczywiście termo ciuchy wyschły, a skarpetki wiozłam mokre w worku do dosuszenia w kolejnym miejscu. Zakup odzieży szybkoschnącej i oddychającej może się wydawać sporym wydatkiem, gdy kupujemy marki z wyższej półki. Ja zwykle czytam opinie na forach o markach alternatywnych (sprawdzonych przez użytkowników, uprawiających sport) i z zadowoleniem z nich korzystam. A zakupy robiłam w okresie zimowym, kiedy mam mniej wydatków na paliwo 🙂 .

Wracając do torby głównej – zmieściłam tam jeszcze kosmetyczkę z przyborami łazienkowymi, mini-suszarkę składaną, buty do chodzenia po kamieniach i wodzie, duży ręcznik szybkoschnący z Decathlonu (zdecydowanie ten kudłaty polecam, nie gładki) oraz klapki pod prysznic. Gdyby pogoda nie dopisała, to stwierdziłam, że po kempingu mogę ewentualnie chodzić w butach motocyklowych.

Torba po mojej prawej ręce była od zadań technicznych, czyli zawierała dodatkowe siatki, gumy mocujące, pokrowce przeciwdeszczowe na boczne sakwy. Olej motocyklowy, spray do łańcucha oraz podkładki pod stopki motocykli od Fuchs Silkolene. Apteczkę oraz dodatkowy zestaw tabletek, żeli, plastów, na każdą okazję, niezbyt miłą (przydała się Smecta, ale o tym później).

Torba po ręce lewej była spożywcza, więc tam trzymałam zestaw garnków do gotowania (pakowane jeden w drugi, ale głównie to wodę gotowaliśmy rano i wieczorem), noże, sztućce wielofunkcyjne, kubek, talerze z tworzywa, kilka zupek chińskich na czarną godzinę (bo jestem w stanie przełknąć tylko „Złotego Kurczaka” z Vifona), wodę na start i kanapki (resztę kupowaliśmy na bieżąco w marketach), małe pojemniczki z solą, cukrem, i koniecznie – kawą! Zmieściła mi się tam jeszcze podręczna saszetka z wszelkimi dokumentami, które się mogły w trasie przydać. Emil miał dodatkowo w swoim bagażu namiot, mini-kuchenkę gazową i naboje do kompletu.

O ile boczne kufry zamknęły się, a po powiększeniu miały nawet nieco luzu, to główny wymagał lepszej aranżacji 🙂 Najbardziej spodobał mi się ten sposób zamykania poprzez rolowanie. Koniec z nadwyrężonymi i rozwalającymi się zamkami! Upchać, zawinąć i zapiąć klamerkami, żeby się nie rozwinęło – cudo!

Jakoś o 22 jakoś skończyłam, wzięłam prysznic i padłam spać! Bałam się, że z wrażenia grozi mi bezsenność, ale ze zmęczenia jednak wcale mi nie groziła haha. Jedynie rano wstałam wcześniej, niż zwykle, bo zaczęło się podekscytowanie wyjazdowe!

c.d.n.

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Wycieczki małe i duże | Otagowano | Skomentuj