Wrak-Race w Bagnie

Z tygodniowym opóźnieniem pokazuję Wam fajne zawody, na których miałam okazję być. Od zawsze chciałam zobaczyć wyścigi wraków, ale jest to „dyscyplina”, która świetnie przyjęła się na Górnym Śląsku, a na Dolnym Śląsku bardzo słabo. Tak się złożyło, że ostatnio robiłam wywiad z sympatyczną zawodniczką takich zawodów: Agnieszką Zielonką i postanowiłam przejrzeć kalendarz imprez tej serii. Chyba miałam jakieś przeczucie, bo się okazało, że właśnie w najbliższą sobotę mam takie zawody prawie pod domem! Imprezie towarzyszył mały zlot starych motocykli i samochodów:

Cały wyścig odbywał się po prostu na polu, tuż po żniwach, a w pewnym momencie ściernisko zaczęło się na torze palić, ale obecna obok Straż Pożarna szybko sytuację opanowała. Przejeżdżające samochody wzbijały tumany kurzu i czasem ciężko było dostrzec, co się właściwie na torze dzieje. Na szczęście kurz unosił się w przeciwnym kierunku, niż miejsca dla widzów (choć nieco piasku w zębach dało się poczuć).

Sama rywalizacja polegała na wyścigu w grupach ok. 5 samochodów. Z kolejnych etapów wyłaniano tych, co trasę przejechali w miarę bezbłędnie i ruszały kolejne rundy, aż do finału. Na koniec miały być jeszcze skoki finalistów z małej skoczni, ale w końcu uznano, że to grozi dachowaniem i nic takiego się nie odbyło.

Wraki nie mogą kosztować więcej, niż 1000 zł. Można je modyfikować, większość z nich nie wygląda zewnętrznie dobrze, ale jadą całkiem żwawo i agresywnie, co skutkuje świetnym widowiskiem, szczególnie, że wraki ciągle na siebie wpadają. Warto zobaczyć takie zawody na żywo!

Facebook Comments
Opublikowano Wycieczki małe i duże | Otagowano | Skomentuj

Motocyklowi terroryści…

Wielokrotnie podczas tego weekendu było mi wstyd za motocyklistów, w szczególności za grupy, które nie miały żadnego poszanowania dla zakazów wyprzedzania ani ograniczeń prędkości. Na złamanie karku i nie ważne, czy podwójna ciągła, wzniesienie, zakręt, krzyżówka… Ręce opadają.

Ale od początku – na trasę wyjechałam w piątkowe popołudnie i każdy wie, że jest to czas zwiększonego ruchu. Momentami jechałam w bardzo długich ciągach samochodów, wyprzedzając, gdy warunki na to pozwalały. Taki ciąg poruszał się z prędkością 90-100 km/h, więc nie mówimy to a jakiejś wielkiej tragedii. Jednak znaczna ilość motocyklistów traktuje taką sytuację, jak jakąś karę, wstyd i hańbę.

Zaczęło się niewinnie, jeden poleciał na zakazie wyprzedzania i podwójnej ciągłej, potem było już tylko gorzej… Kolejny wyprzedzał ze znaczną prędkością w ten sam sposób i swój manewr kontynuował nawet na szczycie wzniesienia. Następna była grupa motocykli, która urządziła sobie szybkie wyprzedzanie w miejscowości i pomiędzy pasami z wysepkami. W niedzielę nie było lepiej – rekordziści przewinień to grupa, która wyprzedzanie prowadziła przez pas wyłączony z ruchu, pas do skrętu, następnie centralnie przez spore skrzyżowanie, by znów zakończyć na pasie wyłączonym z ruchu i podwójnej ciągłej. Niebezpiecznie, nadmiernie szybko, nadmiernie głośno – tak właśnie jeżdżą drogowi terroryści.

Nie wiem w jakim świecie żyłam do tej pory, ale zawsze trzymałam stronę motocyklistów, nawet jak ktoś w ich kierunku pluł jadem. Wierzyłam w te te żale, że to „puszki” są złe i wymuszają. A na 350 przejechanych w weekend kilometrów, widziałam tylko 2 puszki wyprzedzające kogoś na podwójnej (reszta grzecznie trzymała rząd), a jednocześnie ponad 30 motocyklistów (w różnych konfiguracjach) wyprzedzało na: podwójnej, pasach, wzniesieniu i dużych krzyżówkach. Wśród samochodów czułam się bezpieczniej, niż wtedy jak nadjeżdżała grupa wściekłych motocyklistów i nie wiedziałam, co im zaraz uderzy do głowy…

Na podstawie tych obserwacji i komentarzy pod moim postem na facebooku – napisałam taki kodeks, którym kierują się właśnie motocyklowi terroryści:
1. Na drodze jestem „świetą krową”, nakazy i zakazy nie dotyczą mnie.
2. Na pasach trzeba wyprzedzać szybko, żeby zdążyć przed pieszym.
3. Jak jest Ci za gorąco to znaczy, że uległeś/aś marketingowej manipulacji i niepotrzebnie ubrałeś/aś motocyklową odzież lub za wolno jedziesz – wtedy zdecydowanie przyśpiesz.
4. Wyprzedzanie na wzniesieniu jest bezpieczne na motocyklu, bo przecież siedzisz wyżej – widzisz więcej.
5. Na skrzyżowaniu jest najwięcej miejsca do wyprzedzania.
6. Nie daj się złapać, zainstaluj Yanosika.
7. Pas do skrętu i wyłączony z ruchu też służy do wyprzedzania.
8. Ograniczenia prędkości są dla mięczaków.
9. Linia ciągła to nie mur.
10. Prawdziwe zagrożenie na drogach to kierowcy w „puszkach”.

Zawsze pierwsi w szeregu, zawsze najszybsi – tylko jakim kosztem?

Facebook Comments
Opublikowano O czym myśli blondynka? | Otagowano | Skomentuj

Popołudnie z Modeką i Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdrój

Weekend spędziłam w Kotlinie Kłodzkiej, a że akurat w Ludwikowicach Kłodzkich była baza sobotniego wypadu On-Off z Modeką, to Justyna namówiła mnie, żeby tam wpaść. Impreza wprawdzie ruszała z Wrocławia i miała do wyboru trasę asfaltową i terenową, ale na miejscu był motocyklowy obiadek i wiele przydatnych w podróżowaniu wskazówek, które zdradzał Tobiasz Kukieła. Miejscówka świetna – w drewnianej altanie obok zbiornika wodnego i super spędzony czas:

Wracając, przejeżdżałam przez Nową Rudę, dwa wyznaczone pasy, szerokie chodniki, widoczne pasy – to tak jakoś mi nie wyszło te 50km/h w zabudowanym 🙂 . Wychodzę z zakrętu a tu policjanci! Palce mam zawsze na klamkach to wyhamowałam w trybie ekspresowym i jadę sobie, jak gdyby nigdy nic…. Pan policjant wymierzył we mnie radar, a że nie miał już za co mnie zatrzymać, to jedynie uśmiechał się, że taki mam dobry refleks. Niezła ulga, bo mandaty kosztują.

W niedzielę postanowiłam odwiedzić Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdrój, bo po pierwsze – nigdy tam nie byłam, a po drugie trwały tam dni otwarte i były atrakcje dodatkowe. Piękny jest sam budynek tego muzeum, a dodatkowo w środku zachowały się dwa prywatne pokoje właścicieli z ręcznie malowanymi ścianami i sufitami (na drewnie). Muzeum wprowadza dogłębnie w temat historii papiernictwa i mimo darmowego wstępu – przewodnik dokładnie o wszystkim opowiadał. Na parterze jest pełen przegląd surowców, maszyn i produktów z papieru.

Piętro wyżej zetkniemy się ze współczesną sztuką tworzoną z papieru, choć czasami tego wcale nie widać. Jak to współczesna sztuka – nie zawsze jest łatwa w odbiorze, nie zawsze zachwyca i część eksponatów ominęłam szerokim łukiem haha

Ostatnie piętro się poświęcone, głównie polskim banknotom. Tym w obiegu kiedyś i dzisiaj, ale także wzorom niewprowadzonym oraz banknotom stworzonym przez kolekcjonerów. To też sala najbardziej multimedialna z dotykowymi stołami i urządzeniami do testowania banknotów. A na dziedzińcu rozłożyły się ekologiczne stragany, odbywały się konkursy, koncerty, zajęcia dla najmłodszych.

Wszystko przemknęłam dość szybko, bo było nieznośnie gorąco i zdecydowanie lepiej było jeździć, niż stać – co też uczyniłam 🙂 .

Facebook Comments
Opublikowano Wycieczki małe i duże | Otagowano | Skomentuj

Test nawigacji motocyklowej Navitel G550

Ostatni miesiąc przejeździłam z nawigacją Navitela, która przełamała wysoki próg cenowy dla motocyklowych nawigacji (599 zł) i jest całkiem dobra. Swoje wnioski opisałam pod tym linkiem:
www.motocaina.pl/artykul/test-nawigacji-motocyklowej-navitel-g550

Nie ma tam nadmiaru funkcji, ekran też jest taki sobie – ale spełnia swoje zadanie, dobrze obsługuje się ją w rękawicach, jest wodoodporna i prowadzi do celu 🙂

p.s. Żaba Frania ma w końcu z kim pogadać haha

Facebook Comments
Opublikowano Testy | Otagowano , | Skomentuj

Melduję się :-)

Chwilkę mnie nie było, a to z powodu „życiowej zawieruchy” – niby jestem bezrobotna, a od rana do nocy zajęta. Przeprowadziłam się do Brzegu Dolnego i od 1 sierpnia zaczynam tu też pracować.

Dwa tygodnie temu, nad jeziorkiem w Bielawie, miałam okazję przejechać się nowym motocyklem Justyny – Hondą CB500X. Bardzo podoba mi się sylwetka tego motocykla, lekkość, pozycja za kierownicą. Jechałam tylko chwilę i wiem, że musiałabym się przyzwyczaić do tego typu motocykla, bo jednak najczęściej jeżdżę nakedami i nieco mi brakowało w nim tego pazura. Z pewnością taki motocykl ma sporo plusów np. podczas jazdy bezdrożami.

Miałam też pewną wtopę, ponieważ wymarzyłam sobie motocykl na ścianie w sypialni. Niby nic trudnego: nakleić szablon, pomalować po nim, zdjąć i gotowe! Tjaaaaaaaa… Był taki tester na ścianę, co niby służył do sprawdzenia, czy farba nie zejdzie – nakleiłam, odczekałam, zdjęłam i wyszło OK. Przystąpiłam więc do wyklejania szablonu – strasznie ciężko go zdjąć tak, żeby został na folii transportowej. Potem pyk na ścianę i znowu trzeba się nagimnastykować, żeby na niej został. Ładnie go docisnęłam, pomalowałam przy pomocy gąbki (jak było w opisie), a używałam farby satynowej, żeby było pod kolor wystroju. Odczekałam, potem drugi raz pomalowałam, aż nastąpiła chwila prawdy – a raczej KATASTROFY! Odklejany ze ściany szablon zdjął nie tylko farbę pod szablonem, ale i w wycięciach szablonu i… jeszcze jedną warstwę farby od poprzedniego właściciela! Porażka na całej linii!!! Zostałam z kilkuwarstwową dziurą w malowaniu ściany. Zamalowałam to farbą podstawową, ale nierówność została i muszę tam teraz coś powiesić. Więc ku przestrodze – szablony nie nadają się do nowoczesnych farb, lateksowych, satynowych. Myślę, że jedynie spray lub zwyczajna farba niezmywalna mogą się do tego nadawać.

A ubiegłą sobotę postanowiliśmy z Emilem zrobić sobie małą wycieczkę po okolicznych, zrujnowanych (niestety) pałacach. Okazało się jednak, że dwie, kolejne godziny spędziliśmy w garażu na próbach odpalenia Kawasaki ZX10 Emila (bo zostawił wpiętą nawigację motocyklową na kilka tygodni). Akumulator umarł na amen, więc chcąc ratować wycieczkę, zgodziłam się być pasażerką na własnym motocyklu. Emil już go prowadził, więc obyło się już bez kangurków i szarpania biegami, jak to miało miejsce za pierwszym razem. Dostał tylko dwa razy ochrzan za 120km/h w zakręcie (Ci na ścigach tak mają), bo ja umrzeć na zawał w tak głupi sposób nie zamierzam. Jadę to wymagam! haha

Historia pałaców pod Oleśnicą jest z grubsza podobna – kiedyś olśniewały, potem zostały włączone do terenów PGR-ów, również jako budynki mieszkalne i postępowało ich zaniedbanie. Bogactwa wywiezione (min. do Warszawy), reszta rozkradziona, a przez dziurawe dachy zniszczenie postępowało szybko i zostały już tylko ruiny z dawnej świetności.

Pałac w Boguszycach został wzniesiony przez Konrada von Randow w połowie XIX wieku (fot. 3-4). A bardziej obecnie zniszczony pałac w Brzezince budowany był od 1725 roku dla rodu von Kospoth oraz bogato zdobiony na styl francuski przez licznych artystów i wyposażony w wiele cennych dzieł sztuki (fot. 1-2).

A to zastaliśmy na miejscu:

Boguszyce


Brzezinka

p.s. Jestem w trakcie testowania budżetowej nawigacji motocyklowej Navitel G550. Póki co oceniam, że dobrze reaguje na dotyk w rękawicy i nawet w słońcu jest czytelna. Więcej napiszę, po większej ilości jazd.

Facebook Comments
Opublikowano O czym myśli blondynka?, Wycieczki małe i duże | Otagowano , , | Skomentuj

A w życiu dużo zmian

Przez kolejne dwa tygodnie nie będę się udzielać motocyklowo, więc i nie będzie nowych wpisów. Zdecydowałam się na wyjazd motocyklem do Chorwacji, mimo utraty pracy, więc teraz jestem w punkcie kompletnych zmian w życiu. Od weekendu rozpoczynam wyprowadzkę z Wrocławia – przenoszę się do innego miasta, gdzie mam możliwość tańszego mieszkania i tam będę od nowa urządzać życie oraz szukać pracy. Trzymajcie kciuki!

Jak tylko stanę na nogi – odezwę się!

A tu Chorwacja w skrócie: www.motocaina.pl/artykul/chorwacja-raj-dla-motocyklistow-23733.html

Facebook Comments
Opublikowano O czym myśli blondynka? | Skomentuj

Testy, testy, testy…

Dzięki współpracy z Yamahą, Modeką i Inter Motors podczas swojego wyjazdu do Chorwacji mogłam testować motocykl MT-07, odzież i tekstylne sakwy. Miałam to szczęście, że produkty, które otrzymałam w pełni spełniły moje oczekiwania, a opisuję je w poszczególnych artykułach na motocaina.pl :

– Yamaha MT-07 w podróży

– Jasny komplet odzieży damskiej Modela Belastar Lady

– Sakwy tekstylne, boczne Oxford X50 oraz centralny rollbag Oxford RT60 od Inter Motors

– Letnie rękawice Modeka Air Ride

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Testy | Skomentuj

Pojechałam z Ikolem

Podczas mojej wycieczki do Chorwacji mogliście śledzić online moje położenie na mapie. Było to możliwe dzięki małemu nadajnikowi GPS o nazwie Ikol:

Podłączenie Ikola do motocykla wymaga podpięcia 3 przewodów: czerwonego zasilania, czarnego uziemiania i białego do zapłonu. Sam czujnik należy umieścić nieruchomo, naklejkami skierowany ku górze, sprawne połączenie potwierdza ciągłe światło diody niebieskiej po ok. 2 minutach od uruchomienia i zaczyna rejestrować swoje położenie.

Jeżeli w naszym motocyklu znajduje się taki czujnik Ikol to zyskujemy możliwość śledzenia jego położenia w każdym momencie poprzez komputer lub aplikację na smartfonie. Gdy np. nasza wycieczka jest długa i odległa, to możemy udostępnić taki podgląd najbliższym lub też zupełnie publicznie na stronie www. Historię własnych podróży motocyklem, także tych offroad (jest wodoodporny) – można przeglądać nawet do 12 miesięcy wstecz.

Po założeniu konta i zalogowaniu się uzyskujemy dostęp do wszelkich danych dotyczących jazdy. Możemy tworzyć raporty z jazdy, a z mapy odczytać odległości, prędkości (rozróżnione kolorami), miejsce i czas przerw oraz wyłączenia zapłonu. Taki raport możemy zapisać, wydrukować lub wysłać.

Jeżeli ktoś nam motocykl zdecyduje się ukraść – tak samo łatwo będzie można go zlokalizować, a dodatkowo pomaga w takiej sytuacji specjalne Centrum Operacyjne 24/7. Możemy także ustawić sobie alarmowanie, gdy motocykl zmieni położenie, przekroczy jakiś obszar (miasta, województwa, kraju) lub prędkość, co może się przydać też, gdy np. komuś go użyczymy. Czujnik charakteryzuje niski pobór prądu, dlatego nie wyczerpuje on akumulatora, a także ma wbudowaną baterię, dzięki której będzie działał nawet do 7 dni, po odcięciu zasilania od akumulatora. Więcej na: ikol.pl

Facebook Comments
Opublikowano Testy | Otagowano | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 10 i 11, powrót przez Węgry, Słowację do Polski

Rano dość szybko się spakowaliśmy i wystartowaliśmy o 9 w stronę słowackiej granicy, do pokonania było ok. 380 km. Kilometry leciały dość szybko, bo nie było już tak kręto. Początkowo przez kolorowe pola i winnice, następnie droga 82 – fajna też, a jak dojechaliśmy do krajowej 66, to już był tam spory ruch i mnóstwo ciężarówek. Po drodze zatrzymaliśmy się na smaczny, choć mały obiad w ludowej knajpie i w pięknych okolicznościach przyrody (górskie pasma ciągną się przy trasie od Bańskiej Bystrzycy) pokonywaliśmy kolejne kilometry, czasem całkiem kręte.

Zwykle prowadziłam, bo było sporo wyprzedzania. Potem odbiliśmy w bok w stronę Mikułasza, gdzie zamówiliśmy nocleg w Privat Abeta (Pavlova Ves), ponieważ wszystkie znaki na ziemi i niebie znowu zapowiadały burze i znaczny spadek temperatury. Tak też zresztą było… a my w fajnym domku z własną kuchnią i łazienką oraz cudownymi pierzynami.

Rano czekał na nas ostatni dzień wycieczki (ok. 400 km), słowacka kręta droga numer 584 z widokiem na niskie Tatry. Ruszyliśmy, minęliśmy Tatralandię i zamarzłam – okazało się, że ubrałam się zdecydowanie za lekko, jak na górskie warunki o poranku. Zatrzymałam się i ubrałam cieplej. Droga była cudna, równa i kręta, jednak musieliśmy na niej uważać, bo ulewa naniosła sporo piasku w zakrętach. Po drodze mijały nas wozy porządkowe, które spłukiwały i zamiatały asfalt w obie strony (szok!). Stawaliśmy czasem na fotki, mijaliśmy fajną zaporę, ale drugie śniadanie postanowiliśmy już zjeść po stronie polskiej.

Do ojczystego kraju wjechaliśmy przez Beskidy. Ależ tam były cudne widoki! Choć asfalt momentami tragiczny, potem wskoczyliśmy na równą, krętą drogę 941. I to by było na koniec z atrakcjami i widokami.


Przebiliśmy się w bólach przez Górny Śląsk, obiadek i trasa 45 w stronę Opola, potem 94 do Wrocławia. Plus z tego taki, że kilometry w miarę szybko nakręcaliśmy, ale jazdę po Polsce uważam za najbardziej męczącą i stresującą z całej wycieczki. Znów trzeba mieć czujność na każdego kierowcę obok i ciągle wyprzedzać jakieś „zawalidrogi”. Wróciliśmy do kraju, domu i rzeczywistości, w której żyć jakoś teraz trzeba 🙂 . Za to bogatsi w doświadczenia, mający w głowie jeszcze te cudne widoki i kolejne spełnione marzenie w kieszeni…

Myślę, że czerwiec i wrzesień to najlepsza pora na motocyklowe objeżdżanie Chorwacji. Temperatury ok. 30 stopni są do wytrzymania, ceny są ciut niższe, niż w sezonie. A przede wszystkim nie ma wtedy już tłumów turystów na plażach, w atrakcyjnych punktach i na drogach, dzięki czemu można swobodnie cieszyć się jazdą po krętych drogach i cudnymi widokami! Z całego serca polecam ten kierunek i z pewnością tam jeszcze wrócę!

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Wycieczki małe i duże | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 8 i 9, Balaton

Kolejnego dnia udaliśmy się w stronę granicy węgierskiej. Zmęczenie dopadło mnie straszne, psychiczne i fizyczne. Ostatnie zakręty przed granicą przejeżdżałam na wprost, albo na kwadratowo, jeżeli tylko nic z przeciwnej strony nie jechało. Nie wiedziałam, że można czuć takie zmęczenie, by nie mieć siły się składać w zakrętach haha.

Na granicy dokumenty nasze i motocykli zostały sprawdzone przez policjantów z obu krajów. Zatrzymaliśmy się w cieniu na pauzę i pan z posterunku podszedł do nas, spytać czy wszystko OK i nawet zaproponował nam sprawdzone miejsce na obiad.

Na Węgrzech urzekło mnie zachowanie motocyklistów, którzy witali nas uniesioną dłonią z daleka. Drogi węgierskie całkiem nam przypominały polskie, czasem gładkie (zwykle na skrzyżowaniach z większą drogą), ale częściej łata na łacie, koleiny i wyboje. Wszędzie sporo wozów policyjnych i ustawionych nad drogą, olbrzymich fotoradarów. Ale nie narzekaliśmy, bo w tym kraju chociaż było nas stać na jedzenie: obiad dwudaniowy, mięsny z napojami i kawą dodatkowo, dla dwóch osób kosztował ok. 70 zł. Testowaliśmy słynne, węgierskie gulasze, choć ciężko tu było coś wybrać z menu, bo język węgierski w mowie i w piśmie nie jest łatwy, raczej zupełnie niezrozumiały.

No i upolowaliśmy dwie (niebieska z Chorwacji, zielona z Węgier), bardzo zabawne z punku widzenia naszego języka, tablice:

Dotarliśmy do Balatonu, który pierwszego dnia jakoś nas nie zachwycił, zapewne to dlatego, że mieliśmy w głowie jeszcze cudowne widoki z Chorwacji. Znaleźliśmy pole namiotowe Tomaj Camping w dobrej cenie, dobrą oceną w necie też, jednak w weekend chyba tam nikt nie sprzątał, bo warunki w łazienkach były masakryczne. Narozlewana woda, trupy owadów wszędzie i generalnie słabo z czystością. Zostaliśmy nad jeziorem jeden dzień dłużej, to już obsługa nieco ten bajzel ogarnęła.

Namiot rozbiliśmy blisko wody, niedaleko był bar z posiłkami i napojami, bujane ławki na łańcuchach i niestety nieczynne już molo. W nocy spałam słabo, bo zaczęło lać i grzmieć, a wiadomo, jak to w namiocie – wszystkie dźwięki są jeszcze bardziej wyostrzone. Kolejna burza przeszła bokiem ok. 4 rano. Poranek powitał nas na szczęście czystym niebem, skusiliśmy się nawet na zamówienie jajecznicy i kawkę nad wodą. Dzień ten przeznaczyliśmy na straty haha, czyli na odpoczynek a nie jazdę, bo bardzo tego potrzebowaliśmy. Moja chora ręka też już była zajechana, a przed nami zostały dwa dni po prawie 400 kilometrów.

Odpoczęliśmy po śniadaniu i dotarło do mnie, że mam nic nie robić? Ale jak to? Haha Zaraz wszystko przemyślałam i zaczęłam namawiać Emila, że skoro jutro trzeba przejechać całą Słowację, to my nic z tego Balatonu nie zobaczymy! Wniosek – trzeba go obejrzeć teraz, już, zaraz 🙂 . Emil początkowo był przeciwny, mówił, że mogę pojechać przecież sama. Ale już po chwili zmienił zdanie i stwierdził, że w sumie do Balatonfured, te 40 km, można by się przejechać na jednym motocyklu. I tak to zamiast leżenia plackiem na plaży, znów byliśmy na motocyklu – to już chyba uzależnienie?

Dojechaliśmy do jakiegoś deptaka z pamiątkami, gdzie zaparkowaliśmy i tam też zaopatrzyliśmy się w upominki dla rodziny i znajomych (a dla niektórych już wieźliśmy Proseco z Chorwacji). Przespacerowaliśmy się promenadą i doszliśmy do małego portu, kupiliśmy sobie lody. Wszystkie plaże były prywatne i odpłatne, ale fajne jest to, że do miasteczek przy jeziorze można dojechać pociągiem.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy fajnych koniach z drewnianych klepek i militarnym muzeum. Ruch był spory i markety pozamykane, bo się okazało, że w poniedziałek jest u nich jakieś narodowe święto. Udało nam się dorwać mały sklepik, ale Emil przyniósł piwo, zamiast chleba, mówiąc że zakupy alkoholowe wychodzą mu najlepiej. Patrzę, a on niesie Radlery 0%, czyli chyba jednak nie! Haha W kolejnym sklepie udało się już kupić cudny, prawdziwy, długo świeży i mięsisty węgierski chleb oraz białego, półsłodkiego Tokaja na wieczór.

A wieczór był cudny! Zjedliśmy późny obiad, wzięliśmy sobie Tokaja na tą bujaną ławeczkę i wreszcie luuuuuzik. Woda Balatonu jest niby turkusowa z daleka, ale z bliska mocno mętna, a po wejściu do niej już całkiem brunatna. Tuż przed snem Emil mi przypomniał, że miałam zszyć żabę, bo jej głowa odpadła. Wyciągnęłam mini zestaw z igłami, zszyłam i poszłam spać. Rano się okazało, że Żaba Frania ma plecy z przodu! I chyba z tego powodu żaby w szuwarach tak rechotały głośno całą noc haha.

Facebook Comments
Opublikowano Bieszczady, Wycieczki małe i duże | Otagowano | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 7, Park Narodowy Jezior Plitwickich

Kolejnego dnia naszej wycieczki stała się rzecz niebywała – pojechałam motocyklem bez kompletnego stroju, pierwszy raz w życiu! Oczywiście nie polecam naśladowania i moje samopoczucie na motocyklu bez ubrania, też było okropne. Jechało mi się źle i bardzo niepewnie, żar z silnika buchał na łydki i generalnie miałam stresa, bo zawsze mam strój na motocyklu. Wszystko dlatego, że był upał, do przejechania jedynie 7 kilometrów, a do chodzenia ok. 4,5 godziny. Samobójstwem byłoby więc zwiedzanie Parku Narodowego Jezior Plitwickich w całym rynsztunku. Dzięki uprzejmości pani, u której wynajmowaliśmy pokój, mogliśmy zostawić nasz dobytek u niej.

Na to zwiedzanie przypadła sobota, więc obłożenie turystyczne było znaczne. Czekaliśmy w kolejce po bilety dłuższą chwilę, a kolejka rosła i rosła, aż zrobił się z tego niezły wąż. Mnóstwo przewodników wycieczek z kolorowymi parasolkami, żeby za tym punktem podążały ich „owieczki”. Na koniec się okazało, że nie można płacić w euro, ani kartą i pani odesłała Emila do kantoru obok (ceny to ok. 60 zł/os, a w sezonie będzie już 100 zł). Na szczęście do kasy mógł wrócić bez kolejki.

Park robi mega wrażenie, jest tam idealnie czysto, żadnych śmieci i zanieczyszczeń – woda krystaliczna! Natura w czystej postaci, a wśród niej drewniane deptaki, głównie bez barierek (jedynie przez przejściach w górę były), którymi podążają tłumy turystów. Jedna osoba robiąca zdjęcie potrafiła zrobić korek w poruszaniu się na kilka minut. Strach pomyśleć, co tam się dzieje w pełnym sezonie! Szybko dotarło do nas, że sukcesem będzie takie wyprzedzenie zbiorowych wycieczek, by spacerować już w grupie pojedynczych turystów.

Park składa się z kilku jezior położonych piętrowo, dzięki czemu woda przemieszcza się z najwyższego jeziora do niższych, tworząc bajeczne wodospady w skałach, kępach traw, a nawet na całej powierzchni lasu. Woda zmieniała swój kolor, ryby pływały blisko kładek, a wszystko, nawet na dnie – było doskonale widoczne. Cuda natury! Dotarliśmy do punktu, gdzie kolejny odcinek powinniśmy pokonać statkiem. Jednak, gdy zobaczyliśmy tą gigantyczną kolejkę do statków, w pełnym słońcu – to postanowiliśmy zrobić sobie pauzę na drugie śniadanie, a potem trasę tą przejść jednak pieszo. Mieliśmy moment zwątpienia, że to bardzo daleko, ale ścieżka wzdłuż jeziora była zacieniona i jakoś pół godzinki nam zajął ten średniej prędkości marsz. Przez chwilę grzmiało i szły czarne chmury, ale na szczęście wiatr je przegnał bokiem.

Dotarliśmy do punktu, gdzie musieliśmy jednak poczekać na malutką przeprawę statkiem, by kontynuować trasę. Tutaj statki kursowały zdecydowanie częściej, więc i czekania nie było dużo. Mogliśmy dotrzeć spacerkiem, kładeczkami do najwyższych jezior.

Drogę powrotną zaplanowaliśmy specjalnymi wagonikami z jedną przesiadką (statki i wagoniki są bez dodatkowych opłat), bo nogi już nieźle bolały, szczególnie, że chodziliśmy cały czas w tych naszych bucikach do wody 😉 . Pojazd jechał powoli, bo wciąż po leśnych serpentynach.

Gdy wysiedliśmy z drugiego pociągu, Emil wpadł w panikę, mówił „no zabijesz mnie!” i zaczął wracać tą samą drogą, mocno czegoś na ziemi wypatrując. Już myślałam, że zgubił dokumenty, a on zgubił Żabę Franię, która w jego kasku obeszła cały park! Gdy wsiadł do wagonika, to kask położył na kolanach i prawdopodobnie wtedy żaba wyleciała. Szybko wskoczył do naszego wagonu, załadowanego już w drogę powrotną na szczyt i na szczęście wypatrzył żabę pod nogami turystów. Ledwo wysiadł z nią przed zamknięciem drzwi wagonu. Oddał mi ją z ulgą i stwierdził, że przecież żaba musi z nami skończyć tą wycieczkę! Uśmialiśmy się i wróciliśmy na parking, rzucając okiem z góry na panoramę parku.

Wychodząc postanowiliśmy coś zjeść i dosiadła się do nas para z Kazachstanu. Sympatycznie sobie pogadaliśmy o naszej pasji motocyklowej głównie i wskazaliśmy im kilka miejsc, które warto zobaczyć. Pani stwierdziła, że po rosyjsku to z każdym słowackim językiem da się pogadać. Po powrocie załadowaliśmy torby na motocykle i ruszyliśmy na nocleg do sprawdzonego już Camp Zadar, który nas w Chorwacji witał i żegnał.

Facebook Comments
Opublikowano Chorwacja, Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Skomentuj

Moto-Chorwacja: dzień 6, droga numer 1

Trafiliśmy do punktu docelowego i trzeba było rozpocząć drogą powrotną trasą numer 1. Początkowo chcieliśmy dotrzeć do niej górską drogą, ale prognozy pogody straszyły nagłymi ulewami, więc zdecydowaliśmy, że wrócimy kawałek ósemką, by potem wpaść na jedynkę (ok 300 km). Dzięki temu mogliśmy jeszcze na chwilę zatrzymać się w Omiś, gdzie zachwyciły mnie fajne wieże wkomponowane w skały, stare budownictwo i wąskie uliczki.

Trasa nr 1 jest początkowo bardzo szeroka, prosta i kilka razy można przejechać się tunelami w skale, co było fajnym doświadczeniem. Byłam nieco zaniepokojona, że tak ma wyglądać ta droga powrotna, ale na szczęście później już było o wiele lepiej. Droga zrobiła się węższa i bardzo kręta, przy czym zakręty te miały zawsze bardzo bezpieczny profil i nawet jak wpadało się w zakręt 180 stopni – to był on poprowadzony na tak dużej powierzchni, że można śmiało i szybko go przejechać. To dawna, główna droga w Chorwacji, więc musiała być bezpieczniejsza, niż pozostałe i mieć dobrą nawierzchnię. Okolice jej były mocno wyludnione, dużo walących się chałup i ruin, bardzo mało stacji benzynowych (warto o tym pamiętać i zatankować na początku!), mało handlu. Widoki nie tak powalające jak przy wybrzeżu, ale góry wzdłuż trasy i ciągnące się przez kilkanaście kilometrów jezioro, też robiły wrażenie.

W czasie pokonywania pierwszych serpentyn spadło na mnie kilka kropli deszczu, a już w kolejnym zakręcie pod Sinj rozpętała się taka pompa z nieba, że zwolnić trzeba było do 40 km/h i w jednej chwili byłam już przemoczona do majtek! Nie ubrałam membran, bo było upalnie, a na wciągnięcie stroju przeciwdeszczowego nie było czasu, bo wszystko trwało kilka minut. Najlepsze jest to, że przed nami i za nami niebo nadal było błękitne i świeciło słońce! Emil zatrzymał się w zatoczce dla autobusów i spytał, co robimy? Postanowiliśmy jechać dalej, żeby wyprzedzić tą paskudną chmurę i zrobić pauzę przy jeziorze, które mieliśmy na trasie.

Skręciliśmy w pierwszą drogę, która prowadziła w stronę jeziora i był to świetny pomysł, bo potem między jeziorem a drogą wyrosła wielka skarpa, i zjazdów do wody już nie było. Po chwili skończył nam się asfalt i lekkim szuterkiem dotarliśmy do przecudnego jeziora. Krystalicznie czystego, otoczonego górami, cichego i odludnego. Genialne miejsce! Tam zjedliśmy drugie śniadanie, a ja postanowiłam przebrać bieliznę na suchą i jednak ubrać te membrany, żeby się odseparować od całkiem przemoczonego stroju. I słusznie, bo im dalej jechaliśmy, tym chłodniej się też robiło, a deszczowe chmury wciąż nas goniły i było słychać grzmoty w oddali. Zrezygnowaliśmy później z dłuższych postojów.

Po drodze trafiła nam się jakaś remontowa mijanka ze światłami i obok nas na chodniku zatrzymał się „Pan Żul” tamtejszy, już nieco wstawiony, więc rower swój prowadził. No i pokazuje nam na migi, że mamy super motocykle. Potem pokazuje na swój rower, że ten to do kitu jest, bo pedałować trzeba. Ale! Tu podniósł rękę w geście wykrzyknika i wskazał na samochód przed nami. Tamten pojazd jest jego zdaniem jeszcze lepszy, bo nie pada na głowę (co pokazał również) i zimno nie jest, ani za gorąco. To był świetny monolog ręczny i dawno się tak nie uśmiałam 😉 .

Przejechanie trasy poszło nam nawet szybko. Kierowcy innych pojazdów nie sprawiali nam problemów, jeden tylko wyjechał mi na czołówkę, wyprzedzając w zakręcie. Fakt, że na krętych drogach Chorwacji miejsc na wyprzedzenie jest niewiele. Spotkaliśmy też grupę włoskich motocyklistów, którzy wyprzedzali tak niebezpiecznie, że aż ciary mi przeszły po plecach. Jadąc przez kraje sąsiednie to ja byłam gwiazdą – jako kobieta na motocyklu, jednak w Chorwacji gwiazdą był zdecydowanie Emil, z tego względu, że na ścigaczu z bagażami, uprawia turystykę 😉 .

Dotarliśmy do miejsca naszego noclegu, które znaleźliśmy na szybko i w dobrej cenie na booking.com. Przeczytaliśmy opinie, że pani w Guesthouse Pavlicic (miejscowość Dreznik Grad), która wynajmuje pokoje jest bardzo sympatyczna, więc mieliśmy nadzieję, że pozwoli nam zostawić cały dobytek w pokoju, gdy pójdziemy zwiedzać na prawie cały, kolejny dzień. Gdy tylko zaparkowaliśmy i zabraliśmy się do wnoszenia bagażu – to zaczęło padać i grzmieć z oddali. Na chwilę też straciliśmy prąd w pokoju. Mieliśmy szczęście i udało nam się skutecznie odjechać kolejnej ulewie.

Jak przestało padać, to wybraliśmy się na mały spacer po okolicy, bo zainteresowała nas tabliczka pod naszym noclegiem, że niedaleko mamy jakąś wieżę. Niestety spóźniliśmy się i już była zamknięta dla zwiedzających. Myśleliśmy o jakimś późnym obiedzie, a właścicielka jakby czytała nam w myślach, bo przyniosła nam do pokoju cudowne naleśniki z dżemem! Po paru dniach marketowego żywienia, wcinaliśmy je, aż się uszy trzęsły haha.

Spaliśmy obok drogi, która była objazdem dla ciężarówek, ale nie to było najgorsze. Najgorszy był kościół po drugiej stronie drogi! Wyobrażacie sobie, że dzwony biły tam co 15 minut i to przez całą noc również! Masakra jakaś! Musieliśmy całkiem pozamykać okna, żeby jakoś dało się spać. Pani nam tłumaczyła, że to jakiś zwyczaj w związku ze zbliżającym się świętem.

Facebook Comments
Opublikowano Mam prawko | Otagowano , | Skomentuj